Samodzielne przygotowanie wielkanocnego śniadania to doprawdy nic wielkiego

Czasy to przedziwne, kiedy wbrew ogólnoświatowym tendencjom polskie elity zachęcają wpatrzony w nie interior do zwiększania spożycia mięsa. Takie zachęty musiały sprowokować do protestu stronnictwa wegan, wegetarian i bojowników o zwiększenie przestrzeni dziobania niosek, którym zawtórowali pełni oburzenia przedstawiciele wielkomiejskiej inteligencji, którzy z mięs preferują tofu chyba że akurat trafi się promocja na duże porcje w vacuum. Wszakże z najnowszych doniesień Newsweeka wynika, że jedzenie mięsa prowadzi do niechybnej śmierci!

Tymczasem do niechybnej śmierci prowadzi jedzenie nie tyle mięsa ile jedzenie w ogóle, o czym w swoim czasie dowie się każdy przedstawiciel protestujących, chyba że dla dobra sprawy zaprzestanie jedzenia w ogóle, wówczas ma szanse dowiedzieć się znacznie wcześniej. Mięso, jego produkcja i nim obrót, jest bowiem tematem nie tyle ekonomicznym ile ideologicznym a ten, kto ów ideologiczny aspekt weźmie pod uwagę, może wygrać w Polsce wybory.

Właśnie dlatego symboliczny kawałek wołowej łaty wywieszono niedawno na z dawna już rozstawionych zasiekach, które skutecznie rozdzielają dwie strony silnie zwalczających się polskich rzeczywistości. Jedna z nich plwa na drugą, wytykając palcem niechrześcijański przymus niedzielnej pracy kasjerek, snadnie wykorzystując przy tym każdą handlową jeszcze niedzielę do pomszalnej penetracji koszyków przecenowych w ulubionym dyskoncie. Druga tymczasem, ostentacyjnie odwiedzając coraz rzadziej otwierane w niedziele hipermarkety, nucąc pieśń ekologicznej świadomości, obkupuje się w duże porcje wieprzowej łopatki, bo przecież jakże by nie, skoro ta właśnie jest po 7,99 za kilo.

Obie grupy zderzają się wózkami przy kasie, która jednak nie jest kasą osiedlowego sklepiku obsługiwanego przez samego właściciela, a sam wózek nie zawiera tofu, jarmużu czy migdałowego mleczka. Łopatka vacuum po 7,99 za kilo chwilowo łagodzi wszelkie spory acz pod warunkiem, iż starczy jej dla wszystkich. W przeciwnym razie może dojść do zamieszek, którym nie zaradzi nawet wsparcie kas. Zatem na kontuarze punktu obsługi klienta naczelnicy hipermarketu, który regularnie odwiedzam i ja, ustawili wielki napis, który głosi, iż w trosce o dobrostan skrytożerców okazyjnej łopatki wprowadzony zostaje limit jej zakupu w ilości dziesięciu (sic!) kilogramów na paragon.

Kto taką ilość zje? Dokładnie takie pytanie zadawaliśmy sobie podczas kuluarowej dyskusji z Robertem Makłowiczem i Wojtkiem Lewandowskim, deliberując o stanie nienasycenia polskiego społeczeństwa tuż po zakończeniu Festiwalu Smaku w Toruniu. Z dziesięciu kilogramów łopatki można by przecież nagotować mięsnych obiadów – takich z kartoflami i kiszonym ogórkiem – dla co najmniej stu osób. Owszem, można nagotować go dla osób trzech czy pięciu, a więc dla mniej więcej statystycznej polskiej rodziny, tyle że przez cały miesiąc dzień po dniu albo i dłużej. Ale – na Boga! – ileż razy pod rząd można zjadać wieprzową łopatkę z kartoflami i kiszonym ogórkiem? No i jak tak surowiec wyjściowy będzie pachniał przy dwudziestej czy trzydziestej próbie jego kulinarnej obróbki?

Proszę o spokój, gdyż rozwiewam teraz wszelkie wątpliwości – wszystko to jest nieważne, skoro każda szanująca się polska rodzina posiada wielokomorowe zamrażarki, które zapełnia z wiewiórczą pilnością i to nie górnolotnymi sorbetami czy prostoliniowymi lodami ale mięsem właśnie, by czerpać zeń dzień po dniu i żywić rodzinę okazyjnie zakupioną łopatką. Bo polska kuchnia mięsem stoi – w szczególności wieprzowiną – i nieważne, że jest to wieprzowina z Danii albo z Hiszpanii, bo wyjęta z opakowania vacuum i złożona w zamrażarce polskiego domu traci niewygodną narodowość, o którą świadomy tej jedynej właściwej Polak nie będzie niepotrzebnie pytać.

Prezydent i minister dobrze ten mechanizm znają, ale wiedzą też jeszcze lepiej, że ów wygrywa w Polsce wybory, kto daje wyborcy kiełbasę. Jeśli kiełbasę dają wszyscy, wygrywa ten, kto daje jej więcej. Skoro zatem w magazynach zaczyna niepokojąco zalegać sporo autentycznie polskiej wieprzowiny, a nad polską wołowiną jakiś bliżej nieokreślony kapitał roztacza medialne odium leżakowego odoru, należy działać natychmiast. Za pasem Wielkanoc a więc okres tradycyjnego polskiego triumfu nad postem. Na polskim stole stawia się wtedy cokolwiek, co miało kiedyś ryjek, ogonek albo kopytko, nie zadając przy tym zbędnych pytań, na przykład czy zwierz był rogaty a kopytko rozszczepione. Jest przecież Wielkanoc i po katolicko dolegliwych dniach postu znaczonego w Polsce parówkami z szynki, szynką z biodrówki i kebabem z drobiu, można w końcu zrealizować oczekiwany mięsopust i najeść się mięsa do syta.

