Pustki na sklepowych półkach z makaronem, kaszą i ryżem to ilustracja połączenia paniki i zapobiegliwości.

W sytuacji zagrożenia zarazą przejawy paniki są zjawiskiem zupełnie uzasadnionym, dlatego warto być na takowe przygotowanym. Jednak chaotyczne zakupy w obliczu epidemii nie są przejawem zapobiegliwości w dobrym tego słowa rozumieniu. Podręczne zapasy na czas klęski trzeba mieć w domu zawsze i na wszelki wypadek. Jak je sporządzić i jak nimi zarządzać?

fot. kadr z Polsat News
fot. kadr z Polsat News

Pandemia koronawirusa jawi się dla nowoczesnego obywatela świata wielce łaskawą. Dzięki narzędziom naukowym daje się szybko rozpoznać, dzięki oplatającym glob sieciom mediów komunikacji daje się sprawnie podglądać, a dzięki tempu rozprzestrzeniania daje wszystkim czas na zrobienie niezbędnych zapasów. Jest przy tym wielce medialna, odium swoich działań skutecznie przyćmiewając owoce działania swojej kuzynki grypy.

Tymczasem mijają tygodnie, a kanałami dystrybucyjnymi wciąż płynie niezakłócony strumień dostaw i to niezależnie od pełnych egzaltacji doniesień z fesjbuka o braku papieru toaletowego, mąki czy mielonego. Jeśli dziś nie ma, jutro dowożą. Lustrując relacje z niemal wojennego zdobywania aprowizacji w ilościach znacznie ponadnormatywnych, warto się jednak zastanowić, czy gremialnie i wymiatane z półek ad-hoc produkty rzeczywiście zabezpieczą ich posiadaczy na czas zagrożenia.

Skoro mamy czas się nad tym zastanawiać, to warto zastanowieniem objąć także wcale nie taką niemożliwą sytuację klęski znacznie poważniejszej – naturalnej, militarnej, politycznej czy innego rodzaju – która pojawia się nagle i nie daje czasu na żadne przemyślenia. Konieczność pozostania w domach staje się bezwarunkowa, odcięcie wody i prądu niespodziewane a zerwanie kontaktu z otoczeniem całkowite. Przygotowani na takie okoliczności wchodzą dziś do sklepów bez wózków i bez koszyków, bo do swoich trzech bułek i twarożku koszyków brać nie muszą. Ci zaś, którzy muszą, ich trzy bułki wybierają tymi samymi dłońmi, które kurczowo zaciskają na rączce. W kontekście panoszącego się wirusa to pomysł nie najlepszy.

W niektórych krajach władze odpowiedzialne za stan obrony cywilnej co jakiś czas przypominają obywatelom o konieczności zaopatrzenia się na nieprzewidziane okoliczności. Sporym echem odbiła się niedawna kampania informacyjna w Niemczech, w ramach której zalecano sporządzenie zapasów na 10 dni i podawano konkretne ilości produktów spożywczych w przeliczeniu na osobę. Na liście awaryjnej aprowizacji znalazło się 20 litrów wody, 3,5 kg produktów węglowodanowych, a więc makaronu, ryżu, ziemniaków, 1,5 kg produktów białkowych, czyli mięsa, ryb i jaj, 0,4 kg tłuszczu, 4 kg warzyw konserwowych oraz 2,5 kg owoców konserwowych i orzechów. Do tego zalecano też zapasy produktów niewymagających obróbki termicznej oraz słodyczy i cukru.

Artykuł krąży po sieci także w wersji polskiej, a obserwując przepełnione papierem toaletowym, olejem i mąką wózki w polskich sklepach można odnieść wrażenie, że Polacy go przeczytali, choć chyba nie do końca. Tym, którzy czytanie przerwali w połowie, by jak najprędzej stawić się przy palecie z mąką i cukrem należy zwrócić uwagę, że aby doprowadzić nad wyraz popularne dziś u nas makarony, kasze i ryż do formy umożliwiającej ich spożycie, niezbędny jest dostęp do wody oraz do źródła energii. Jeśli wody i prądu nagle zabraknie, nawet największe zapasy produktów suchych będą na nic.

