Kto robi z nas idiotów?

Najpierw minister ogłasza listę produktów dozwolonych w szkolnych sklepikach, potem inna minister chwali się, że „wynegocjowała” z tym pierwszym wyjątek na drożdżówki, co ten natychmiast dementuje, z czego korzystają dietetyczki – dla nich drożdżówka to śmieć, bo mąka nie ma żadnej wartości odżywczej

fot. Klearchos Kapoutsis

fot. Klearchos Kapoutsis

Kiedy miesiąc temu pisałem o ministerialnych decyzjach w sprawie szkolnych stołówek i sklepików, nie sądziłem, że za krótką chwilę będą musiał pisać o tym ponownie i to w jeszcze bardziej ostrym tonie, niż na początku. Dzieją się jednak cuda tak niewiarygodne, że muszę zabrać głos w sprawie mimo tego, że obiecałem czytelnikom podróż po Piemoncie. Cóż, ta może poczekać.

Ministerialna lista od samego początku wzbudzała kontrowersje. Wprowadzono ją rzutem na taśmę na cztery dni przed rozpoczęciem roku szkolnego, stawiając właścicieli sklepików i szkolne kucharki przez faktem dokonanym, z którym sami zainteresowani nie mieli pojęcia, co począć. Spora część sklepików została od razu zamknięta, inne podjęły dramatyczną walkę o przetrwanie, którą teraz gremialnie przegrywają. Po miesiącu działalności w nowych realiach okazuje się, że obroty spadły nawet o dwie trzecie, bo młodzież ma w nosie pumpernikiel z margaryną i kawę zbożową z miodem. Kucharki problem mają mniejszy, bo rodzice płacą za obiady miesięcznie, niezależnie od tego, czy dzieci te obiady jedzą, czy nie, więc wzruszyły ramionami i po prostu przestały solić, słodzić i wykluczyły tłuszcze zwierzęce, zastępując je polecaną przez ministra zdrowia margaryną. W efekcie kuchnia szkolna stała się mdła, niesmaczna i tak nieznośna, że dzieci odmawiają jedzenia. Swoje wykrzyczeli też licealiści, którym urzędnicy zabraniają kawy i rogalika z wiśniami, choć większość licealistów osiemnastkę dawno ma za sobą.

fot. Jeroen

fot. Jeroen

Na bękarta każdej prohibicji – rozwój czarnego rynku – nie trzeba było długo czekać. Skoro chipsów i drożdżówek nie można kupić w sklepikach, a utrzymuje się na nie popyt, to nic dziwnego, że pojawiły się w nielegalnym obrocie, zatem w miejscach poza bacznym okiem nauczyciela. Oto pozasklepikowy handel kwietnie w… uczniowskich toaletach, a przekazywane z rąk do rąk pomiędzy muszlą a papierem toaletowym towary obłożone są bezlitosnym narzutem. Lichwa? Ależ skąd, w tym kontekście daleko mi do słów potępienia. To zdrowa lekcja przedsiębiorczości, którą uczniowie podstawówek i gimnazjów realizują podczas przerw w lekcjach, a więc poza programem.

Aby odbudować szybko przehandlowywane zapasy, przedsiębiorczy uczniowie czmychają w czasie przerw do okolicznych sklepów. Wzmożony ruch tamże nie podoba się sprzedawczyniom, które jeszcze w sierpniu mogły do woli relaksować się przy papierosie, a teraz przychodzi im uwijać się jak w ukropie. Przecież muszą między dzwonkami obsłużyć pokaźną dziecięcą kolejkę.

Dzieci nie są tak głupie, jak niektórzy dorośli zakładają. Przynoszą sobie przekąski do szkoły w tornistrach. Mają tam też solniczki, z których korzystają bez umiaru, czym znacznie przekraczają ministerialne normy i bez żadnej kontroli nadają ministerialnym niesolonym kartoflom poziom słoności znacznie przekraczający ten, który obowiązywał przed wakacjami.

