W Polsce klimat Świąt dominują doniesienia o liczbie pijanych kierowców, oburzenie podwyżką akcyzy na wódkę i pompatyczne pastorałki. Dlatego w poszukiwaniu bożonarodzeniowego klimatu wybrałem się do Austrii.

Oglądanie telewizji w czasie Wigilii i Bożego Narodzenia nie jest co prawda grzechem, acz wcale niewykluczone, że – podążając za myślą kościelnych dostojników, którzy słowo papieskie propagują tym chętniej, im wcześniejszy przed Benedyktem papież je wypowiadał – może kiedyś zostać obłożone karą chłosty. Znam co prawda całkiem spore grono przedstawicieli towarzyskiej śmietanki, którzy połaskotanie pejczem przyjęliby z błogą lubością, acz sam do tego grona się nie zaliczam, zatem profilaktycznie w Święta nie oglądałem w telewizji nic, choć co ciekawsze kąski zapisałem do obejrzenia w dniach późniejszych.

Nie oglądałem telewizji także dlatego, że świąteczny obraz płynący z polskich mediów tchnie ostentacyjną marnością, która strąca bożonarodzeniowy nastrój poniżej żuławskiej depresji. Żadnych świątecznych przygotowań, świątecznych tradycji, bożonarodzeniowych stołów – za to pastorałek dobywających się z kościelnych trzewi aż po kokardę. Smutne, że prowadzący relacje na żywo dziennikarze pół Wigilii sterczą z kamerą w galerii handlowej, aby zapytać w pośpiechu przemykających klientów, czego życzą widzom na Święta. Smutne po dwakroć, że mimo powszechnej dostępności do przekazu telewizyjnego, okołoświątecznej autentyczności przychodzi szukać w telewizji niemieckiej i austriackiej, która w przeciwieństwie do polskiej jest dostępna szerokiej publiczności via satelita.

Mowa tu o Sat3, Arte i Servus oraz o stacjach z nimi stowarzyszonych, które wymieniają się programami a nawet publikują je w ogólnodostępnych internetowych mediatekach. Dzięki temu także i ja mogłem wprawić się w świąteczny nastrój i to wcale nie na wyłącznie austriacką i niemiecką nutę. Tę przeplatały bowiem reportaże o tradycjach czeskich, polskich, węgierskich, skandynawskich a nawet rosyjskich.

W reportażu Lebkuchenreisen można podpatrzeć, jak wyglądają tradycje wypieku świątecznych pierników w różnych regionach Europy – w Debreczynie, Maissau, Innsbrucku, Pardubicach oraz Toruniu. Materiał Zu Tisch przybliża tradycje karynckiego stołu, uginającego się pod ciężarem wciąż jadanych tu świątecznych kiełbas i wędzonek. Przygotowania do Świąt w Pradze pokazuje dokument Weihnachten in Prag. Tu kluczowym elementem jest wycieczka do lasu i własnoręczne ścięcie choinki a potem rodzinny zakup żywego karpia z ustawionego na wolnym powietrzu basenu.

Choinka, karp i kiełbasa – tradycje zdawałoby się także i w Polsce święte – coraz częściej ukazywane są jednak u nas jako akty zbrodni na przyrodzie. W ostatnim czasie główne symbole polskiej Wigilii stają się przedmiotem ideologicznej dyskusji, która dominuje świąteczny przekaz medialny. I może nawet dobrze, że Gdańsk znalazł się na trzecim miejscu europejskiego konkursu na najlepsze jarmarki adwentowe, bo przy okazji można na chwilę bulwersować się czymś innym. Mało bowiem brakuje, byśmy w Wigilię jęli zasiadać do tofu po żydowsku, kolędując wokół drzewek z papieru toaletowego.

Nie da się przy tym uciec od konstatacji, że wszystkie te nowiny razem wzięte są mocno niepokojące i coraz dobitniej świadczą o tym, że przynajmniej tu, w Polsce, świat staje na głowie, strącając przy okazji wszelkie przejawy niewzruszalnych dotąd tradycji, włączając te tworzące klimat Bożego Narodzenia.

