Top 5 słonecznych adresów w Warszawie

Mój sposób na brak słońca w jesienną szarugę i zimową zamieć? Słoneczny talerz pod nieformalnym adresem. Chodźcie!

W ponury i szary dzień zadowoleni mogą być tylko szpiedzy z krainy deszczowców. Reszta cierpi z braku słońca i czeka, aż szaruga jakoś przeminie. A przecież mamy tyle słonecznych miejsc, w których łatwo można poprawić sobie nastrój. Oto kilka adresów w Warszawie, które sam sprawdziłem i które rzeczywiście dosłoneczniają. Wszystkie są utrzymane w niezobowiązującej konwencji a do tego pasują na każdą kieszeń!

1. Zmiana Klimatu, Krucza
Zmiana Klimatu w potrzebę poszarugowego dosłonecznienia wpisuje się doskonale. Dzięki jaśniejącemu nad wejściem wielkiemu neonowi w dżdżysty dzień rzuca się w oczy już z dobrych kilkudziesięciu metrów. Przez wielkie przeszklone witryny można zajrzeć do środka, gdzie uwagę zwraca wsparta na wielkich krzyżakach rybacka łódź. Skojarzenia z morzem podkreśla kolor ścian oraz zawartość karty, w której pomieszczono kilka dań z ryb i owoców morza.

Zmiana Klimatu - Sandacz

Zmiana Klimatu – Sandacz

Lokal jest mały, sąsiaduje z pizzerią, z którą dzieli też wejście, dzięki czeku otrzymuje w pakiecie wyziewy z pizzowego pieca, ale za to ma niezwykle zdolnego szefa kuchni. Jarosław Voitiuk tworzy dania proste acz przeurocze. Jego talerze są kolorowe, koncepcje śmiałe a kompozycje dopracowane. Jadłem tu oryginalnie przybranego solirodem sandacza z wzorowo chrupiącą skórką i nieprzesuszonym wnętrzem. Próbowałem też zaróżowionego od środka i zarumienionego na zewnątrz grillowanego tuńczyka. Jednak najsłoneczniej na talerzu zamalował się marynowany łosoś. Zresztą sami nacieszcie oko.

Jeśli na rybę nie macie ochoty, to może deser? Ile słońca mieści limonkowa pannacotta na granicie z szampana wie tylko ten, kto jej spróbował. Humor poprawia też gorące czekoladowe ciastko z lodami pistacjowymi i galaretką z czerwonego wina.

Niedawno w Zmianie Smaku zmodyfikowano kartę i choć móżdżek w sosie porto albo cynaderki z grzybami nie każdego mogą rozpromienić, to ja już sobie je zapisuję na liście życzeń. Mam też chrapkę na nowe czekoladowe praliny i makaroniki z grzybowymi lodami. Och, tak!

2. Maria Kolendra, Aleja Lotników
Kto by pomyślał, że aby na chwilę wybrać się do Meksyku nie trzeba wybierać się nawet na Okęcie! Wystarczy zameldować się w porcie alternatywnym przy… Alei Lotników. Nie ma tu ani kontroli granicznej ani kontroli bezpieczeństwa, ba, atmosfera przypomina raczej tę szemraną. W labiryncie uliczek stworzonych z podupadających boksów tłoczą się rajstopiarze, bieliźniarze i handlarze wszelką tanizną, eksponując towar na polowych łóżkach i zabezpieczając się przed deszczem patchworkiem z płatów folii. Właśnie tak kiedyś wyglądał każdy polski bazar, więc miłośnicy handlowej tradycji przy Alei Lotników odnajdą się bez wątpienia. A smakosze?

Maria Kolendra -

Maria Kolendra – Taco al Pastor

Oni też, bo w jednym z takich boksów ulokował się mały meksykański bar niemal od razu okrzyknięty jednym z najważniejszych punktów na gastromapie Warszawy. Były tu już wszystkie blogerki recenzenckie i wszystkie uznały Marię Kolendrę za stołeczny wyznacznik meksykańskich standardów kulinarnych. Choć miejsca tu niewiele, ledwo trzy albo cztery krzesełka, niewątpliwym jego atutem jest otwarta kuchnia i stojący za nią meksykański właściciel, który gotuje tak, jak dla siebie. Ja zjadłem tu Taco al Pastor, ulubioną przekąskę właściciela, którą osobiście mi polecił. Talerz kusi kolorami a składa się z czterech otaczających kokilkę z pomidorową salsą kukurydzianych tacos, na których spoczywa siekana wieprzowina w pikantnej marynacie dekorowana czerwoną cebulą i siekaną kolendrą. Na skraju stołowego blatu tkwi kamienna miska z pikantnym sosem, z której każdy może sobie nabierać łyżką do woli. Ja nabrałem po łyżce na każde taco i wam także tak to zjeść polecam.

3. Berek, Jasna
Gdy w śródmieściu Warszawy, kilka kroków od stacji metra Świętokrzyska, otworzył się całkiem pojemny lokal z zaskakująco tanią kuchnią prosto z Tel Awiwu, stołeczne blogerki zastanawiały się, jak długo właściciel utrzyma tak niskie ceny. Mija może jakiś rok od otwarcia, a ceny w Berku dalej są niskie. Co więcej, kuchnia Ofira Vidavskiego w dalszym ciągu jest smaczna, na sali wciąż jest słonecznie i gwarno, a specjalnością lokalu wciąż jest pita, shipud i meze, czyli szaszłyk z cienkim chlebkiem oraz tahini, marchewką po marokańsku, cebulą z sumakiem i izraelska salsą.