Minister wynegocjowała drożdżówki / wideo: Kontrwywiad RMF FM

Minister wynegocjowała drożdżówki / wideo: Kontrwywiad RMF FM

Obliczony na społeczną durność urzędniczy plan zdaje się wymykać spod kontroli, a że kampania wyborcza w toku, politycy starają się tuszować, co się da i pospiesznie zmieniać to i owo, aby tylko udowodnić opinii publicznej, jak się starają. To dlatego minister Kluzik-Rostkowska udała się do radia i ogłosiła, że udało się jej przeforsować u ministra zdrowia powrót drożdżówek do szkół. Dodała też, że będzie walczyć o powrót kawy. Wkrótce nadeszło jednak dementi ministra. O żadnych drożdżówkach w szkole nie ma mowy. Wyjątek można zrobić wyłącznie dla tych wypiekanych na mące orkiszowej, ale bez cukru i bez nadzienia – no poza suszonymi owocami. Piekarze i cukiernicy pukają się w czoło i pokazują urzędnikom „kuku na muniu”.

W sukurs szabelkowej potyczce ministrów – niezrozumiałej, bo toczącej się w jednym obozie – przychodzą dietetyczki, które wyniuchały swoje pięć minut w mediach. Kilka dni temu w Panoramie TVP2, a następnie co chwila przez całą dobę w materiałach TVP Info, umieszczono wypowiedź Hanny Stolińskiej-Fiedorowicz, specjalistki z Instytutu Żywności i Żywienia, a więc instytucji szacownej, poważanej i budzącej zaufanie, z której jasno wynika, że drożdżówki nie powinny być jadane przez dzieci, bo wypiekane są z mąki, która – cytat: „nie ma żadnych właściwości odżywczych”. A ksiądz na religii uczył mnie, żeby na świeżym bochnie chleba czynić znak krzyża, a upadłą kromkę całować zaraz po podniesieniu. A żebym wtedy znał panią Fiedorowicz, to bym mu wygarnął, że kłamca jeden! I pijak! I złodziej! Bo każdy pijak to złodziej!

Jak rozumiem, jest to jedna z tych przedstawicielek żywieniowego mainstreamu, o którym wspomina publicystka Gazety Wyborczej, Justyna Suchecka, suchej nitki nie pozostawiając na Polakach, którzy pozornie wiedzą, co jeść, a tak naprawdę są głupi i nie wiedzą nic. Drożdżówka jest jak hamburger – głosi publicystka i podaje przykład Wielkiej Brytanii, gdzie po podobnej zmianie szkolnych jadłospisów rodzice przerzucali dzieciom hamburgery przez szkolne płoty. U nas ponoć też na to się zanosi, a wprowadzona w przymilnej reakcji na durny vox populi drożdżówka jest tylko koniem trojańskim, który miałby na powrót zalać szkolne korytarze żywnościowym śmieciem. No bo zalewu śmieciem via drzwi klozetów publicystka nie zauważa. Popiera za to dietetyczny głos rozsądku, bo drożdżówka to przecież śmieć z mąki, która nie ma żadnej wartości odżywczej. Tako prawi przecież dietetyczka.

fot. Apionid

fot. Apionid

Zastanawiam się teraz, czy w szkołach dietetyczek uczą czarownice, szarlatani czy hochsztaplerzy i czy to oni wydają dyplomy tym dietetyczkom. Ja mam zupełnie inną wiedzę na temat mąki i teraz mam stracha, że to może dlatego, że sięgnąłem po wiedzę do Harvardu i McGilla. Tam na pewno szarlatanerii nie ma, ale może jest w Polsce? Z faktów wynika niezbicie, że mąka, z której powstają bułki i drożdżówki, wartości odżywcze ma i to nawet sporo. Zawiera węglowodany, to prawda, ale prawdą jest też, ale węglowodany nie są trujące, wprost przeciwnie, są skutecznym paliwem dla organizmu. Poza tym mąka oraz wypiekane z niej pieczywo ma też białko i nieco tłuszczu oraz mikroelementy – między innymi cynk, żelazo oraz kwas foliowy. Ilość tych ostatnich wskazuje umieszczony na mące symbol. Na przykład mąka chlebowa o symbolu 750 zawiera 0,75% mikroelementów – co mierzy się po spaleniu próbki w wysokiej temperaturze, badając ilość minerałów pozostałych po spaleniu substancji organicznej. Mało? No mało, ale minerały to mikroelementy, których potrzeba nam śladowych ilości. Śladowych, ale stanowczo nie zerowych.

