fot. Armando Ascorve Morales
fot. Armando Ascorve Morales

O kwestii etycznej w masowej produkcji żywności zaczyna się omówić coraz głośniej.

fot. Nick Karvounis
fot. Nick Karvounis

Rosnący popyt na tanie mięso jest niczym paliwo rakietowe dla silników gigantycznych przetwórni, w których poza rachunkiem ekonomicznym nie liczy się prawie nic, a już z pewnością nie los tanim sumptem produkowanych zwierząt. Coraz częściej czytamy o tym w mediach, co jakiś czas dając się wstrząsnąć makabrycznymi obrazami polewanych wrzątkiem niedobitych tuczników, pokaleczonych niedbałym ubojem krów czy też beznogiego, bezpiórego albo bezdziobego drobiu, który wciąż zdaje się jeszcze ruszać. To obrazy na tyle wstrząsające, że niejeden miłośnik krwawej kiszki może teraz zdecydować, że na jakiś czas przejdzie na strączki, choć to tylko słowne hasła. Co dopiero jeśli obejrzy ilustrujące te hasła filmowe nagrania!

fot. Armando Ascorve Morales
fot. Armando Ascorve Morales

Można by zatem przypuszczać, że enigmatycznie pojęty konsument wyrobów mięsnych nie jest zupełnie pozbawiony wrażliwości etycznej. Być może po prostu nie zdaje sobie sprawy, jak w dwudziestym pierwszym wieku wygląda hodowla, ubój oraz przetwórstwo zwierząt. A wygląda zupełnie inaczej niż w czasach, gdy rolnik uprawiał swój mały spłachetek, z którego plony gromadził w stodole, aby mieć czym wykarmić swoje trzódki. Z sanitarnego punktu widzenia prowadzony przez niego ubój mógłby budzić dziś niepokój i pewnie właśnie dlatego urzędnicy ściśle określili, gdzie i jak ubój może się odbywać. W tych definicjach nie ma jednak miejsca na szacunek dla zwierząt ani na związany z nim rytuał uboju. Pojawiają się a to ułatwiające zarządzenie krwią kafelki, zmechanizowane linie produkcyjne, roztwory chloru do moczenia mięsa i wielkie chłodnie z potężnymi hakami do wieszania półtusz.

fot. Rowan S
fot. Rowan S

Ubój tradycyjny, jeszcze do niedawna właściwy małym wiejskim gospodarstwom, zakładał pewien porządek i ceremoniał. Prosty w formie i niewspomagany wyrafinowanymi narzędziami wymagał umiejętności i czasu. Dla gospodarstwa stanowił rozumiany i szanowany element cyklu natury. Uczestniczyły w nim dzieci, które uczono nie tylko tradycyjnych zwyczajów, ale też szacunku do żywności. Właśnie wówczas z tuszy wykorzystywano wszystko, ale bez krzykliwej dziś ideologii „od nosa do ogona”, która wszak na tym tradycyjnym chowie bazuje.

Póki co debata nad dobrostanem współczesnych trzód i stad nabiera rumieńców. Coraz głośniej zaczynają padać pytania, czy to etyczne, że miliardy wrażliwych zwierząt spędzają całej swoje życie na pozbawionych dziennego światła zmechanizowanych liniach produkcyjnych, a większość z nich nigdy nie ma okazji ujrzeć skrawka nieba. Zastanawiamy się, czy to dobrze, że dzieci, zapytane, skąd bierze się schabik, odpowiadają, że z Biedronki.

W cieniu tych dywagacji padają też oskarżenia ciężkiego kalibru. Dla przykładu, w zajmującym materiale na temat zawłaszczenia przyrody przez człowieka opublikowanym niedawno w The Guardian, los zwierząt ze współczesnych hodowli postrzegany jest w kategoriach największej zbrodni człowieka w całej historii ludzkości. Autor materiału podkreśla, że dewastacja świata zwierzęcego to cecha człowiekowi przyrodzona od samego zarania. Już 45 tysięcy lat temu, po skolonizowaniu kontynentu dziś zwanego Australią, z jego powierzchni zniknęło 90% gatunków zwierząt. Z kolei 15 tysięcy lat temu przedstawiciele homo sapiens, którzy przybyli do Ameryki, doprowadzili do wyginięcia 75% populacji tamtejszych ssaków. Z nastaniem rewolucji agrarnej, w wyniku której wędrowcy stawali się domatorami, przyswajający nowe zwyczaje człowiek osiadły zaordynował całkowicie nowy porządek w świecie zwierząt, udomowiając gatunki dzikich zwierząt. Ujmując rzecz w skrócie, najpierw dokonaliśmy masowej eksterminacji gatunków, a to, co pozostało pozbawiliśmy instynktu życia stadnego. W efekcie żyjące w samowystarczalnych stadach gatunki stały się zbiorami bezradnych egzemplarzy zdanych na łaskę i niełaskę nowego pana.

