Polacy zapraszają się na kawę, Szwedzi spotykają się na fikę i choć zwyczaje to podobne, Skandynawowie robią to lepiej. Oto dlaczego.

Vete-Katten
Vete-Katten

Wciąż nie mogę wyjść z podziwu nad wysiłkami baristki jednej ze staromiejskiej kawiarni w Lund, która zmarnowała cztery świeżo sparzone espresso, aby podać mi kawę odpowiedniej w jej mniemaniu dla mnie jakości. Oto ja, młody Polak, ogarnięty magią ciśnieniowych ekspresów z kolbami, zamówiłem sobie wówczas cremę, choć takiej pozycji w kawowym menu tej kawiarni nie było. Espresso, owszem, figurowało w karcie, podobnie jak cappuccino i late, bo to przecież z niego powstają pozostałe dwie. Ja zaś espresso pijam rzadko, a na kawy mleczne nawet rzadziej. Duża czarna – o, tak, taką chciałbym!

Vete-Katten
Vete-Katten

Po prawdzie nie pamiętam już, czy wówczas o tym nie wiedziałem, czy też za nic prawdę tę miałem, że prawdziwa szwedzka kawa rodzi się nie w drogich kolbach ze słonecznej Italii a w zwykłym przelewowym ekspresie rodem z pochmurnej Skandynawii. Po latach już wiem, że jest przy tym solidnie wyrafinowana w mocy i stosownie doposażona w aromaty i choć dziś w Szwecji goszcząc pijam wyłącznie taką, to wówczas, z grubsza dekadę temu, żądałem owej cremy, skrupulatnie tłumacząc zaskoczonej baristce, o co mi w zasadzie chodzi. Ostatecznie otrzymałem kawę naprawdę niezłą i nic w tym dziwnego, bo kawa w Szwecji zawsze smakuje doskonale.

Semla

Biorąc pod uwagę najpopularniejszą w Szwecji technologię jej parzenia, czyli ustawiony pod prostym filtrem zwykły szklany topek, do którego z siłą grawitacji kapie ekstrakt z zalanego gorącą wodą mielonego wsadu, źródeł jakość skandynawskich naparów należałoby szukać w specyfice mieszanek albo w jakości wody. I pewnie swoją rolę odgrywa tu każdy z tych czynników, acz wsparty doświadczeniem i tradycją, w którą wpisuje się fika, osobliwie szwedzki zwyczaj picia kawy.

Choć wielu stawia dziś fikę w glorii najprześwietniejszych ceremonii z pogranicza rytuału przejścia wprost do serca szwedzkiej społeczności, po prawdzie jest to prosty a do tego nieuczesany zwyczaj popijania kawy – w przeróżnych miejscach, o niesprecyzowanych porach dnia, w różnym towarzystwie, niekiedy tylko we własnym, z chwilą na refleksję ze sobą samym, na rozmowę ze znajomym albo na dokończenie pracy na laptopie, wszakże z cukierniczą konfekcją, typowo wypiekami z cynamonem lub kardamonem. I choć cynamonowe bułeczki przeżywają obecnie renesans, którego echa niosą się po całym świecie, to ja do fiki wolę semlę, lekką i puszystą bułeczkę z bitą śmietaną, marcepanem i odrobiną malinowego dżemu.

Moje sztokholmskie fiki wiernie spełniałem w Vete Katten, jednej z najbardziej urokliwych szwedzkich cukiernio-kawiarni. Popołudniami i w weekendy cieszy się ona niebywałym wzięciem, więc wówczas zdecydowanie jej unikałem, za to około południa jest tam na tyle luźno, że z przyjemnością zajmowałem stolik i to niezależnie od tego, że niektórzy pozwalają sobie na zuchwałe stwierdzenie, jakoby adres ten stanowił miejsce spotkań atrakcyjne dla seniorów.

Nawet jeśli miałaby być to prawda, cóż z tego, skoro gwar w środku jest kawiarniano przyjemny, strzępki rozmów przeplata aromat dobrej kawy i świeżych wypieków, a w witrynach pyszni się kolorowa różnorodność, w tym król szwedzkich deserów, lekko przyprószony bielą zielony tort księżniczki. Pokazuję go wam w pełnej krasie, bo pokrojony na kawałki nie robi już takiego wrażenia, a rzecz to przepiękna i naprawdę dobra. Nasączony ponczem biszkopt otulają duże porcje waniliowego kremu i malinowego dżemu, a uformowana w półkulę całość udrapowana jest warstwą barwionego na groszkowo marcepanu.

Dopowiem jeszcze tylko, ze Vete Katten, dziś uznawane za sztokholmską instytucję, otworzyła w 1928 roku szwedzka feministka Ester Nordhammar, która nie tylko nie miała wówczas pojęcia o cukiernictwie, ale w feministycznej zaciekłości do samej śmierci nie dopuściła do swojego interesu żadnego mężczyzny. W kolejnych latach lokal zmieniał właścicieli, aby dziś spocząć w rękach Johana Sandelina, a więc mężczyzny, do tego szwedzkiego mistrza cukiernictwa, który doświadczenie zdobywał jako wieloletni pracownik Vete Katten, zatrudniony tu rzecz jasna już po odejściu panny Nordhammar.

Swoją drogą ciekawa sprawa, bo współczesne feministki pewnie chętnie podjęłyby napiętnowanie dżentelmenów odwiedzających sfeminizowane niegdyś Vete Katten. Któż to inny niż męscy tyrani, którym uciemiężone kobiety muszą usługiwać? A tfu! Uspokajam jednak i powściągam także, albowiem panie, czy też może panny, robiły to wówczas z własnej inicjatywy, więc kropka.

Vete-Katten
Vete-Katten

Moja wizyta w Sztokholmie byłaby niepełna bez tradycyjnego sztokholmskiego śledzia. Ten podawany w niepozornej budce przy Kornhamnstorg wyrósł na kultowy. Napiszę o nim w następnym odcinku.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.