Tymczasem już w ubiegłym roku pisałem, jak rzeczywiście wyglądają polskie jarmarki adwentowe. W drodze na kameralny jarmark w przeszytym niepowtarzalną mieszanką tradycji Budziszynie wstąpiłem wówczas na chwilę na jarmark wrocławski. Tekst nosił tytuł „Czym smakują polskie jarmarki”, a w odpowiedzi na zawarte w nim pytanie podałem kilka przykładów wziętych z Wrocławia: węgierskie ciastka kominkowe, tradycyjny alzacki podpłomyk, góralskie serki, gofry z nutellą oraz kolorowe żelki.

To zresztą zestaw uniwersalny, który króluje na wszystkich polskich jarmarkach, włączając ten nagrodzony gdański, do którego mam nawet pewien sentyment, skoro w ubiegłym roku trafiłem tam na jednym ze stoisk na wielce obiecującą rekonstrukcję mleka gdańskiego – dawnego deseru – podawanego z waflami.

Ale żeby trzecie miejsce i to tuż za Wiedniem?

O Wiedniu pisałem już kilka lat wstecz, a w tym roku wybrałem się do Salzburga. Przejęty rodzimą dyskusją o zasadności ścinania choinek i masowym karpiobójstwie, zapragnąłem upewnić się, że są jeszcze gdzieś na świecie miejsca, w których Boże Narodzenie spowija klimat mu przyrodzony. Ustaliłem, że są i z radością donoszę, że w Austrii bez zmian, a salzburski jarmark jest w doskonałej formie. Są tu klasyczne kasztany, są pajdy żytniego chleba z liptauerem, szpekiem albo szynką, jest mój ulubiony Leberkaese – podawane na gorąco plastry cielęcej lub wołowej mielonki. Są też wysmażane na bieżąco Kaiserschmarrn mit Zwetschkenröster – rwane naleśniki z dodatkiem śliwkowego sosu. Ba, ciasto do nich robią na miejscu i to ze świeżo rozbijanych jaj! Do tego czekolada, orzechy, marcepany, pierniki oraz poncz i grzane wino, dzięki których nad kramami unosi się aromat korzeni i cytrusowej skórki.

Widać, że zacietrzewienionemu lobby spod znaku ości i kości nie wszędzie udaje wepchnąć swoją pochlapaną sojonezem tofucznicę, co bardzo mnie cieszy. Niezależnie od tego także i to gremium zapraszam do stołu – takiego z wigilijną rybą i świąteczną szynką. Frohes neues Jahr dla wszystkich!

Przy okazji – jeśli prowadzisz kawiarnię, restaurację albo hotel i chciałbyś upewnić się, że jesteś dobrze odbierany i idziesz z duchem czasu, zapraszam do zapoznania się z moją ofertą coachingu, konsultacji i audytu: krytykkulinarny.pl/coaching.

1 KOMENTARZ

  1. Sniegu niestety sie w Austrii tez nie uswiadczy, chyba, ze w kurortach narciarskich. Generalnie rzecz biorac, tradycje Bozego Narodzenia a Jarmarki Bozonarodzeniowe to 2 rozne rzeczy. W krajach zateizowanych, jak Francja, Czechy czy Szwecja, caly czas mozna spotkac te drugie, chociaz tradycji Bozego Narodzenia tam praktycznie nie ma. Polska, coraz silniej sie ateizujaca rowniez idzie w tym kierunku, tyle, ze jak slusznie Artur wspomnial, u nas problemem nr 1 sa podwyzki. Nie tylko wodka, ale i inne rzeczy drozeja. Tak jakby ktos nie wiedzial co to inflacja i co to efekt „rosnacego dobrobytu”.
    W Lublinie niestety, jarmark byl tak skromny, ze az smiac mi sie chcialo, chociaz zrobilem zakupy. Fakt, pogoda nie dopisala, ale sniegu, ze wzgledu na „katastrofe klimatyczna” bedzie z roku na rok coraz mniej. Nie tylko w Polsce czy Austrii.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.