Fot. Micheile Henderson / Unsplash
Fot. Micheile Henderson / Unsplash

Jedna trzecia Włochów ograniczyła jedzenie na mieście.

Pierwsze doniesienia o epidemii koronawirusa w Chinach, ogłoszone zresztą ze sporym opóźnieniem, Włosi komentowali przy tradycyjnym espresso. Właśnie zaczął się nowy rok, życzono sobie zdrowia, szczęścia i wszelkiej pomyślności, a tej zdawało się nie brakować, o czym świadczyły bijące rekordy wszech czasów wzrosty na światowych giełdach. Na historie zbłąkanych wycieczkowców, na których wykryto pojedyncze przypadki zarażenia koronawirusem, w wyniku czego kolejne kraje odmawiały im wejścia do portów, patrzono jak na serial telewizyjny i to tym bardziej emocjonujący, im bardziej zwiększała się liczba dotkniętych wirusem pasażerów. Przyglądano się też ekskluzywnemu hotelowi na Teneryfie, który z podobnych powodów objęto kwarantanną, unieruchamiając przy tym dobry tysiąc gości. Dziwiono się, że tak drogo, tyle luksusu a takie kiepskie wakacje – ot, casus złotej klatki.

fot. Peter Hansen / Unsplash
fot. Peter Hansen / Unsplash

Komentowano z bezpiecznej odległości, rzecz obserwując przez szkło ekranu, monitora i wyświetlacza, bo i cała sprawa zdawała się odległa, wręcz wirtualna. Niezaburzony spokój zachodniego świata runął jednak w gruzach, gdy tylko okazało się, że wirtualny dla Europy wirus stał się realnym zagrożeniem, liczba zarażonych zaczęła gwałtownie rosnąć, a kolejne kraje podawały coraz większe liczby zgonów. Giełdy opanowała panika, miniony tydzień ogłoszono najczarniejszym, a końca spadków nie widać.

fot. Free To Use Sounds / Unsplash
fot. Free To Use Sounds / Unsplash

Właśnie panika, owa swoista forpoczta choroby, rozeszła się po świecie znacznie szybciej niż sam wirus, a jednym z jej przejawów był wzrost cen płynów dezynfekujących oraz nagłe i gigantyczne zainteresowanie maseczkami chirurgicznymi, których ceny momentalnie poszybowały o tysiące procent. Swój w tym udział mają media, dla których zagadnienie koronawirusa to temat znacznie lepszy niż każdy inny, bo łatwo generujący strach, a zatem magnetycznie przyciągający odbiorców.

Przejawy paniki notuje się też w Polsce, na co wskazują zachowania konsumenckie. W sobotę popołudniu z polskich supermarketów zaczęły masowo znikać produkty o zwyczajowo niskiej rotacji, które kojarzone są z zapasami na wypadek zagrożenia. Półki na co dzień pełne makaronu, ryżu i kaszy skutecznie ogołocono, pozostawiając puste opakowania zbiorcze i etykiety cenowe – świadków ich wcześniejszej tam obecności.

Gdy przyjrzeć się etykietom cenowym, widać, że nagła chętka na makaron nie została wygenerowana przez promocje, bo ceny nie są obniżone. Nadto tego samego dnia zaczęły do mnie docierać doniesienia o podobnych kasz trzebieżach z innych sklepów w innych lokalizacjach oraz ze sklepów innych sieci.

Wygląda więc na to, że Polacy przystąpili do kompletowania zapasów, mimo że problemy z zaopatrzeniem nie występują nawet w najbardziej dotkniętych epidemią północnych Włoszech. Owszem, w minionych dniach telewizyjne stacje informacyjne bezustannie epatowały widzów wizerunkiem rozzłoszczonego starszego pana, któremu nie udało się kupić makaronu, a który z oburzeniem oświadczył, że takiej chorobliwej paniki jak teraz nie pamięta nawet z okresu wybuchu drugiej wojny. Wszak tego typu braki w zaopatrzeniu występowały w pierwszych chwilach ogłoszenia hiobowych wieści, miały zatem charakter incydentalny i szybko zostały uzupełnione.

Jeszcze bardziej obrazoburcze sceny malowano w internecie i to nawet w publikatorach uznawanych za poważne i miarodajne. Przytaczano opisu walki o ostatnią paczkę makaronu, rzecz uwiarygodniając dokumentowanym smartfonowo włoskim dramatem Polek. Co prawda przejawów walk na żadnym zdjęciu nie widać, ale trwogę udało się zasiać.

