Grzegorz Łapanowski
Grzegorz Łapanowski

Odnośnik do komentowanego artykułu: “Grzegorz Łapanowski: Przeżywamy rewolucję kulinarną!”.

12 KOMENTARZE

  1. Fajny wywiad, ale z wypowiedziami obydwu panów się nie zgodze. Po pierwsze, rewolucje to zło, które nic do porządku świata nie wnosiły i nie wnoszą, lepsza jest ewolucja.
    Po drugie, Polska nigdy nie będzie tworzyć żadnych światowych trendów, dopóki bedzie dominowało takie zaściankowe myślenie i taka ignorancja, jaka tutaj, pewnie przez pomyłkę została podana. Polska i Skandynawia są podobne? W czym, bo na pewno nie w klimacie, nie w mentalności nie tradycji, nie kulturze, w niczym właściwie.
    Pisałem ostatnio, aby patrzeć na kraje Europy Środkowej, czyli Czechy, Słowację, Węgry, także i Litwę lub Łotwę, kraje byłej Jugosławii. No, ale to przecie nie „trendy” bo co tam Polak będzie gonił jakiegoś pepika-tchórza, Litwina-faszystę, co Polaków bije, a Piłsudskiego uwaza za dyktatora i oprawcę równego Hitlerowi czy Stalinowi. Co się będzie uczył od jakichś tam „pastuchów z Jugosławii” czy już nie daj Boże, „żebrzących Rumunów”. Zaścianek panie Grzegorzu i panie Arturze, to wy macie, ale waszych głowach. Zaścianek PRLowski, komuszy bym powiedział. „Gonienie” to jest właśnie myślenie, które powoduje, że od 25 lat w tym kraju jest burdel taki, że nawet Rosja, w niewielu, ale jednak paru, aspektach nas bije. Polska to nie żaden Zachód tylko dziki Wschód, mentalny i to widać na każdym kroku, od polityki po „kulturę jazdy” na drogach. Ale są też i wyjątki, trzeba się cieszyć, ze coś się zmienia, tyle, że te zmiany idą Z WEWNĄTRZ, A NIE ZEWNĄTRZ. Bo żeby tworzyć trendy i innowacje, to trzeba wpierw mieć pokusę do tego WEWNĄTRZ, a nie z zewnątrz, bo ktoś, gdzieś cóś tam robi, bo Szwed czy inny Duńczyk coś robi. G…. o nas powinno interesować co ktoś tam, gdzieś robi, nas powinno interesować co u nas jest dobrego, w czym jesteśmy dobrzy, w czym słabi, co należy zrobić i jak, aby było lepiej. A od głupiego kopiowania i oglądania się na innych, to nic dobrego nie wyjdzie. Jeśli już patrzeć na innych, to najlepiej na takich samych lub podobnych, czyli tych, co też mieli komunę i też muszą startować od zera.
    Jednym słowem, Skandynawia czy Zachód dla nas nie istnieje, trzeba uczyć się i uczyć sąsiadów, więcej współpracy regionalnej i transgranicznej. Mamy już przykłady współpracy z naszymi litewskimi, czeskimi, słowackimi, niemieckimi, węgierskimi, ba, nawet białoruskimi i ukraińskimi sąsiadami. I tym tropem należałoby iść, bo Polska jak żaden inny kraj w Europie, jest niesamowicie powiązany kulturowo i historycznie z państwami i narodami ościennymi.

    • Jakubie, rozumiem ten komentarz jako apel o skoncentrowanie się na Europie Centralnej raczej niż na zachodniej czy północnej. To bez wątpienia słuszny postulat i absolutnie uzasadniony z punktu widzenia mentalności galicyjskiej, a więc historycznie związanej z Austro-Węgrami. Jednak spiuścizna Franza Josefa na północy (ja) i zachodzie (Grzegorz) Polski nie zadziała. Tutaj wciąż panują pruskie porządki, to inna mentalność. Wiem, że to nieładnie brzmi, ale na północy (pewnie na zachodzie też), najlepsze jest to, co z Niemiec, począwszy od przekąsek z (a jakże) Aldiego po marki samochodów. Ja kupuję w innych sklepach, jeżdżę innym samochodem, ale związek z tamtą częścią świata bardzo mocno odczuwam. Na zachodzie Polski te związki są jeszcze silniej wyczuwalne mieszkałem kilka lat w Poznaniu, to wiem (nawet dla mnie ta mentalność była trudna do zrozumienia). Wracając jednak do sedna, jeśli chodzi o Skandynawię, ja też na początku trochę się zdziwiłem – czego tam można szukać, jakich inspiracji? Ale jeśli bliżej się przyjrzeć, to okazuje się, że Noma (Kopenhafga) wygrywa ogólnoświatowy konkurs restauracyjny, okazuje się, że świat rzeczywiście interesuje się nowym skandynawskim trendem poszukiwania miejscowych produktów, pokazywania siebie poprzez to, co wyrosło i zostało wyhodowane ot, tu, pod ręką. Ci młodzi kucharze, k o których piszę, robią podobnie, też biorą parę składników z okolicy i tworzą z nich indywidualistyczne danie, takie, które – jestem przekonany – będzie na tyle silne, że ściągnie do ich (potencjalnie, w przyszłości) restauracji świadomych konsumentów spoza Polski. Powtarzam, tacy ludzie już tworzą (i będą tworzyć) nowe karty historii polskie kuchni – to żadna kurtuazja. I to bardzo dobrze.

