Trendy na 2017 czyli jak zmieni się gastronomia

1. Ramen, kimchi czy kokonut?

fot. 利用者:Lusheeta

fot. 利用者:Lusheeta

Raczej dzwonek, a właściwie dzwon – dla tych, którzy, wieszcząc kulinarne trendy na nowy rok, poskubują wakame i popijają wodą z kaktusa, zastanawiając się czy raczej Korea czy może bardziej Japonia. Swoją drogą dziwne, że to robią, skoro od lat trendem nadrzędnym, który sami oficjalnie promują, jest tradycja, lokalność i swojskość. Rok 2017 przyniesie ostateczny koniec tej hipokryzji i zmiecie znad Wisły większość hipsterii, resztki zaganiając do kąta. Rynkowi niszowych dóbr spożywczych nie wieszczę na 2017 świetlanej przyszłości. To będzie rok nowego konsumenta, być może głodnego ale raczej nie nowości, a zdecydowanie nie ekstremów.

2. Rewolucja zmiata flat white


Rewolucję w gastronomii sprawią miliony nowych gości, którzy zyskują teraz pełnoprawny głos w gastrodyskusji w postaci biletów narodowego banku. Słowo-klucz na nadchodzący rok to „swojskość”, ale już nie ta ilustrowana jajem z płatkiem złota. Dla porewolucyjnego gościa nowej polskiej gastronomii swojskość to przede wszystkim sytość, obfitość i duża porcja. Jak w takim świecie odnajdą się miłośnicy flat white i latte z soyamilkiem? Być może będą musieli je parzyć jeszcze bardziej alternatywnie, na tajnych kompletach po piwnicach, bo niszowe knajpki mogą zastąpić bary mleczne wyspecjalizowane w szlacheckich parówkach i staropolskich dewolajach. W perspektywie flatwhite zostanie ostatecznie pokonana przez plujkę z zabielaczem. Skończy się też moda na aperol, negroni i prosecco. Nie sądzę przy tym, aby wir społecznych zmian, o których wspominałem, aż tak wpłynął na ludzkie nawyki, aby modna stała się abstynencja. Wprost przeciwnie, obroty barów z alkoholem już rosną, ale pod warunkiem, że mówimy o barach, w których podaje się wódkę i piwo – oddzielnie lub w jednym naczyniu. Trend widoczny jest już dziś i to nawet w małych azjatyckich restauracyjkach, z których zniknęły kokosowe wody i mętne nektary z aloesu, a w ich miejsce pojawiły się artylerie butelek z koncernowym piwem.

3. Fascynacja postprawdą

fot. By Fir0002

fot. By Fir0002

Owe społeczne zmiany, które nieuchronnie wpłyną także na rynek gastronomiczny, możliwe są dzięki potędze internetu, w tym Facebooka, który na żywym organizmie swoich wiernych fanów wygenerował nowotwór zwany postprawdą. Jako taka postprawda jest lepsza i bardziej egalitarna niż zwykła prawda, bo nie opiera się na zarezerwowanych dla elit faktach a na dostępnych dla każdego osądach. Osławionym źródłem generowania postprawdy są blogi, które już dziś gromadzą fascynatów cyjanowodoru z pestek moreli czy przerażonych trującą rybą z Bałtyku. O ile ich autorzy w dalszym ciągu będą szerzyć podszytą skandalem ciemnotę oraz płacić Facebookowi za promowanie swoich własnych tekstów, tego typu inicjatywy dalej będą miały się dobrze i w dalszym ciągu będą kreować infantylne opinie. Nic nie wskazuje też na to, że przestaniemy fascynować się zdumiewającym poparciem dla restauracyjnych profili na Facebooku wyrażanych w formie tysięcy lajków grubo przed otwarciem lokalu. Rosnąca liczba blogów recenzenckich zmusi zaś właścicieli restauracji już istniejących do zwiększenia wydatków na vouchery oraz proszone lunche, co może wpłynąć na podwyżki cen. Goście nie powinni się jednak irytować, bo te parę złotych więcej przy rachunku to przecież niewielka cena za dostęp do wartościowych, rzetelnych i niezależnych recenzji.