Nieczuły na pompowane klikalnością emocje a wrażliwy na rzeczowe fakty z pierwszej ręki, zapytałem moich włoskich przyjaciół z północy, jak oni oceniają skalę problemu. Okazało się, że z ich oglądu prezentowany w mediach obraz zdarzeń jest zupełnie nieproporcjonalny do stanu rzeczy. Owszem, kilka gmin rzeczywiście poddano ścisłej kwarantannie, co jednak nie oznacza, że życie w całym kraju zamarło. Owszem, w Mediolanie zamknięto bary i kawiarnie, ale część z nich jest już otwarta, normalnie działają też sklepy.

fot. Fineas Anton / Unsplash
fot. Fineas Anton / Unsplash

Strach raz posiany zbiera jednak żniwo przez długi czas. Jak wynika z najnowszych badań opinii przeprowadzonych przez agencję Nielsen, Włosi mimo wszystko zmieniają swój styl życia. Ponad jedna trzecia już ograniczyła jadanie poza domem, a niemal połowa deklaruje, że unika przebywania w miejscach ogólnodostępnych. Co ciekawe, większe obawy żywią Włosi z południa, gdzie przypadki zarażeń koronawirusem są nieliczne albo nie ma ich wcale.

Tymczasem z moich własnych badań, które przeprowadziłem w mikroskali w mediach społecznościowych, może wynikać, że przynajmniej w sferze deklaratywnej Polacy nie zamierzają zmieniać swoich zwyczajów, a do kawiarni i restauracji będą chodzić niezależnie od zagrożenia koronawirusem. Czy deklaracje rzeczywiście zostałyby przekute w czyn, gdyby koronawirus rozpanoszył się także nad Wisłą, nie sposób przewidzieć. Jednak przykłady rzeczywistych działań, jak choćby wspomniane wyżej pustoszejące półki z makaronem, ryżem i kaszą w polskich supermarketach oraz o jedną trzecią niższa frekwencja we włoskich barach i restauracjach, zdają się wskazywać jednak przeciwnie.

Co prawda słychać głosy, że pandemia koronawirusa nie powinna znacząco wpłynąć na sytuację branży hotelarsko-gastronomicznej w Polsce, a w Krakowie są wręcz pewni, że strat nie odnotują, acz taki poziom optymizmu to zjawisko odosobnione. Doniesienia o możliwych stratach w branży hotelarskiej i gastronomicznej płyną z Francji i Niemiec. Obawy wyzierają też z komentarzy branży winiarskiej. Komentatorzy jednoznacznie wskazują na zerowy ruch turystyczny z Chinami i innymi krajami najbardziej dotkniętymi koronawirusem, ograniczenia w ruchu lotniczym oraz lęk przed zarażeniem i choć nikt nie jest jeszcze w stanie podać nawet przybliżonych wielkości, przekonanie o nieuchronności strat dla branży jest powszechne.

Na ile straty dotkną polskich operatorów turystycznych, gastronomów i hotelarzy, pokaże czas. Tak czy owak w najbliższych miesiącach należy się spodziewać zmniejszonego ruchu turystycznego, choćby dlatego, że linie lotnicze ogłaszają redukcje połączeń a przewodnicy turystyczni z dnia na dzień przyjmują rezygnacje zagranicznych grup turystycznych z przyjazdu do Polski. Pozostaje liczyć na turystów z Polski, choćby na tę ich część, która w związku epidemią koronawirusa nie wybierze się na wakacje zagraniczne z przyczyn obiektywnych, na przykład odwołania lotu, odwołania rezerwacji przez sam hotel – co też ma miejsce – albo z obawy o zdrowie.

Tymczasem z zupełnie innej perspektywy na kryzys koronawirusowy patrzy burmistrz sycylijskiego miasteczka Agrigento, który siłą ogólnoświatowego lęku postanowił napędzić machinę promocyjną turystycznych atrakcji swojego regionu. W przygotowanym specjalnie na tę okazję filmiku zachęca turystów do odwiedzin Agrigento w te oto słowy: „Daj się zarazić historią! Oddychaj historią pełnymi płucami! Piękno nie potrzebuje kwarantanny!

Odważne, ale może skuteczne?

Przy okazji – jeśli prowadzisz kawiarnię, restaurację albo hotel i chciałbyś upewnić się, że jesteś dobrze odbierany i idziesz z duchem czasu, zapraszam do zapoznania się z moją ofertą coachingu, konsultacji i audytu: krytykkulinarny.pl/coaching.

1 KOMENTARZ

  1. Znajac dziwactwo Polakow, nalezy spodziewac sie kompletnie odwroconych zachowan niz te z Wloch. To znaczy teraz ludzie panikuja i odwalaja szopke, ale jak przyjdzie co do czego, to beda paradowac na golasa w miejscach wystepowania wirusa zeby pokazac „jakie to kozaki”.
    To co jednak koronawirus zmieni, oby, to zachowania w kwestii przestrzegania higieny. Czas najwyzszy aby Polacy zaczeli czesciej myc sie oraz myc rece. Bo do tej pory, caly czas jest z tym duzy problem.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.