      • Źle chyba doczytałeś to co napisałem, ja być może źle się wyraziłem. Mi nie chodziło o Austro-Węgry, bo pisałem też o samych Niemczech, Litwie, Białorusi, Ukrainie, Rumunii, byłej Jugosławii. Chodziło mi o to, że w warunkach postkomunistycznych, takie różnice, niewątpliwie duże i moim zdaniem kolosalne wręcz, jak rozbiory, mają znaczenie zasadnicze. Co do Niemiec, to rozśmieszę Cię, ale w Polsce wschodniej, szczególnie powiatowej, ta podnieta „Niemcem” jest chyba silniejsza, to typowe typowe dla krajów zacofanych mentalnie, takich jak Polska, ale też i Ukraina czy Rosja (jeszcze bardziej germanofilskie niż Polska zachodnia).
        Co do Nowej Kuchnii Skandynawskiej to bez dwóch zdań się zgadzam, osiągnięcia na tej płaszczyźnie są niewątpliwe, biorąc pod uwagę to co mieli wcześniej. Wycisnęli z siebie, tyle co możliwe. Tyle, że u nas jest na odwrót, bo klimatycznie, to nam daleko do Skandynawii, na wschodzie kraju jest non stop słonecznie i prawie zero deszczu, czuje tu sie bardziej jak we Włoszech czy Francji niż Szwecji. Polska jest krajem „południa”, pod względem kulinarnym, jego potencjału. U nas jest sytuacja dokładnie odwrotna niż u Duńczyków czy Szwedów, u nas są gigantyczne możliwości, ale nijak nikt nie potrafi wykorzystać i wątpię aby wykorzystał. Co do kucharzy, to pełna zgoda, oni nadają trendy, moim zdaniem, ta „rewolucja” kulinarna tak naprawdę zależy od 2 grup – kucharzy, takich jak Grzegorz no i przede wszystkim producentów żywności, całej chmary, którzy będą dostarczać zarówno tym kucharzom, jak i zwykłym konsumentom, wysokiej jakości produktu. Kucharzy możemy mieć doskonałych, ale jak nie będzie surowca, to niestety, nawet 100, 3-gwiazdkowych restauracji Michelin nic nie zdziała. Trzeba dbać i o jedno i o drugie, z większym jednak naciskiem na to drugie. A pod tym względem to akurat Skandynawowie, podobnie jak Niemcy z północy (w odróżnieniu od tych z południa czy Austrii/Szwajcarii)się chowają, kwestia historii, mentalności i tradycji.

      • Zdanie wyrwane z kontekstu, prosiłbym o zapoznanie się w pełni z moimi wpisami. Nie znam pełnej treści rozmowy więc nie sposób mi odnosić się do całości, a jedynie do tych fragmentów. Zresztą cały wywiad, poza tym elementem, który skrytykowałem, powiela to co uważam ja i cała reszta, rozsądnych ludzi, na czele z Arturem Michną i Grzegorzem Łapanowskim na czele. Ja nie uważam się za znawce gastronomii, powiem więcej, że jestem raczej laikiem w tych kwestiach, bardziej skupiam się na produkcji żywności jako takiej, przetwórstwie, gotowaniu domowym. Do haute cuisine i tego wszystkiego co prezentują obaj panowie, nawet się nie śmiem porównywać.
        W kwestiach gastronomii i tego jak „z niczego/biedy” wyłuskać to co się da i stworzyć światowej klasy gastronomię, w pełni zgadzam się z obydwoma panami. Jednak patrząc ogólnie, na żywnośc, mentalnośc, zachowania konsumenckie, w tym i spożywcze, absolutnie sie nie zgadzam. Dania/Szwecja, a Polska to 2 kompletnie różne światy. Już bardziej Wielka Brytania czy Irlandia, to o wiele lepszy sposób odniesienia, ja jednak obstaje przy konieczności współpracy z demoludami, które, w znacznej części, wyprzedzają nas w kwestiach kulinarnych. Zamiast ścigać najlepszych, wpierw dogońmy tych to co na końcu lub w środku stawki.

