Afera dioxynowa

Szlezwik-Holsztyn zaatakował znowu – powiedziałby mój dziadek, energicznie poszukując flinty. I poniekąd miałby rację, ale tylko poniekąd, bo tym razem nie było ani salw, ani okrętu ani żołnierzy. Nie było nawet łączniczek, a wieści z frontu przyniosły inspektorki Sanepidu, bowiem zaatakowano bronią biologiczną, a konkretnie ukrytymi w niemieckiej wieprzowinie, jajach i drobiu dioksynami.

Informacje o skażeniu jaj i mięsa trafiły do mediów tuż po nowym roku. Okazało się wówczas, że w Holandii wykryto dioksyny w partii importowanych z Niemiec jaj. W tym samym czasie alarm podniosły władze sanitarne Wielkiej Brytanii, dokąd trafiły holenderskie produkty bazujące na skażonych niemieckich jajach. Chwilę później rwetes podniósł się także w Polsce, gdy okazało się, że w niektórych polskich sklepach sprzedawano skażoną dioksynami niemiecką wieprzowinę. Nazw sklepów nie podano, ale i po co, skoro całą partię trefnej wieprzowiny sprzedano i, jak mniemam, zjedzono, zanim informacja o skażeniu obiegła kraj.

Wydawałoby się, że w Niemczech, kraju wielkiej skrupulatności, taka afera nie może się wydarzyć, zwłaszcza że produkcja żywności z Niemczech jest ściśle kontrolowana. Nadzór żywnościowy prowadzi też unijny Wielki Brat pod postacią Europejskiego Urzędu ds. Bezpieczeństwa Żywności oraz Stałego Komitetu ds. Łańcucha Żywnościowego i Zdrowia Zwierząt. Mimo to systemy kontroli i nadzoru okazały się niewydolne, a mandat zaufania, którym zwyczajowo obdarza się niemiecki produkt, został poważnie nadszarpnięty. Nieuczciwą firmą ze Szlezwika-Holsztyna zajęła się już niemiecka prokuratura i policja, a niemieckie media mówią otwarcie o kryminalnym aspekcie skandalu.

http://www.youtube.com/watch?v=7r8UCNGu7Zk&feature=related

To nie pierwszy skandal ze skażoną dioksynami żywnością w tle. Mamy jeszcze świeżo w pamięci wielką aferę z końca lat 90., której bohaterem był belgijski drób karmiony skażoną paszą z Flandrii. W końcówce 2008 roku wybuchła kolejna afera dioksynowa, tym razem z epicentrum w Irlandii. Przy okazji okazało się, że także polskie przetwórnie importują mięso z zielonej wyspy. Do Polski trafiło wówczas z Irlandii ok. 700 kg wieprzowiny. Ofiarą skandalu padł największy w Polsce producent pasztetów, wielkopolska firma Profi, która wycofała wówczas z półek wszystkie swoje pasztety podejrzane o zawartość skażonego surowca. Dioksyny zaszkodziły też wizerunkowi znanej z dobrego masła i maślanki firmy Jagr w Warlubia, która produkowała wówczas smalec z irlandzkiego surowca.

Skandale dioksynowe, przeplatane z epizodami pryszczycy, ptasiej grypy, choroby szalonych krów trafiają się coraz częściej, mimo funkcjonującym unijnym i krajowym procedurom sanitarnym i systemom nadzoru hodowli i produkcji. Ostatni skandal dioksynowy nie wróży dobrze na przyszłość, zwłaszcza że postrzega się go już w kontekście afery. Jak donosi gazeta „Hannoversche Allgemeine Zeitung”, a potwierdza Ministerstwo Rolnictwa Szlezwiku-Holsztyna, drób na niektórych niemieckich fermach był karmiony skażoną paszą od roku, a w firmie od marca 2010 r. wiedziano, że dodawany do pasz tłuszcz techniczny jest skażony dioksynami. Szacuje się, że na niemieckie fermy trafiło co najmniej 150 tys. ton skażonej karmy.

W kontekście afery dioksynowej nieco dziwi uspokajający ton rodzimych znawców tematu. Prezes fermy Oldar, Aleksandra Dębska, powiedziała Gazecie Wyborczej, że Polacy mogą czuć się bezpiecznie i śmiało zajadać jaja do woli, bowiem jaja z polskich ferm są zdrowe, a niemieckich się do nas nie sprowadza, bo są za drogie. Tymczasem wystarczy udać się choćby do popularnego w Polsce Lidla, żeby przekonać się, że jaja z Niemiec dostępne są w Polsce na wyciągnięcie ręki.

Stanisław Wężyk, prezes Krajowej Izby Producentów Drobiu i Pasz zwrócił przy okazji uwagę na jajeczną szarą strefę, czyli nieuregulowany handel jajami „od baby” na targowiskach. Prezes właśnie tu upatruje potencjalnego niebezpieczeństwa. Pan Wężyk powiedział „Gazecie Wyborzej” wprost: – Przecież taka kura chodzi bez kontroli, pije i je, co chce.

