W świecie szybkich półwytrawnych z dyskontu spotkanie z wyjątkowymi winami Emidio Pepe z Abruzji i to jeszcze sprzed blisko pół wieku to okazja, której nie mogłem przegapić

Emidio Pepe
Emidio Pepe

W czasach egalitarnej pauperyzacji jakości na rzecz powszechnie dostępnej taniości wina Emidio Pepe stanowią swojego rodzaju wyłom w czasie do dawno minionej epoki zindywidualizowanego wyrazu i twórczego zróżnicowania. Sam Pepe zdaje się w takim dawno pogrzebanym świecie wciąż żyć. Swoje winnice prowadzi zgodnie z zasadami biodynamiki od połowy lat 60. minionego stulecia, grona każe wyciskać stopami a moszcz uparcie fermentuje w betonowych kadziach. W tych samych kadziach trzyma później wino, mimo że niemal cały świat cement zastąpił szlachetną stalą. Pepe jest jednak uparty a do tego małomówny. Wino pija chętnie, wszak pod warunkiem, że swoje. Natomiast jeśli ma coś o swoim winie powiedzieć, odpowiada krótko – jest doskonałe.

Rzeczywiście jest i to nie tylko w ocenie twórcy. W ponadpółwiecznym rozliczeniu uporem i osobliwym podejściem do winorośli i winiarstwa Pepe okazuje się wygrywać. Dziś, po półwieczu obecności w branży, wyróżnia się na jej tle winami o indywidualnym stylu, rzemieślniczym sznycie i nieposzlakowanej jakości. Mało takich jest w Italii, mało takich też i w świecie.

Terra Madre 2018
Terra Madre 2018

Posiadłość Emidio Pepe rozciąga się na wzgórzach okalających miasteczko Torano Nuovo w Abruzji, mniej więcej pośrodku drogi między morzem a górami. Bliskość morza przydaje winorośli słoności, zaś bliskość gór zabezpiecza ją przed letnią gorączką, przynosząc wieczorami ożywcze podmuchy, co wpływa na tempo dojrzewania gron. Emidio Pepe nigdy nie pochwalał starzenia wina w dębowych beczkach. Uznał, że postawi na szkło i w swojej decyzji trwa do dziś, twierdząc, że właśnie szkło daje winu najlepsze warunki do rozwinięcia jego pełnej złożoności. Pepe kazał oszklić od wewnątrz betonowe kadzie, które choćby ze względu na grubość ścian znacznie lepiej niż modne dziś kadzie ze stali szlachetnej chronią wino przez wahaniami temperatury – i to zarówno przed nadnaturalnym upadłem jak i srogim mrozem.

Po 24 miesiącach przetrzymywania wina w kadziach wino trafia do butelek ale bez dodatku dwutlenku siarki ani drożdży. W butelkach zachodzi naturalna fermentacja mlekowa a wino dojrzewa przez kolejne lata razem z zapasami poprzednich roczników zgromadzonych w piwnicy. Przed wysyłką do klienta wszystkie butelki są otwierane, wino dekantowane, a następnie przelewane do nowych butelek, etykietowane i korkowane po raz drugi, także i tym razem bez dodatku dwutlenku siarki. Wszystko to, łącznie z naklejaniem etykiet, dzieje się ręcznie, a za tę część procesu odpowiada Rose, żona Emidio Pepe.

Montepulciano d'Abruzzo
Montepulciano d’Abruzzo

Tajniki sztuki winiarskiej z najwyższej półki poznawałem podczas spotkania z rodziną Emidio Pepe, która w ramach turyńskiego Terra Madre Salone del Gusto zorganizowała degustację Montepulciano d’Abruzzo z pięciu roczników. Gratka była nie do przegapienia, bo w grę wchodziły butelki z roku 2015, 2005, 1995, 1985 i 1975, a więc niemal cały przekrój pięćdziesięcioletniego dorobku winnicy. Spotkanie zorganizowano w samym sercu Turynu, w Palazzo Giunta Regionale, a o winach opowiadały spadkobierczynie spuścizny Emidio Pepe, którym senior rodu niedawno przekazał winnicę: córka Daniela oraz wnuczka Chiara.