Inna sprawa, że współczesna przemysłowa drożdżówka niewiele ma wspólnego z tą tradycyjną, do której potrzeba mąki, jaj, mleka, cukru, drożdży oraz czasu. Ważne było, aby ciasto odpowiednio wymięsić, nakryć ściereczką, odstawić w ciche miejsce, dać mu odpocząć. Mawiało się, że ciasto drożdżowe musi garować – rosnąć, nabierać charakteru, struktury i smaku. Współczesne drożdżówki wypieka się z premiksów, które, po dodaniu wody, tworzą plastyczną masę niewymagającą ani mięsienia, ani ochrony przed przeciągami, ani garowania. Ale to przecież nie o jakości współczesnego pieczywa mówiła dietetyczka, a o mące, puszczając w eter silny sygnał, że mąka to same zło.

Ktoś z nas, drodzy Państwo, robi idiotów. A to znacznie większe zło niż najbardziej nawet oczyszczona mąka. Po prostu nie dajmy się.

Więcej na temat absurdalnych decyzji specjalistów, bulwersującym braku odpowiedzialności za słowo i szokującym poziomie wiedzy dietetyczek – w mojej najbliższej audycji w JemRadio. Będę też mówił o odrażającej bezie z margaryną, którą poczęstowano mnie w kawiarni przy Pałacu w Wilanowie oraz o nagannej postawie właścicielki tej kawiarni, gdy jej tę bezę osobiście odniosłem. Pod koniec audycji pojawi się Pan Makary i przyniesie jeszcze więcej absurdów – krewetki z Warmii, słoną wodę z Marsa oraz widmo akcyzy na czekoladki z alkoholem. Premiera w środę od 20.00 do 22.00 (powtórki zgodnie z ramówką, którą codziennie można sprawdzić na FB JemRadia). Jak odbierać JemRadio, dowiesz się na www.jemradio.pl

, , , ,

11 komentarzy do wpisu Kto robi z nas idiotów?

  1. Monika Gorbaczyńska 5 października 2015 at 17:32 #

    masło – margaryną – pytanie ile lobby margarynowe zapłaciło za ten zamiennik ;(((

    Oceń komentarz Dobre 0 Słabe 0

    • Jakub.J 6 października 2015 at 09:36 #

      Ja bym raczej spytał, ile lobby naszych producentów „zdrowej żywności”, zapłaciło za ten pomysł. Jak pisałem, akurat w przypadku tzw. zdrowych batoników, musli itp, dominują w Polsce, polskie firmy, nazw nie będę przytaczał, bo je większość zna.
      A w przypadku chipsów, batonów, dominuje zdecydowanie kapitał zagraniczny, głównie z USA i Niemiec. To chyba więc pierwszy w pookrągłostołowej Polsce przypadek, aby rząd zaczął bronić interesów polskiego kapitału, szkodząc zachodnim inwestorom.
      Jest kampania wyborcza, władza może powiedzieć „dbamy nie tylko o zdrowie ale i kieszenie Polaków (raczej tych co są właścicielami tych firm, niż pracownikami)”

      Oceń komentarz Dobre 0 Słabe 0

  2. Kulinarne Szaleństwa Margarytki 5 października 2015 at 17:37 #

    A to jest takie proste: można zdrowo i jednocześnie smacznie. Tylko nie można dać się zwariować.