fot. plasticchef1
fot. plasticchef1

Zagadnienie stosunku człowieka do zwierząt poruszane jest także i w polskich gremiach. Oto w radiowej Dwójce pojawiła się niedawno rozmowa z dr. Andrzejem Kruszewiczem, dyrektorem warszawskiego ZOO i autorem książki „Hipokryzja. Nasze relacje ze zwierzętami”. Jak zauważa przyrodnik, współczesna krowa została sprowadzona do maszynki do mleka a eksploatowana jako taka żyje nie 26 lat, jak jej wiejska protoplastka, a zaledwie 5. W jej skróconym życiu nie przewidziano czasu ani na macierzyństwo, ani na godną starość. Z kolei współczesne świnie czy kury, przedstawicielki tych z natury skorych do grzebania w poszukiwaniu apetycznych kąsków, przez całe ich skrócone życie karmione są tą samą granulowaną karmą. Komponuje się ją w takich proporcjach i skarmia w takich ilościach, aby pałaszujące ją sztuki jak najszybciej rozwinęły umięśnienie ale nie zanadto się upasły, bo przecież klient żąda mięs chudych i tanich!

Jaki to paradoks, że nad losem współczesnych stad pochyla się dyrektor ogrodu zoologicznego, a więc symbolu ostatecznej alienacji i zniewolenia resztek dzikich gatunków. Z drugiej strony może to i dobrze, bo kto lepiej zdiagnozuje sytuację dzikich gatunków niż pracownicy miejsc, do których ostatni przedstawiciele tychże trafiają.

Póki co do zoo nie trafiają jeszcze jelenie, łosie i daniele. Wprost przeciwnie, ich populacja rośnie, choć w dużej mierze dlatego, że modne stają się – jakkolwiek absurdalnie to zabrzmi – hodowle dziczyzny. To właśnie z tych hodowli pochodzi dziczyzna z dyskontów oferowana tam po drastycznie niskich cenach i w zaskakujących ilościach. Co prawda polnych kuropatw ani leśnych zająców tam nie uświadczysz, ale chłodzone bażanty i przepiórki już owszem – te akurat z hodowli zagranicznych.

fot. Aman Bhargava
fot. Aman Bhargava

Niewesoło ma się też sytuacja w morzach. W Bałtyku jawi się wręcz katastrofalną i to wcale nie za sprawą zanieczyszczeń. Stan czystości naszego morza z dekady na dekadę się poprawia, ale liczebność zamieszkujących go stworzeń zatrważająco spada. Polscy rybacy biją na alarm, bo nie mają już czego łowić, a to, co wpada w sieci nadaje się najwyżej na paszę. Jak opowiadają, współczesny dorsz, którego czasami uda się złowić, składa się głównie ze skóry i ości. Winę za to przypisują uprzemysłowieniu rybołówstwa. Wielkie trawlery, które wyczesują morskie wody z wszelkich przejawów życia, doprowadzają z jednej strony do przełowienia a z drugiej zabierają większym gatunkom ryb ich naturalne pożywienie, czyli gatunki mniejsze, niszcząc przy tym morskie dno. Nie ma się co oszukiwać, dzikimi gatunkami ryb nie da się zaspokoić popytu, więc te sprzedawane w dyskontach pochodzą z hodowli, zresztą bardzo często zagranicznych.

Można by sądzić, że za nadmierną eksploatację naturalnych zasobów i totalne upodlenie przyrody odpowiadają wyłącznie mięsożercy i rybofile, ale to mylne wrażenie. Swoje za uszami mają też powszechnie uznawani za szafarzy szlachetności weganie i wegetarianie. Ich wkład w degenerację przyrody to jednak już materiał na następny odcinek.

1 KOMENTARZ

  1. Bardzo podoba mi się ten artykuł, szczgólnie wyśmiewający tekst, na temat Wegetarian i Wegan. Przecież, wystarczy jeść po prostu MNIEJ. Człowiek naprawdę niepotrzebuje tyle jeść, ile zjada obecnie.
    Kluczem do zrozumienia wszystkiego co się dzieje wokół nas jest zrozumienie absurdalności mentalności dzisiejszego człowieka. Dzisiejszy człowiek faktycznie jest niczym więcej niż PASOŻYTEM. Zyje sam dla siebie, jako egoista, myśląc, że człowiek ma tylko jedno życie, więc musi się wyszaleć.
    Jako Korporacjonista i Humanista, powiem tylko tyle, człowiek jest częścią natury i to własnie NATURA/BÓG jest tym, co jest najważniesze. Dopiero potem jest Człowiek. Jeśli ktoś uważa, że Człowiek pochodzi od małpy, to jest w błędzie. Małpy są częścią Natury, żyją nie tylko dla siebie, ale także dla innych. Współczesny człowiek to nie małpa, to pasożyt.

    Oceń komentarz Dobre 1 Słabe 1

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.