Czar Piemontu 2. Pinerolo

Pinerolo to jedno z malowniczych piemonckich miasteczek o alpejskim sznycie – w sam raz dla tych, którzy wybierają się do Turynu, ale odpocząć chcieliby z dala od jego zgiełku.

Gdy mam wybór, gdzie nocować, zazwyczaj wybieram miejsca zaciszne a dla komfortu łatwo poświęcam uroki nocnego życia wielkich miast. Tak też było w przypadku moich kilku wizyt w Turynie, największym i najbardziej gwarnym mieście Piemontu. Jeśli, podobnie jak ja, będąc w Piemoncie nad lanserskie imprezy przedkładacie zdrowy wypoczynek, polecam dziś dwa piemonckie miasteczka: Pinerolo i Bra, w których wypoczniecie prześwietnie. Dziś krótki spacer po pierwszym z nich, a do Bra przeniesiemy się w następnym odcinku.

W Pinerolo łatwo się zaszyć – w skryte pod bujną zielenią wyniosłości doliny Chissone. Ja skryłem się w Casa Carla, ujmującym rodzinnym pensjonacie, który swoją nazwę wziął od imienia gospodyni. Dom stoi na wzgórzu, a z okien i tarasów roztaczają się widoki na kasztanowe lasy i imponujący masyw Monte Viso. Pensjonat leży jakieś piętnaście minut spacerem od centrum miasta. Drogę do centrum i dalej na dworzec kolejowy, a zatem „z górki na pazurki” przemierzałem na własnych nogach, a dzięki wspaniałomyślności Carli wymagającą krzepy trasę powrotną pokonywałem w skórzanym fotelu jej komfortowej terenówki.

Spacer po Pinerolo zająć może jakieś pół godziny, bo miasteczko jest nieduże, ale skrywa perełki średniowiecznej architektury. Ja śmiało wczepione w strome zbocza dzieła sztuki murarskiej podziwiałem ze schowanej w przykatedralnych podcieniach Piazza Donato cukierni Ferraud, w której raczyłem się makaronikami i espresso.

Po drodze mijałem jeszcze kilka innych cukierni, lodziarni, kawiarni i barów. Ze szczególną estymą potraktowałem jednak urządzony we współczesnym stylu Charlie Bar, w którym podają tramezzini tak świetne, że od razu uznałem je za najlepsze, jakie jadłem w życiu. Tak delikatnych kanapek z tak wzorowo skomponowanym obłożeniem nie jadłem bowiem ani w dworcowej Cafe Panzera w Mediolanie, ani w turyńskiej Cafe Mulassano, którą uważa się za matkę tramezzino.

Tramezzini u Charliego jadałem różnorakie, ale za godne najwyższej pochwały uznałem wersję z pastrami, tłustym serkiem i rukolą (w witrynce na zdjęciu to ta z zielono-wołowym przekrojem) oraz z karczochami i tuńczykiem (leży tuż za tą z pastrami).

Na dworzec w Pinerolo wychodziłem jednak niechętnie, bo jeśli dać mi taras z widokiem oraz filiżankę kawy albo karafkę wina, to z pensjonatu mógłbym nie wychodzić wcale. W Casa Carla z możliwości leniuchowania na tarasie korzystałem zatem pełną piersią, zwłaszcza że gospodyni parzy doskonałą włoską mokę, której spory kubek zabierałem ze sobą po śniadaniu do pokoju.

Na tarasie próbowałem posiadywać też wieczorami, ale skutecznie zniechęcały mnie od tego nadlatujące zewsząd piemonckie insekto-monstra. Czmychałem zatem do z pietyzmem utrzymanego w oryginalnej stylistyce pokoju.

Posadowione w jego centrum ogromne łóżko staroświecko skrzypiało, ale co z tego, skoro zasypiając miałem świadomość, że skryte w jego materacu sprężyny usypiały wiele dekad temu pierwszych właścicieli tego domu!

Śniadaniu Carli muszę poświęcić choć parę słów, bo rzadko zdarza się, żeby w obiekcie B&B aż tak dbano o podniebienia gości. Nie wiem, czy rzeczywiście codziennie zjeżdża ona swoim jeepem na targowisko z piemonckimi różnościami, jednako podczas mojego pobytu codziennie raczyłem się czymś innym. Podawała a to lokalne sery i swojski jogurt, a to wędliny, a to własnoręcznie wyrabiane konfitury.

Przezornie zanotowałem sobie nazwy tych lokalnych serków, dzięki czemu mogę je teraz tu przywołać: Tomino fresco, Talucco i Canestrato. Towarzyszyła im kokilka z pikantną konfiturą z ostrych papryczek. Do tego Carla podawała koszyk z kilkoma rodzajami świeżego pieczywa. Śniadanie wieńczyła doskonała kawa z moki i fenomenalne tarty własnego wypieku.

Próbowałem łącznie chyba aż pięciu różnych, ale Tarta al Limone wywarła na mnie tak piorunujące wrażenie, że poprosiłem Carlę o przepis. Poniżej dzielę się nim z wami.

Torta al Limone
Przygotowujemy: 250 g mąki, 250 g cukru, 20 g proszku do pieczenia, 3 jaja, starta skórka ze sparzonej dużej cytryny oraz sok ze środka tejże, 130 ml wody i 130 ml oleju. Wszystkie składniki mieszamy, wylewamy do natłuszczonej i wysypanej tartą bułką foremki, pieczemy w 180ºC przez 40 minut aż wierzch nabierze mocno bursztynowego koloru. Ja przed pieczeniem posypuję wierzch płatkami migdałów.

W trzecim odcinku piemonckich podróży przespacerujemy się po Bra, stolicy światowego ruchu Slow Food. Posmakujemy tam tradycyjnej piemonckiej kiełbasy, spróbujemy miejscowych rzemieślniczych lodów i posiedzimy trochę w slowfoodowej restauracji.

, , ,

Brak komentarzy.

Dodaj komentarz

Przeczytaj poprzedni wpis:
Czar Piemontu 1. Warszawa

Do Piemontu z Polski cały szmat drogi. Wybieram się tam koleją a smakować Piemont zaczynam od samej Warszawy!

Zamknij