    Oceń komentarz Dobre 0 Słabe 0

    • Krytyk Kulinarny 5 października 2015 at 19:59 #

      Chocholi taniec, polska specjalność co najmniej od czasów Wyspiańskiego

      Oceń komentarz Dobre 0 Słabe 0

    • Jakub.J 6 października 2015 at 09:33 #

      Ja mam zdrowsze rozwiązanie, po polsku i katolicku (to dla tych wierzacych i mocno praktykujących, czyli jakichś 10-20 procent społeczeństwa) – post. Nic tak dobrze nie działa na ciało i duszę niż zwyczajny post.
      Wystarczy po prostu mniej jeść, a więcej pić, oczywiscie mowię o wodzie lub herbacie (względnie kawie, choć ona na pusty żołądek raczej nie pasuje). Jak ktoś ma mocny żołądek i wątrobę to chleb i piwo (chleb w płynie), tak jak to było zresztą przed wiekami.

      Oceń komentarz Dobre 0 Słabe 0

    • Krytyk Kulinarny 5 października 2015 at 19:57 #

      Jeden z mnóstwa przykładów – przy okazji przykład na to, że wiele z tych sklepików to swojego rodzaju szkolne kafejki, do tego pełniące też funkcje pozagastronomiczne. Nie ma, Automat wstawią z owsianymi batonikami.

      Oceń komentarz Dobre 0 Słabe 0

  3. Jakub.J 5 października 2015 at 21:16 #

    Dobrze napisane. Ja pisałem parę miesiecy temu, że biznes zacznie rozkwitać wokół szkół i nie myliłem się. A nawet dzisiaj byłem sam świadkiem jak pewna uczennica z plecakiem, wiek o. 15-17 lat, o sylwetce dosyć pokaźnej, na pewno więcej ważyła ode mnie, (chociaz jestem karakanem), pakowała do plecaka towar w portugalskim dyskoncie o godz. 9 rano. A było tego sporo, bo jak dobrze pamiętam, napój 2 litrowy, trochę cukierków czekoladowych, z 2 duże paczki ememsów, z 3-4 batony. No, rozumiem, że była „wygłodzona”, na takiej diecie, to wcale nie dziwna, że na moje oko, ważyła zdecydowanie więcej niż powinna wg. wskaźnika BMI.
    Ja postanowiłem też położyc kres wszystkim dietom i wypróbowałem swoją własną, która o dziwo skutkuje, choć grozi alkoholizmem. Dieta piwa, tj. zastępywanie pokarmów lub deserów, piwem, najlepiej pszenicznym lub mocno chmielowanym. Nie chodzi o wypijanie piwa zamiast śniadania o 6-7 rano, ale o wypijanie po obfitym lub nawet pełnym posiłku, jako ostatniego, w ciągu dnia, tak aby już nic nie spożywać przed snem. Względnie gdy ssie po południu, piwo+mała kanapeczka. Tak aby nie podjadać.
    I jak na razie, gdy to stosuje, to skutkuje, najlepiej jest to stosować razem z ruchem, czyli na wieczór trochę ruchu+piwo w plenerze. Wówczas człowiek nie ma czasu ani chęci na podjadania, a to właśnie podjadanie na wieczór lub w ciągu dnia jest najgorsze.

    Oceń komentarz Dobre 0 Słabe 0

    • Jakub.J 5 października 2015 at 21:21 #

      Może przyszły minister edukacji, najpewniej z PiSu powinien pomyśleć nad tym, aby do liceów lub szkół zawodowych czy techników, tam gdzie uczniowie mają powyżej 18 lat, wprowadzić piwo do sklepików? Oczywiście sprzedawane za okazaniem dokumentu, a i od pewnej godz. np. gdy lekcje się kończą. Skoro młodzież i tak woli wychylić coś na przerwie, to może i ten proceder, nasza edukacja mogła by ucywilizować. Sam pamiętam sytuację, jak po latach obaliłem „mózga” z przypadkowo spotkanym, nauczycielem i bardzo miło to wspominam.