4. Gastrotrumpizm

Trump International Hotel, Las Vegas; fot. www.GlynLowe.com

Trump International Hotel, Las Vegas; fot. www.GlynLowe.com

Coraz głośniej mówi się o restauracjach najpopularniejszego bohatera ery postprawdy, Donalda Trumpa. Co prawda cieszą się one fatalnymi recenzjami krytyków kulinarnych, bo jedzenie jest tam kiepskie, pretensjonalne, wręcz kiczowate, a do tego nonsensownie drogie, ale co tam krytycy! Ten szarm pozłacanych bibelotów, ten szyk sztuczkowych draperii, to dreszcz emocji przy wkładaniu do ust widelca, którym hummus z ricottą mógł mieszać sam prezydent! Dzięki temu połączenia tak osobliwe jak hummus z ricottą mogą wykreować nową modę. Na świecie jest wystarczająco wielu dyletantów, aby gastrotrumpizm zainfekował też i inne kontynenty, a jego forpocztą w polskich realiach będzie budyń czekoladowy z majonezem, najprawdopodobniej na tajskim oleju kokosowym. Póki co takie osobliwości królują w Trump Grill, do którego ludzie walą drzwiami i oknami. Każdy chce poczuć to coś i nieistotne jest w zasadzie co.

5. Co z fine dining?

Ten trend będzie stopniowo zanikał i to z dwóch przyczyn. Po pierwsze płowieje blaza, którą w ostatniej dekadzie był otoczony. Po drugie topnieje kapitał klasy średniej, która lubiła w tej blazie być skąpana. W związku z tym klasa średnia ogłosi, że wybiera formułę bistra – oficjalnie dlatego, że jest mniej zobowiązujące, a nieoficjalnie dlatego, że skoro trzeba płacić, to warto się w końcu kiedyś najeść. Na zwiększony ruch mogą za to liczyć właściciele barów z fast-foodem, w szczególności tych pod globalnymi markami. To tam będą się lansować wyposażeni w złupiony klasie średniej kapitał przedstawiciele nowej klasy aspirującej. Trend wywąchał już nawet pewien gastronom z Lublina, który otworzył prosty bar pod nazwą „Prawdziwy kebab dla prawdziwego Polaka”. Orientalną przekąskę, która jak widać już zyskała miano polskiej, połączył ze słowiańską innowacją. Nie może nadążyć z wyciskaniem majonezu, takie ma kolejki!

, , , , ,

2 komentarze do wpisu Trendy na 2017 czyli jak zmieni się gastronomia

  1. Jakub.J 2 stycznia 2017 at 16:00 #

    Ciekawe i racjonalne podsumowanie. Dobrze, że napisałeś o „narodowej kebabowni” z Lublina, z której mam ubaw po pachy, ale w której nie byłem i nie zamierzam,bo kebabów żadnych nie jadam. No, ale skoro w „prawdziwych kebabowniach” można dostać parę ciosów nożem i to od właściciela lub kucharza, za to, że się wynosi małe butelki coli, to przynajmniej w takich „narodowych” przybytkach będzie bezpiecznie, przynajmniej dla przeciętnego polskiego konsumnta tychże „staropolskich kebabów.
    Ogólnie rzecz biorąc to będzie ciekawy rok, choć ja uważam rok 2016 za bardzo udany, dla mnie osobiście, ponieważ po raz pierwszy zrealizowałem swoje plany noworoczne, a dwa, że wszystkie moje polityczne przewidywania się spełniły. Od tego roku porzucam politykę i wracam do kulinariów i tradycyjnego żarła, które czas najwyższy promować za granicą. Jako ciekawostkę podam fakt, że w Wielkiej Brytanii, książka o polskiej kuchnii była bestsellerem roku 2016. Brexit, nie Brexit, Polaków nikt nie będzie wywalał, ani bił,więc warto aby nasza gastronomia, wzorem jakiejś sieci barów mlecznych, rozwijała się także za granicą, paradoksalnie, takie „swojskie żarcie” może mieć większe wzięci na obczyźnie niż w Polsce.

    Oceń komentarz Dobre 2 Słabe 1

    • Jakub.J 2 stycznia 2017 at 16:03 #

      Dodam, że „dobra zmiana” w rolnictwie, tj. umożliwienie sprzedaży bezpośredniej rolnikom, ich własnej produkcji, ominęła gastronomię. Rolnik nie będzie mógł sprzedawać swoich wyrobów do restauracji czy hoteli, a jedynie do bezpośrednich klientów. Niby, możnat to ominąć, ale to i tak za dużo ceregieli, a kanał HORECA, byłby świetnym kanałem sprzedaży wiejskich wędlin, zagrodowych serów czy też przysłowiowego bimbru.

      Oceń komentarz Dobre 4 Słabe 0

Dodaj komentarz

Przeczytaj poprzedni wpis:
Top 5 jarmarków bożonarodzeniowych wokół nas

Jest na tej liście także berliński – zróbmy wszystko, aby był na niej nadal

Zamknij