fot. rawpixel
fot. rawpixel

Kasia Bosacka stawia w swoim nowym programie na skandalizujące festiwale postprawdy. Naginanie faktów, niedopowiedzenia, wybiórcze traktowanie wyników badań i eksperymentów – czy tak ma wyglądać współczesne dziennikarstwo?

Seria "Co nas truje" Kasi Bosackiej
Seria „Co nas truje” Kasi Bosackiej

Postprawda, czyli koktajl z tłustych bzdur i mętnych faktów, w którym tych pierwszych jest tyle, że ścieląc się po wierzchu gęstym kożuchem, sprowadzają te drugie do pozycji fusów, coraz bezczelniej skaża pojęcie do niedawna nieskazitelne – wiedzę. Ta, choć poprzez naturalny proces ewolucji zmienna acz traktowana z estymą, dziś dyletanckimi łapami ciągana jest za wszarz i z szacownego kontekstu encyklopedii oraz czcigodnych zakamarków biblioteki trafia prosto do rynsztoka, gdzie, zmieszana z czystą głupotą i plugawym łgarstwem, staje się tym, co leniwe umysły człowieka XXI wieku lubią najbardziej – postprawdą.

fot. Kayla Velasquez
fot. Kayla Velasquez

Naiwnym ten, kto wciąż pociesza się złudzeniem, iż postprawda to domena manipulatorów ludzkich umysłów, umownie zwanych politykami, którzy w niej właśnie upatrują sposobu na przejęcie nad tymiż umysłami kontroli. Oni doskonale wiedzą, że sposób to trywialnie prosty, bo wystarczy jakiś drobny acz chodliwy fakt otoczyć miriadą działających na emocje sztucznych zanęt, aby prędko wywołać branie. Dobrze przy tym, aby branie odbyło się z udziałem osób cieszących się autorytetem, uznaniem lub popularnością, wówczas nikt nie tylko nie będzie podważał autentyczności największej nawet głupoty, ale też nikomu nie przyjdzie do głowy sprawdzać autentyczność źródła. Przykłady można mnożyć, ot, pierwszy z brzegu, który przed chwilą wpadł mi w oko – rzekoma decyzja ministra o cofnięciu koncesji dla stacji TVN, opublikowana przez portal Newsweb.pl a udostępniona na Facebooku przez Krystynę Jandę.

Krystyna Janda dała się zwieść krzykliwemu nagłówkowi, którego treści w żadnym razie nie potwierdza już sam wpis. Ale co tu się dziwić Krystynie Jandzie, skoro na ten sam lep dałem się zwabić i ja. Gdy wszedłem na stronę rzeczonego portalu, od razu zainteresował mnie opublikowany tam w dziale „O tym się mówi” wpis, jakoby Magda Gessler popierała PiS. Dwa kliknięcia wystarczyły, aby sprawdzić, że zawarte w tekście, a wyrwane z kontekstu, słowa Magda Gessler wypowiedziała trzy lata temu w wywiadzie z Magdelaną Rigamonti, acz w zupełnie innym kontekście.

Szkodliwe pieczywo (?)
Szkodliwe pieczywo (?) / fot. zrzut ekranu z player.pl

Tak czy owak, postprawda mości się dziś wszędzie, wchodzi nawet do kuchni. Przykładem jest nowa seria programów konsumenckich Kasi Bosackiej „Co nas truje”. Rzut oka na spis treści poszczególnych odcinków i wiemy, że truje nas w zasadzie wszystko, od cukru poprzez olej po… pieczywo! No może i tak – pomyśli widz – wszak wiadomo, że w opiniach dietetyków, mieniących się wyłącznymi szafarzami jedynej kulinarnej prawdy naszych czasów, żywność tylko tak się podstępnie nazywa, bo wcale nie żywi, tylko truje. Hm, ale – zaraz, zaraz – czy ktoś kiedykolwiek zatruł się chlebem? Na tyle ten aspekt trucia mnie zaciekawił, że postanowiłem obejrzeć odcinek.

Leonardo Da Vinci - Ostatnia wieczerzea
Leonardo Da Vinci – Ostatnia wieczerzea

Nie będę budował atmosfery tajemnicy i od razu powiem, że już od samego początku program wprawił mnie w osłupienie. Już na wstępie prowadząca osobiście i bezceremonialnie miesza chleb z zanieczyszczeniem powietrza, otyłością i nikotynizmem. Szafując liczbą mieszkańców średniego polskiego miasta, dla przykładu Olsztyna, przeraża widzów, że aż tyle osób rocznie umiera na nowotwory i choroby krążenia, więc czas zadać sobie pytanie, co nas truje. Czołówka nie pozostawia złudzeń: pieczywo. Potem jest już tylko gorzej, a drobiazgowo ilustrowana kilkoma chemicznymi eksperymentami oraz wypowiedziami – a jakże – dietetyków i innych ekspertów teza, sprowadza pieczywo do grona trucizn. Tak, tak, pieczywo, czy też – mówiąc mniej górnolotnie, chleb, ów pokarm święty, który Jezus rozdawał apostołom podczas ostatniej wieczerzy, a którym i my przełamujemy się zresztą nie tylko przy liturgicznych okazjach ale i na co dzień.