Co prawda warszawski hipsteryzm wciąż wali na śniadania do ulokowanego nieopodal Aioli, więc z samego rana w Berku jest luźno, ale może właśnie dlatego warto tu wpaść na telawiwskie śniadanie? Żądają tu za nie jeno dziesięć złotych, za które gość otrzymuje taką ucztę, jakiej długo nie zapomni. Popatrzcie choćby na ten omlet! Ile tu kolorowych dodatków – sałatka izraelska, ser labane, tahini, pasta z tuńczyka, masło, konfitura, a do tego koszyk z pitą i kawa albo herbata.

4. Thaisty, Plac Bankowy
To bez wątpienia jeden z najbardziej wziętych adresów z kuchnią tajską w Warszawie. Za sterami jego półotwartej kuchni stoi legandarna już Chanunkan Duangkumma, a goście chwalą duże porcje i umiarkowane ceny. Niedawno o Thaisty zrobiło się głośno są sprawą krótkiej acz kontrowersyjnej promocji, w ramach której na facebookowym profilu restauracji umieszczono zdjęcie jedzącego azjatyckie przekąski Baracka Obamy, co mogło sugerować, że odwiedzający Polskę prezydent USA pojawi się też w Thaisty.

Część internautów odebrała ten komunikat jako mrugnięcie okiem, ale pewne grono zbulwersowanych warszawiaków demonstracyjnie zadeklarowało, iż w obliczu tak nieuprawnionej kampanii powstrzyma się od odwiedzania adresu. I może dobrze, bo dzięki temu macie większe szanse na stolik. Warto wpaść, bo miło popatrzeć, jak gotują tajscy mistrzowie, zwłaszcza że, jak wskazuje moje ostatnie doświadczenie z pikantną zupą Tom Yum i bułeczką z kaczką i sosem śliwkowym Pekin Bun, jedzenie cały czas trzyma tu dobry poziom.

5. Beirut, Poznańska
Gdy zastanawiałem się, czy pod moją „słoneczną piątkę” podpiąć hawajski „Raj” przy Nowym Świecie, czy może raczej ulubioną miejscówkę stołecznej gimbazy „Sushito” przy Kruczej, w którym znani jutuberzy z Abstrachuje raczą gości połączeniem japońskiego sushi i meksykańskiego burrito, przypomniałem sobie o starym Beirucie przy Poznańskiej, w którym tak dawno nie byłem. Czem prędzej się więc wybrałem, choćby po to, aby sprawdzić, czy jeszcze działa. Jasne, jest, czyni hałas i dalej karmi po libańsku. Miejsce podpisuje się jako hummus bar, więc nic dziwnego, że spróbowałem tu hummusów i innych past, ale skusiłem się też na jagnięcinę z fasolą. Czy warto? Ależ oczywiście!

To prawda, jest tu głośno, ale czy to źle? Skoro adres od tylu lat jest wciąż aktualny, to chyba ten swoisty harmider przypadł gościom do gustu. Zresztą gdyby było cicho, należałoby się zastanowić, gdzie podział się duch spalonego słońcem arabskiego bazaru. A on siedzi sobie w najlepsze, więc idźcie i wy i śmiało się dosłoneczniajcie!

To tyle ode mnie na rozjaśnienie ponurego lica. Mało? No to wasza kolej – jeśli macie własne pewniaki, dajcie znać, podzielmy się radością! Niech żyje słońce!

, , , , ,

2 komentarze do wpisu Top 5 słonecznych adresów w Warszawie

  1. Shipudei Berek 12 grudnia 2016 at 13:51 #

    Dziękujemy!

    Oceń komentarz Dobre 0 Słabe 0

  2. Wojtek 21 grudnia 2016 at 12:19 #

    Miejsca są super, byłem w niektórych i faktycznie można się rozpogodzić 🙂 Ja jeszcze do tego bym dorzucił Sushiberry na Rudnickiego (to akurat są Bielany). Może daleko od centrum, ale warto przejechać nawet i całe miasto, żeby się tam udać. Wnętrze utrzymane w raczej jasnej kolorystyce, ale nie to jest tutaj najważniejsze. Głównie rozchodzi mi się o jedzenie, a ono spokojnie mogłoby dołączyć do tego rankingu. Byłem tam już nie raz, ostatnio wziąłem dwa zestawy (uśmiech gejszy i wschodzące słońce – tak się nazywały), oba według mnie słoneczne i kolorowe, a przynajmniej takie miałem odczucie kiedy je zobaczyłem. No i coś w tym jest, bo rolki aż promieniowały barwami 🙂 Już nie wspominając o tym, że były po prostu mega mega smaczne. W tym rankingu byłyby strzałem w dziesiątkę 🙂 A no i szeroki uśmiech pani kelnerki też rozpromienił mój dzień… 🙂

    Oceń komentarz Dobre 0 Słabe 0

Dodaj komentarz

Przeczytaj poprzedni wpis:
Turyn z orzechami. 4. Kawa i czekolada

Obraz Turynu byłby niepełny bez czekolady. To tu powstał Bicerin, najsłynniejszy czekoladowo-kawowy napój świata. Zapraszam do miejsca, w którym do...

Zamknij