Ale nie taka kura głupia, jak się niektórym wydaje.

8 KOMENTARZE

  1. Jeśli kura chodzi bez kontroli po podwórku obok domu, w którym gospodarz pali śmieci, to wdycha i zjada dioksyny.

    Przez hodowców intensywnych często jest podawany argument salmonelli i innych chorób występujących częściej u kur chowanych poza klatkami. To półprawda 🙂 Salmonelli bardzo łatwo się pozbyć, a hormonów stresu w jajkach z chowu klatkowego nie sposób 😛

    Oceń komentarz Dobre 0 Słabe 0

  2. No i co tu teraz jesc? 🙂 Mam nadzieje, ze wycofano juz ze sklepow cala skazona zywnosc. A firma, ktora narobila tyle zamieszania podobno juz upadla. Tak to jest jak chce sie zaoszczedzic kosztem ludzkiego zdrowia.

    Oceń komentarz Dobre 0 Słabe 0

  3. cały przemysł żywnościowy to jedno wielkie oszczędzanie kosztem ludzkiego zdrowia. póki ważniejsza będzie cena a nie jakość to będziemy oszukiwani zatrutą żywnością. może zanim utyskiwać na niejadalne jedzenie zacznijmy od siebie kupując biologiczne, ekologiczne, lokalne produkty.

    Oceń komentarz Dobre 0 Słabe 0

  4. Stanisław Wężyk, prezes Krajowej Izby Producentów Drobiu i Pasz zwrócił przy okazji uwagę na jajeczną szarą strefę, czyli nieuregulowany handel jajami „od baby” na targowiskach. Prezes właśnie tu upatruje potencjalnego niebezpieczeństwa. Pan Wężyk powiedział „Gazecie Wyborczej” wprost: – Przecież taka kura chodzi bez kontroli, pije i je, co chce.
    Zaryzykuję twierdzenie, że liczna grupa „panów Wężyków” jest znakomitym niebezpieczeństwem dla bytu mikro producentów żywności naturalnej, jak i konsumentów w całym obszarze UE, szczególnie Polski. Grupy „kontrolingu” zaistniałe w obszarze działań UE mają w założeniu chronić zdrowie i życie obywateli Europy. Przed czym mają chronić – tak na prawdę, do końca nie wiemy.
    Bardzo transparentne hasła istniały zawsze, Unia nie wymyśliła nic nowego. Wymyśliła natomiast procedury. Żeby było ciekawie, procedury niekoniecznie mają chronić obywatela przed „czymś tam”, tzn. zagrożeniami zdrowia i życia. Zdecydowanie mają dać zajęcie tysiącom referentów i ich szefom. Doskonałe zestawienie najważniejszych dokumentów Świata, mówi o Dekalogu – 50 słów, Amerykańskiej Deklaracji Niepodległości – 300 słów, unijny dokument dotyczący pakowania cukierków „krówek” – 29 000 słów. Grupa Konserwatywna europosłów dawno już obnażyła niejakość tworu w takiej postaci, jakim jest UE. Zdroworozsądkowy komentarz napisała @olgacecylia. „Prawda jest taka, że w każdym jedzonym produkcie mamy „COŚ”, co nie służy zdrowiu człowieka.” Nagłośnienie kolejnej „afery” nie jest wyrazem troski o zdrowie człowieka. Jest informacją o kolejnej potyczce koncernów spożywczych, w imię ich żywotnych interesów. Interes szarego konsumenta jest na samym końcu tego łańcucha, a śmiem twierdzić że – NIE ISTNIEJE!!! Monsanto, światowy lider w dziedzinie szeroko pojętej chemii, w fałszywej trosce o wyżywienie ludności Świata, proponuje życie w stylu „stoliczku, nakryj się”. Ma to być wdrażane już GMO. Dotychczasowe badania, nie publikowane w szerokich mediach, nieśmiało upatrują przyczyn zmniejszającego się braku odporności organizmu ludzkiego, w cichym, zabójczym pochodzie chemizacji żywności, w tym działania GMO. W naszym kraju, działania urągające podstawowej przyzwoitości realizuje obecny rząd, z ministrem Markiem Sawickim na czele. Co kryje się, za pozbawiona logiki linią działania ministra, pokażą za kilkanaście lat odtajnione dokumenty, nie tylko ministerialne. Polski rolnik, sprzedający płody rolne na lokalnych ryneczkach, ma zdecydowanie więcej etyki zawodowej i moralności niż większość trzymających władze, kasę i media we współczesnej rzeczywistości. Trzymajmy się zdrowego rozsądku, a nie wyjdzie nam to na złe.

    Oceń komentarz Dobre 0 Słabe 0

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.