Pytanie o toksyczność chleba jest powtarzane w trakcie programu bezustannie, a obecność zaproszonych do odcinka ekspertów potęguje wrażenie mglistej sugestii, że chleb rzeczywiście może truć. W toku szeregu niedopowiedzeń, przekłamań i manipulacji odbiorca kierowany jest ku poglądowi, że do współczesnego pieczywa dodaje się psiej sierści, ten z dodatkiem karmelu jest trujący a ów z emulgatorem może powodować zwiększone wchłanianie tłuszczu. Tu cytat: „taka kromka chleba z masłem de facto o wiele więcej tłuszczu dostarczy do naszego organizmu niż kromka dobrego chleba z masłem”. Kuriozum czy może dobry sposób na wysokie ceny masła? A tak poważnie to szkoda, że nie określono, co działoby się w organizmie z tym samym masłem bez obecności wzmiankowanego chleba – czy mistycznie ulotniłoby się przez pory, czy znacznie mniej mistycznie wydaliłoby się w przyodziewku z ekskrementu?

Widz jest przy tym świadkiem setnej zabawy, jaką na ekranie urządza sobie dietetyczka. Śmieje się do rozpuku, plwając na chleb szeregiem inwektyw, porównując go do gąbki do mycia szyb, ludzika z plasteliny i glutów zatykających przewód pokarmowy – może dlatego, że nie jest w stanie podać najprostszych zasad odróżniania bardziej wartościowego pieczywa od tego mniej wartościowego, a może dlatego, że wydaje się jej, że w chlebie tostowym mąka jest na ostatnim miejscu na liście składników. Skoro jednak śmieje się, gdy mówi, to pewnie ma dystans do siebie, a to dobrze, bo teraz pośmiać możemy się i my, w żadnym razie wszak nie umniejszając ekspertowi.

Obecność naukowców i ekspertów przeprowadzających trywialne doświadczenia, z których w zasadzie nic nie wynika, tylko utwierdza widza w przekonaniu, że coś na rzeczy jednak być musi. W kulturze postprawdy to jednak w zupełności wystarczy. Przeciętny widz nawet nie zauważy, że poszukująca w chlebie trucizny Kasia Bosacka lecytynę nazwie leptyną, może za to nabrać wątpliwości i zechcieć poszukać dodatkowych informacji na własną rękę. No bo w sumie skoro nikt nie powiedział, co dokładnie w pieczywie truje, a prowadząca tak wnikliwie o te odpowiedzi zabiega, to dlaczego ich nie udzielono? Czy eksperci chcą coś ukryć?

fot. Chris Barbalis
fot. Chris Barbalis

Na szczęście jest głos, który idzie z pomocą i w tle ilustrującej go listy składników jakiegoś bochenka, spokojnym tonem wylicza wrogie działanie pieczywa na ludzki organizm. Zaczyna od nudności, zawrotów głowy, wzdęć i zaparć a kończy na alergiach kamicy nerkowej, a nawet zawałach serca i udarach mózgu. Tak, to wszystko w opinii twórców programu może powodować pieczywo. Co więcej, dana dziecku do zjedzenia w supermarkecie bułeczka może skończyć się interwencją lekarską. Zdawałoby się już, że paradę nonsensów wieńczy infografika z hasłem, jakież to niestrawności powoduje „przetworzone pieczywo”, ale dęty festiwal trwa dalej i to w najlepsze.

Oto pojawia się w końcu L-cysteina, substancja pozyskiwana między innymi – acz nie wyłącznie – z ptasich piór i zwierzęcego włosia. Wypadałoby przy okazji, choćby ze względów statystycznych, pokazać chociaż kilka etykiet z oznaczeniem E-920, co mogłoby dowieść o skali problemu. Nie pokazano żadnej. Czyżby dlatego, że polscy producenci L-cysteiny nie stosują? A to szachraje! Nie wpisują się w założenia programu!