Co więcej, same takie zapasy mogą stać się źródłem skażenia, bo po jakimś czasie bez wątpienia zainteresują się nimi szkodniki, na przykład mole spożywcze. To sprawne stworzenia, które często operują w opakowaniach jeszcze ustawionych na sklepowych półkach. Mąka ze zdjęcia, które przesłał mi niedawno czytelnik, postała w szafce może kilka dni. Strzałkami zaznaczono nieproszonych gości, którzy wpadli sobie na popas. Szybko straci swoje walory także drób i mięso, mrożone na potęgę w polskich domach. Owszem, pod warunkiem, że w gniazdkach jest prąd, można je przechowywać w niskiej temperaturze, ale przecież nie na wieki.

Kompletując produkty do domowej spiżarki na ciężkie czasy, warto mieć na uwadze ich trwałość, wartości odżywcze ale też walory smakowe. Co prawda w sprzyjających warunkach z mąki, cukru i oleju można sporządzić coś do jedzenia, ale wystarczy nieco pomyślunku, aby także i awaryjne posiłki były urozmaicone i smakowite. Rzecz jasna w mojej domowej spiżarce kilka paczek makaronu i ryżu jest zawsze. Wykorzystuję je na bieżąco, sukcesywnie uzupełniając braki w rozsądnych ilościach. Mam też zapasy słoikowych i konserwowych sosów, oliw, majonezów, musztard, pesto, relishów i chutneyów – słowem przeróżnych dodatków, które szybko tworzą albo uzupełniają posiłek także w jego awaryjnej wersji. Takie dodatki zbieram przy różnych okazjach, na przykład ofert sezonowych albo wyjazdów. Na przykład z jesiennego pobytu we Włoszech przywiozłem tonnatę w tubach, pastę z karczochów w słoikach i klasyczny piemoncki krem czekoladowy. Przy okazji tygodnia portugalskiego w jednej z sieci polskich sklepów poczyniłem znaczny zapas sardynek, makreli, dorsza i tuńczyka w oliwie. Mam też strączki w puszkach i słoikach, pieczywo chrupkie, tortille, trochę ziemniaków i zimowych warzyw oraz sporo zakupionej przy różnych okazjach herbaty i kawy. Wreszcie mam sól, pieprz i przyprawy – dużo przypraw.

Podręczną domową spiżarkę z produktami o długich terminach trwałości warto mieć i to niezależnie od zasadności obaw o przyszłość. Po tego typu produkty zawsze można sięgnąć na wypadek wizyty niezapowiedzianych gości albo od czasu do czasu urozmaicić nimi codzienne posiłki. Dobre sardynki w oliwie nigdy nie będą złe, a dwie paczki kawy i herbaty to na pewno nie za dużo.

Choć zabrzmieć to może nieco turpistycznie, właśnie teraz jest dobry moment na planowanie wakacji. Wybór jest spory, oferty są tanie, więc jeśli organizator gwarantuje możliwość elastycznej anulacji, a wielu z nich stosuje taki wabik, to przymusowo spędzany w domu czas warto poświęcić na podróże po mapie. W drugiej połowie roku będzie jak znalazł.

Z pewną dozą sceptycymu przyglądam się za to nowomodnym trendom oscylującym wokół realizowanej pod hasłem „zero waste” idei niemarnowania żywności. Sama w sobie jawi się ona pożyteczną zarówno dla środowiska naturalnego jak i domowego budżetu. Jednak przesada w jej implementacji może przynieść więcej szkody niż pożytku. Jeden z przejawów takiej przesady podejrzałem w programie kulinarnym, którego bohaterka opowiadała o nowatorskim podejściu do gotowania z wykorzystaniem produktów na bieżąco i to do tego stopnia, że mimo zamieszkiwania w ciepłym kraju pozbyła się z domu lodówki, w jej miejsce wstawiając zwykłą szafkę. Życie bez lodówki i bez zapasów to zjawisko, które zyskuje zwolenników. Nic nie marnują, w produkty zaopatrują się codziennie, wszystko zjadają na bieżąco, niczego nie zostawiają na później.

A potem przychodzi wirus i bęc!

Przy okazji – jeśli prowadzisz kawiarnię, restaurację albo hotel i chciałbyś upewnić się, że jesteś dobrze odbierany i idziesz z duchem czasu, zapraszam do zapoznania się z moją ofertą coachingu, konsultacji i audytu: krytykkulinarny.pl/coaching. 

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.