Dlatego przy tej okazji, wychodząc naprzeciw prośbom moich znajomych, którzy w tym roku częściej niż zazwyczaj zasypywali mnie prośbami w sprawie zaspokojenia ich przepisami na szybkie potrawy wielkanocne, publikuję oto przepis na uczciwą białą kiełbasę, której nie da się zrobić z tofu, fenomenalną zupę chrzanową, której nie da się zrobić z chrzanu w słoiczku oraz kociewską babkę gotowaną, której nie da się zrobić bez masła.

Bierzcie więc z tego i korzystajcie w roku bieżącym oraz w latach kolejnych i pamiętajcie, że dobra potrawa wymaga dobrych składników. Duże porcje vacuum z ograniczeniem sprzedaży per paragon zostawcie tym, którzy biorą cokolwiek, byle dużo i tanio.

Biała kiełbasa według Grzegorza Russaka

Przepisów na wielkanocną kiełbasę przestałem poszukiwać, kiedy sporządziłem białą polecaną przez ś.p. Grzegorza Russaka. Idąc za jego radą, wieprzowe jelita zastąpiłem folią samoprzylepną.

Z kilograma wieprzowiny (dwie trzecie mięsa chudego zmielonego na dużych oczkach i jedna trzecia mięsa tłustego zmielona na małych oczkach) wychodzi osiem sporych kiełbasek. Do zmielonego mięsa należy dodać 5 gramów (płaska łyżka) zmielonego pieprzu, 5 gramów (2 łyżki) majeranku, 20 gramów (jedna lekko czubata łyżka) soli i dwa ząbki czosnku przeciśniętego przez praskę oraz pół szklanki wody. Całość wyrabiać (piąstkować) kilka minut aż masa mięsna stanie się zwarta, następnie uformować wałki i rozłożyć je na przygotowanych wcześniej kawałkach folii samoprzylepnej. Zwinąć je w „cukierki”, zabezpieczyć na obu końcach węzełkami z białej nitki i parzyć w garnku z wodą o temperaturze 72-76 stopni Celsjusza przez pół godziny. Po zaparzeniu zahartować w zimnej wodzie.

Zupa chrzanowa

Przepis na tę zupę trafił do mojego domu kilkanaście lat temu. Początkowo, jak się miało okazać, za sprawą chrzanu ze słoika oraz niewłaściwej jakości wędzonego boczku, poczułem do niej obrzydzenie. Od czasu, gdy osobiście dopilnowałem jakości składników, to jednak z najlepszych zup, jakie znam. Pamiętajcie, że to zupa chrzanowa, więc chrzan musi być tarty z korzenia a boczek musi być uczciwie wędzony.

Kawałek wędzonego boczku, który wcześniej zasolono na sucho, należy pokroić w grubą kostkę. Tak samo należy postąpić z podobnej wielkości kawałkiem dobrej gotowanej szynki. Marchewkę, korzeń pietruszki i kawałek selera korzeniowego pokroić w kosteczkę. Wszystko wrzucić do garnka, zalać wodą tak, aby zakrywała składniki, dodać listek laurowy lub dwa i kilka owoców ziela angielskiego. Nie solić, bo boczek i szynka są na tyle słone, że wystarczająco doprawią powstałą z nich zupę. Po dwóch godzinach gotowania na małym ogniu dodać świeżo starty kawałek korzenia chrzanu. Po dalszych dwóch kwadransach zaprawić kwaśną śmietaną rozmąconą z żółtkiem albo pszenną mąką. Po zagotowaniu zupa chrzanowa jest gotowa. Podawać z cząstkami ugotowanego na twardo jajka oraz z kawałkami białej kiełbasy.

Babka gotowana

Do przygotowania tej babki potrzeba specjalnej formy do babki gotowanej (zamykanej od góry), którą warto sobie kupić. O tym, że warto, przekonacie się już po pierwszej próbie organoleptycznej. W moim domu taka babka towarzyszy świętom od zawsze. Doskonale nada się na spektakularny zastępnik suchych i nijakich wielkanocnych bab na margarynie, których nikt nie chce jeść.

Kostkę miękkiego masła należy rozetrzeć ze szklanką cukru. Do puszystej mieszanki dodać pięć jaj, jedno po drugim. Następnie dodać kieliszek rumu, wsypać jedną szklankę mąki pszennej, jedną szklankę mąki ziemniaczanej i jedną łyżeczkę proszku do pieczenia, wymieszać. Z powstałej masy oddzielić jedną trzecią, dodać do niej dwie czubate łyżki kakao, wymieszać. Formę na babkę wysmarować masłem (można oddzielić odrobinę od kostki przeznaczonej do roztarcia z cukrem), wysypać tartą bułką. Przełożyć do formy połowę masy bez kakao, na niej umieścić całość masy z kakao, na nią wyłożyć zaś pozostałą połowę masy bez kakao. Formę zamknąć i wstawić do ustawionego na maleńkim ogniu garnka z wrzącą wodą na 1 godzinę i 20 minut. Po wystudzeniu babkę można udekorować polewą czekoladową i migdałami albo orzechami, ale ja lubię ją najbardziej taką, jaka jest. A jest wyborna!

Udanych Świąt!

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.