  2. Każdy kto nie wierzy, niech pojedzie lub zajrzy do Czech, Słowacji, Węgier lub nawet na Litwę. Litwini nawet chleb tradycyjny, wysyłają do Australii i Nowej Zelandii, bo tam mają na niego zbyt.
    Orban uruchamia narodowy program rozwoju sektora rolno-spożywczego na który ma być przeznaczone, jeśli dobrze pamiętać 15 mld. dolarów lub euro, w ciągu 10 lat. Czesi uruchomili właśnie pierwszy piwomat, własnego pomysłu.
    A Polaki, jak durnie, co planować nie potrafią, rozglądają się teraz, co robić z 700 tysiącami ton jabłek, których, szokująco przecie, Rosja nie chce. Jak się nasi politykierzy zajmują pierdołami aniżeli konkretami, a Polacy zamiast codziennie jeść jedno jabłko na śniadanie, zamiast wpieprzać jakieś banany, mango czy inne g….o z importu, to robią jakieś cyrki, jak zawsze na pokaz.
    To jest właśnie „rewolucja kulinarna po polsku”, tak jak jak hostoria polskich powstań narodowych, od rzezi ludności cywilnej po pijane szarże na kule armatnie. Nie chce nawet myśleć jak będzie wyglądać kuchnia polska za lat 15-20, pewnie gorzej niż 30 lat temu.

    • Poprawka, trochę się zagalopowałem, 1,5 mld dolarów w ciągu kilku lat, ma byc zainwestowane (przez państwo)w sektor rolno spożywczy Węgier. Ale jak na 10 milionowy kraj to i tak dużo, w porównaniu do Polski, to kwota gigantyczna. Węgrzy wolą myśleć przyszłościowo, z wyprzedzeniem, zamiast działać po polsku „od przypadku do przypadku”.

      • Tu dodam taką konkluzję, żeby nie wynikało, że krytykuje całe wypowiedzi pana Grzegorze, wręcz na odwrót, większość wywiadu to świetę słowa. Krytycznie odnoszę się jedynie do tego „zachodo-filstwa”, natomiast w 100 popieram tekst o gęsiach. Patrząc na reakcje ludzi na embargo owocowe, widać, że ludzie w Polsce doskonale rozumieją, że tak dalej się nie da, że trzeba iść tą drogą, którą już za komuny podążali „Czechosłowacy” czy „Jugosłowianie”. A chodzi o spółdzielczość, u nas wyśmiewaną na każdym kroku, podobnie zresztą przeze zmnie, jakieś 10 lat temu, do momentu gdy nie zmądrzałem (każdy jest głupi do czasu aż nie zmądrzeje, w tym i ja). Ja od dawna wypisywałem teksty po internecie, że trzeba jabłka przetwarzać i sprzedawać wszędzie, byle nie do Rosji, która tylko czeka by nas udupić(dopóki rządzi tam antypolska banda). Reakcja ludzi była żałosna, ale teraz, niemal wszyscy odpowiadają to samo – głupi sadownicy są sami sobie winni, trzeba było przetwarzać i działać razem. Mądry Polak po szkodzie. Cóz, widać, że Władymir Władymirowicz stanie się, niczym Władymir Ilicz, zaczątkiem prawdziwej rewolucji (tym razem w pozytywnym znaczeniu)kulinarno-spożywczej. Dość tej gospodarki folwarczno-pańszczyźnianej, dośc gospodarki zbierackiej, czas na zmiany. Czas na wspólne działanie i przetwarzanie tego ziemia wydaje.

        • Tak, tego u nas brakuje, spółdzielczości. Nie rozumiem, dlaczego sadownicy nie chcą się dogadać (m0że nie umieją po polsku) – dla ich własnego dobra – i stworzyć spółdzielni. Denerwuje mnie, gdy słyszę ich utyskiwania, że dostają 20 groszy za kilo w skupie, a na targu jabłka są po dwa pięćdziesiąt. No niech idą na targ i sprzedają po dwa pięćdziesiąt, ja naprawdę im nie zabraniam,. I Tusk też nie 🙂

          Ale przede wszystkim niech nauczą się w końcu myśleć ekonomicznie, to przecież przedsiębiorcy. Niech się łączą, tłoczą, smażą, destylują, co tam sobie wymyślą, ale niech już nie palą opon, to jest to już żałosne…