Pierwsze spotkanie z Montepulciano d’Abruzzo Emidio Pepe wypadło blado. Być może rocznik 2015 nie był łaskawy dla gron, a może wino po prostu jest jeszcze zbyt młode. Wiadomo wszak, że dobre Montepulciano jest leniwe i lubi leżakować, a swoje wdzięki odkrywa dopiero po latach. Dość jednak powiedzieć, że konsorcjum kwalifikujące wina do oznakowania znakiem DOC wydało temu rocznikowi opinię negatywną. Niezależnie od tego rodzina Pepe uważa, że wino broni się jakością także i bez pozytywnego głosu ekspertów, choć ja podzielam zdanie ekspertów i też uważam, że jednak się nie broni. Zapamiętałem je jako nieznośnie i dziwacznie mięsne, choć z mięs podpadających pod te odświeżane płynem do naczyń. Było młode i gołe, ale o ciele tak cherlawym, iż – jeśli przez jakiś przypadek pito by je w zakrystii – powinno się czem prędzej schować choćby i pod komżę.

Montepulciano d'Abruzzo
Montepulciano d’Abruzzo – 1995

Na szczęście kolejne butelki bronią się zdecydowanie i to we wszystkich czterech odsłonach, z każdą kolejną ujawniając treść o pozazdroszczenia godnej szlachetności. O ile rocznik 2005 z niejaką nieśmiałością przyodziewa się w skąpy strój ze skóry, akcentowany czerwienią owoców i lekkim niuansem kawy, o tyle rocznik 1995 występuje już w skórzanym kombinezonie zapinanym na zamek – z lukrecji, dzierżąc przy tym filiżankę świeżo palonej kawy i kieliszek marsali. Jest wciąż świeży i kuszący – tu akcentem mięty, tam piernika. Rocznik 1985 wychodzi w odcieniu wyblakłej czerwieni, ciało pokazuje częściowo odziane, powiedzmy od pasa w dół, a w swych skórzanych spodniach trzyma paczkę wypachnionego tytoniu. Nie jest już tak owocowe, jak poprzednik, ale też ani skóra, ani tytoń nie przejmują nad nim władzy. Dyskretne, stonowane, z klasą.

Montepulciano d'Abruzzo
Montepulciano d’Abruzzo – 1985

A jak wypada najstarszy z piątki? Rocznik 1975 to dokładnie mój równolatek i powiadam wam, że po pierwszym z nim spotkaniu chce się zaprzyjaźnić z nim na dłużej. To moje alter ego z wyboru, które albo bardzo chce, żebym uznał, że jest takie, jak ja, albo po prostu takie jest i już. W każdym razie gdy już spenetrowało mi usta, przywiodło na myśl klimaty ziemisto-skórzane, poważnie łamane ciemnymi owocami, rzucając mnie w plechę dokładnie takiego lasu, jaki mam sto metrów od tarasu. Tak, to wino prześwietne a przy tym rączo zwinne. To bardzo dobrze, bo ta rącza zwinność pozwoli mu na zdystansowanie konkurentów, zwłaszcza tych, którzy w imię nonsensownej idei egalitarności pchają się na dyskontowe półki.

Montepulciano d'Abruzzo
Montepulciano d’Abruzzo – 1975

To nie tam jest ich miejsce i to nie tylko dlatego, że butelka za 2000 zł. w dyskoncie nie przeszłaby przez wydolność kalkulacyjną kierownika sklepu. To po prostu nie jest ta klientela.

Za tydzień zapraszam na opowieść o rybach z ocalonych z niebytu wybrzeży Apulli, gdyż nieprawdą jest, jakobym w Turynie cały czas pił tylko wino i nic nie jadł.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.