      Oceń komentarz Dobre 0 Słabe 0

      • Krytyk Kulinarny 5 października 2015 at 22:09 #

        Pomysł z piwem to dopiero petarda 🙂 Alkoholu w szkole nie wolno… ale kawę wolno i skoro nauczyciele, administracja i sprzątaczki parzą i piją, to czemu dorosłemu licealiście kawy się zabrania? Swoje prawo do kawy ma realizować poprzez własny termos czy w Starbaksie na rogu? Do tego w kawie nie ma nic złego, wprost przeciwnie, jest pożyteczna.

        Oceń komentarz Dobre 1 Słabe 0

        • Jakub.J 6 października 2015 at 09:28 #

          To był oczywisty żart, zresztą nie pisałem o piwie alkoholowym, bardziej takim niskoprocentowym. Sam, piszac o tej „diecie” miałem na myśli takie niskoprocentowe, 3-4, najlepiej 0,33 piwka. A i też nie pite wcale regularnie, codziennie, a jedynie w przypadku gdy najdzie człowieka, wieczorem lub po południu, ochota na coś, piwo jest zwyczajnie „zdrowszą” alternatywą niż jakieś tam podjadanie.
          Co do kawy, to ja nie wiem czy ona nie jest nawet gorsza, ja jej nie pijam w ogóle, źle się czuje po kawie i gorzej na mnie działa niż ww. niskoprocentowe, małe piwo. A i smaku nie cierpię, nie ważne z czym by ona była.
          W kwestii samych zakazów, to przypomniał mi się własnie pomysł z Węgier.
          Nie poprzez zakazy, które i tak uczniowie obejdą i to z gorszym skutkiem (jak napisałem powyżej, kupują na zapas, przed szkołą i zamiast wypić pół lub litr coli lub napoju, wypijają 2, zamiast zjeść 1 batona ze sklepiku, kupują 2-3, czasem więcej). Ale poprzez ceny i politykę podatkową.
          Skoro na papierosy jest akcyza, to czy na śmieciowe jedzenie nie można wprowadzić specjalnej,wyższej, np. 45-50 procentowej stawki VAT?
          To co jest podstawowym problemem, to nie dostępność śmieciowego jedzenia, ale tak jak w przypadku USA, jej niskie ceny. Jak przypomnę sobie ile kosztowały chipsy czy słodycze w latach 90-ych, gdy chodziłem do podstawówki, a ile teraz, szczególnie pod marką własną w dyskontach to się łapię za głowę. Ceny i zarobki podskoczyły w ciągu 15-20 lat, iluśkrotnie, mimo wszystko. A ceny tego syfu, podskoczyły może o 20-30 procent, a nawet spadły. Skoro teraz można kupić sobie wafla za 70-80 groszy w promocji, chipsy dużą paczkę za 2 złote lub ciut ponad, podczas gdy kanapka kosztuje 2-3 złote, to o czym my mówimy?
          Gdyby w sklepikach była oferta – bierzesz kanapkę za złotówkę, a batona za 2, wodę mineralną za 60-80 groszy, a puszkę coli za 3 złote, to wówczas byłyby efekty.
          A tak mamy to co o czym pisałem kiedyś, że jedyni ci, którzy zarabiają, co szkolni cwaniacy, co pójdą do dyskontu, nakupują po promocjach „towaru” za 20 złotych i sprzedadzą za 2 razy tyle. No, skoro celem rządu jest wychowywanie młodzieży do postaw cwaniackich i postawy wyzyskiwacza, to nie wiem co będzie w przyszłości.

          Oceń komentarz Dobre 1 Słabe 0

Dodaj komentarz

Przeczytaj poprzedni wpis:
Cheese 2015! 1. Zakazana żywność

Witam z Piemontu! W październikowe poniedziałki będę opowiadał, jak rozróżniać wiek parmezanu, doceniać Barolo, z czym łączyć cygara. Poznamy Bank...

Zamknij