          • To jest kwestia zacofania historycznego, ale i niestety polskiej mentalności. Tak jak pisałem, w byłej Jugosławii czy Czechosłowacji, tego problemu nie ma, bo spółdzielczość jest czymś zupełnie naturalnym. W Polsce przedwojennej, potęgą spółdzielczą w skali kraju byli Ukraińcy, Polacy nie dorównywali im w ogóle. Widać, że zmiany, powoli, powoli są i to idzie od zachodu, w Wielkopolsce widziałem sporo dobrze funkcjonujących grup producenkich. Ale oni to już przerabiali pod rozbiorami, słusznie uważając, że aby walczyć z wielką potęga niemieckiego państwa i gospodarki, muszą się jednoczyć i kombinować. Mamy dokładnie taką samą sytuację w skali kraju.
            Nasze rolnictwo, szczególnie w Lubelskim, Świętokrzyskim czy Podkarparckim lub Małopolskim, jest wręcz zmuszone do czegoś takiego, chmara małych rolników i przetwórców powinna już dawno się połączyć i działać wspólnie. Ale polityka państwa, głównie wobec mikrobiznesu, paranoje związane z dotacjami z ARiMR, kwestie ochrony konsumentów (czyli 4 czy 5 różnych instytucji zajmujących się kontrolą produktów żywnościowych, dopiero teraz mają je połączyć), powoduje, że człowiek nie jest w stanie działać. Co z tego, że mogę wziąść 100 tysięcy złotych dotacji w ramach PROW (przerabiałem to 2 razy)skoro muszę i tak robić inwestycje na 200 tysięcy, brać kredyt (ciekawe kto da i jakim kosztem, skoro brak bankowości skierowanej do rozwoju takich przedsięwzięć, Credit Agricole to może pomaga, ale francuskim producentom, nie polskim), a ZUS, podatki, kontrole, pierdoły, jarzmo kompletnego uwalenia przez jakiś urząd są ogromne.
            Jestem krytyczny wobec tych rolników co protestują, blokuja i palą opony, ale Lepper miał rację we wszystkim, państwo polskie zniszczyło i niszczy to, co było dobre, a dopiero jak przyszły pieniądze unijne i możliwość, nahapania się ich przez chmary urzędnicze i sam państwo, spowodował, że zaczęto to promować.
            A wystarczyłoby takie podejście jakie mają Duńczycy czy Irlandczycy, o Brytyjczykach nie mówiąc – rób, działaj, my ci pomożemy, ale tylko jeśli zechcesz. U nas jest na odwrót, działasz? To my „pomożemy”, nie rozumiemy słowa „nie”.

    • Drobny przykład z węgierskiego Lidla:
      http://www.lidl.hu/cps/rde/SID-3148EA16-5F612854/www_lidl_hu/hs.xsl/ajanlatok.htm?id=257
      Co prawda to tylko kilka produktów, ale węgierskie wędliny regionalne, 1 węgierskie wino z oznaczeniem jakości, przy akompaniamencie produktów regionalnych z Czech, Niemiec czy Włoch, to własnie najlepszy sposób na promowanie kulinarnego dziedzictwa i generalnie „dobrych praktyk kulinarnych”. Nie spotkałem się z czymś takim w niemieckim oddziale tej sieci, nie mówiąc o polskiej.
      Niestety, ale Węgry, Czechy lub Słowacja, są przed nami o jakieś 10 lat. Zresztą to nie dziwne, bo zawsze byli wyżej cywilizowani.

  3. System „dotacyjny” i ogólnie „pomoc państwa” to jest dobra, ale dla kolegów i członków rodziny, co mają wtyk, tu i ówdzie. Z największej pomocy korzystają ci, co i tak sa w najlepszej sytuacji, pomijam dotacje dla wielkich przedsiębiorstw, których stać na drogie kredyty (ale po co, skoro można wycisnąć pieniądze unijne), ci najmniejsi, muszą działać sami, od zera, bazując jedynie na pomocy rodziny i szczęściu, że akurat nie trafią na mendy urzędnicze i w miarę normalnych kontrolerów.
    PS. Co do sprzedaży na targu, to się trochę nie zgodzę, bo dopiero teraz państwo, a właściwie Bruksela, wymyśliła projekt wsparcia targowisk, ucywilizowanych. Systemu, gdzie producent może bezpośrednio sprzedawać produkty w sporych ilościach nie ma, bo duże znaczenie ma szara strefa. Nasze organy podatkowe robią wszystko, aby uwalić i okraść, nie dziwię się więc tym, co nie chcą sprzedawać na targu po 2,50. Inna sprawa, że jak mówił Sawicki, do producentów owoców miękkich, jakby wcześniej pomyśleli i się zebrali, to by dzisiaj nie bankrutowali. Wiem z autopsji, bo sąsiad na ziemi rodzinnej, na wsi rzecz jasna, coraz to nowe plantacje wymyśla, bo co 2-3 lata, przychodzi kryzys i się nie opłaca. Takich przypadków w „lubelskim zagłębiu owocowym” są setki, jeśli nie tysiące.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.