Ze względów czysto formalnych należałoby też poświęć choć chwilę rzeczywistym właściwościom samej cysteiny, często przyjmowanej w formie suplementów diety, bo dobrze wpływa na wątrobę, włosy, paznokcie, stawy a nawet płodność ale wówczas program straciłby w warstwie emocjonalnej. Dlatego, aby miast tego zyskał, postanowiono przeprowadzić eksperyment z rozpuszczaniem psich kłaków w kwasie solnym. Ohydne? Poniekąd, choć nic ponad próbę wprowadzenia widza w błąd. Cysteina nie tylko nie truje, ale może być pomocna dla zdrowia. No ale to niezgodne z tezą, więc dla potrzeb tego programu niepostprawdziwe.

Zakładam, że dodatkowej wiedzy widz będzie poszukiwać w internecie, podobnie jak pewna młoda niewiasta, która zrobiła to już jakiś czas temu i, wyszukawszy sobie w sieci najbardziej szokujące ją doniesienia, jak choćby te, że w chlebie są pozyskiwane z zakładów fryzjerskich mielone ludzkie włosy, dokonała ich kompilacji i powieliła w postaci filmiku. Gdyby filmik zawierał przynajmniej garstkę faktów, mógłby być pouczającym dokumentem, ale skoro faktu nie ma w nim ani jednego, za to bzdur cały stek, to pozostaje mu mienić się dezinformacyjnym gniotem.

Co ciekawe, moda na zohydzanie pieczywa zaistniała też w telewizji publicznej, z założenia stanowiącej abonamentem chronioną i komercyjnie niewzruszoną misyjną oazę faktu. Tymczasem to właśnie z jednego z jej kanałów pochodzi nakręcony najprawdopodobniej ukrytą kamerą reportaż z nowoczesnej fabryki chleba, które zaopatrują dziś większość supermarketów i dyskontów w wypieki. Forma reportażu, dociekliwość dziennikarki, niepokojąca muzyka i hasłowo rzucany zwrot „kwas” może widza co najmniej zaniepokoić. Przecież dodają do chleba jakiś kwas! A że z kwasu właśnie rodzi się tradycyjne pieczywo? E tam, fakty się nie sprzedają.

Zagadnienie trującego chleba roztrząsane jest w mediach od lat, mniej więcej od momentu, gdy w dyskontach pojawiły się gorące bułeczki. To właśnie wtedy z nadwiślańskiego krajobrazu zaczęły znikać powite na truchłach społemowskich i geesowskich piekarni małe zakłady panów Józków, które z powodów do dziś mi nieznanych obdarzano dużym mandatem zaufania w zakresie jakości oferowanych tam wypieków. W istocie panowie Józkowie w tym samym miejscu mieli tak garowanie podmłodzi, jak ruchanie ciasta czy kulanie bułeczek, zwłaszcza że na rynku zaczęło brakować kulających. Ci, miast piekarzami i ciastkarzami, zapragnęli stać się ekonomistami, marketingowcami i politologami, bo taka moda. Panowie Józkowie mieli jednak u swoich klientów carte blanche, a że pod czerepami mieli też rozum, to nie wyprowadzali nikogo z zachwytu na siłę. W ciszy garowni mieszali premiksy, dodawali polepszacze, sypali uszlachetniacze – ile tylko wlezie. Robią tak zresztą do dziś, pozostając daleko w tyle za rzeczywistymi oczekiwaniami konsumentów i współczesnymi technologiami wypieków, z którymi ich chleby nie mają nic wspólnego. Ba, ich najlepsze pieczywo jest o dekadę gorsze od najsłabszych odpieków z dyskontu. Ale skoro wciąż tak wielu gotowych jest płacić za owoce piekarniczej postprawdy, panowie Józkowie dalej sypią swoje, przy okazji podsycając konsumencki hejt na współczesne hale piekarnicze, które jako te wielkie i nowoczesne są podejrzane o to, że trują.

fot. Jenna Day
fot. Jenna Day

Bo na tym polega postprawda – fabryka pieczywa truje, bo jest fabryką, a mała piekarnia wypieka dobry i zdrowy chleb, bo jest mała. I już.

2 KOMENTARZE

  1. Mądry artykuł. Zgadzam się z tym, że czarno-biały obraz jest idiotyczny. Ta cała dyskusja na temat tego co „lepsze” jest śmieszna.
    Nie każde piwo wytwarzane przez mikro-browar jest smaczne, śmiem twierdzić, że około połowa to siki. Podobnie jest ze wszystkim innym. Nie wszystko co „koncernowe” jest złe. Sam lubię kupować produkty, wielkich koncernów, ponieważ mam do nich więcej zaufania niż do firm-krzak, które pojawiają się co jakiś czas i zaraz znikają.
    Żywność jest temat delikatnym, bo wiadomo, że „jesteśmy tym, co jemy”. Dlatego, trzeba tu mieć, jeszcze więcej dystansu do wszelkiej propagandy, jaką serwują nam marketingowcy.

    Oceń komentarz Dobre 0 Słabe 1

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.