Home wokół stołu Pierwsze przykazanie handlowe: Nie będziesz miał marek cudzych przede mną!

Pierwsze przykazanie handlowe: Nie będziesz miał marek cudzych przede mną!

0

Jam ci jest dostarczyciel pokarmów twoich i nic ci do tego, jaką drogę przebyć one musiały, aby do ciebie trafić. Ty masz trafiać do mnie, albowiem jam jest szafarz pokarmów, które dla ciebie są.

Jeśli nie wiesz, kto wytworzył produkt, który ci smakuje, w jaki sposób masz wesprzeć jego wytwórcę? Jak do niego dotrzeć, kupić ten produkt ponownie albo spróbować innych z jego oferty? To pytania z gatunku retorycznych, które przychodzą mi jednak na myśl zawsze wtedy, kiedy trafiam na dobry produkt i jestem ciekaw, skąd się wziął. Właśnie tak było kilka dni temu, kiedy zaparzyłem sobie filiżankę kawy z nowej paczki zakupionej w supermarkecie. Była dobrze wypalona, emanowała głębokim aromatem czekolady, lekko trąciła dojrzałymi czerwonymi owocami jagodowymi, nie przytłaczając przy tym goryczą i zachęcając do kolejnej filiżanki, a następnie do jeszcze jednej.

Aby dowiedzieć się o tej kawie czegoś więcej, sięgnąłem po opakowanie. Na skądinąd eleganckiej połyskującej złotem paczce, poza wizerunkiem filiżanki z nienaganną cremą, oznaczeniem marki własnej sieci handlowej i informacją, że w paczce jest kawa i że jest to w stu procentach arabika, znalazłem aż cztery teksty, w których spodziewałem się wskazówek. Jednak w żadnym z tych tekstów nie było nawet tropu, który mógłby doprowadzić mnie nie tylko do plantatora, plantacji, jej właściwości glebowych czy położenia, ale nawet palarni, wytwórcy czy producenta.

Owszem, dowiedziałem się, że mam przed sobą kawę doskonałą, świetną do parzenia w ekspresach oraz do parzenia tradycyjnego. Upewniono mnie też, że przyjemność z jej picia będę czerpał dzięki łatwemu zamykaniu opakowania, wygodnemu sposobowi dozowania i idealnej świeżości. Podano także, jak, gdzie i do kiedy mogę to opakowanie przechowywać. Jedyną poszlaką, która mogłaby wskazać przynajmniej ogólny kierunek moich poszukiwań był znaczek „Rainforest Alliance”, organizacji non-profit, która firmuje produkty powstałe z dbałością o relacje człowieka z przyrodą. Wszedłem na jej stronę, ale i tam niczego konkretnego o mojej kawie się nie dowiedziałem. Organizacja ogłasza tylko, że działa w Afryce, Azji i Ameryce Południowej, czyli tam, gdzie na świecie uprawia się kawę i tyle.

Anonimizacja produktów spożywczych to zjawisko dziś na rynku powszechne, choć chyba jeszcze nie dość silnie uświadomione przez konsumentów, którzy zasadniczo przywiązują coraz większą wagę do jakości i pochodzenia tego, co wybierają ze sklepowych półek. Moja kawa jest wzorcowym przykładem anonimizacji żywności, bo nie zawiera absolutnie żadnych informacji o jej pochodzeniu. Wyłącznym deponentem tej tajemnicy jest podpisany na opakowaniu koncern handlowy, który tę kawę w swoich sklepach sprzedaje, a który postanowił nie ujawnić o niej absolutnie żadnych informacji, nawet regionu, z którego mogłoby pochodzić ziarna.

Zacieranie śladów, jakie mogłoby doprowadzić konsumenta do wytwórcy i dać mu szansę na nawiązanie z nim jakiejkolwiek relacji, nawet natury informacyjnej, to w dużej mierze pokłosie procesu globalizacji produkcji żywności, która poprzedziła współczesny proces zupełnej jej anonimizacji. Na konsekwencje takich mechanizmów zwraca uwagę Ann Reardon, która w swoim materiale filmowym poddaje próbom konsumenckim popularną na globalnym rynku czekoladę, powszechnie kojarzoną z produktem segmentu premium, przynajmniej ze względu na cenę. Poddani próbie konsumenci początkowo wypowiadają się o tej czekoladzie pochlebnie. Jednak gdy w kolejnej części testu dostają do oceny czekolady od działających na małą skalę rzemieślników, ich opinie ulegają zmianie. W czekoladach rzemieślniczych zaczynają dostrzegać niuanse smakowe, których nie odnajdują w czekoladzie globalnej marki. Ann Reardon wyjaśnia przyczyny takiej zmiany opinii. Tabliczka znanego producenta pozbawiona jest niuansów smakowych, bo wytwarzana jest w procesie przemysłowym, w liczy się czas i powtarzalność. Stąd też taka czekolada ma wyrównany, ujednolicony i powtarzalny profil smakowy, przez uczestników badania określany jako płaski. Tymczasem czekolady rzemieślnicze powstają z zachowaniem czasochłonnego tradycyjnego procesu wytwarzania. Ich wytwórcy nie ukrywają miejsca pochodzenia ziaren. Wprost przeciwnie, podają je bardzo dokładnie, niekiedy z dokładnością do konkretnej plantacji. Rzemieślnicy utrzymują relacje z plantatorami. Wiedzą, że dla produktu rzemieślniczego, którzy rzeczywiście sytuuje się w segmencie premium, wszystkie elementy powstawania i wytwarzania tabliczki czekolady i samych ziaren, mają kluczowe znaczenie.

Dlatego zwracają uwagę zarówno na miejsce i sposób uprawy oraz zbioru ziaren ale też na proces ich fermentacji. Za optymalnym przebiegiem fermentacji kryje się ignorowana przez zglobalizowany przemysł spożywczy różnorodność biologiczna, czyli specyficzny dla miejsca zestaw mikroorganizmów oraz warunki otoczenia.

Jeśli nad zjawiskiem anonimizacji żywności przynajmniej odrobinę się zastanowić i wziąć pod uwagę zmianę zachowań konsumenckich, rosnącą świadomość roli surowca i technologii dla walorów smakowych i zdrowotnych żywności, to maskowanie pochodzenia surowców i produktów jawi się zjawiskiem co najmniej nonsensownym. Nie ogranicza się ono przy tym wyłącznie do obszaru zawłaszczonego przez koncerny handlowe. Oto kilka dni temu w klatce schodowej osiedlowego bloku, którą wspinałem się na wysokie piętro, rzuciło mi się w oczy ogłoszenie, na pierwszy rzut oka wyglądające na sporządzone odręcznie. Na ogłoszeniu informowano o sprzedaży obwoźnej jaj. Pamiętam taką sprzedaż z lat dziecięcych, kiedy to po przemianach przełomu lat 80. i 90. wieku rolnicy jęli objeżdżać miejskie blokowiska, aby spragnionym swojskiego jedzenia sprzedawać mleko prosto z kanki, kartofle prosto z pola czy jaja wprost od kury. Choć treść ogłoszenia rzeczywiście wypisano ręcznie, to ulotkę potem skserowano i to wielokrotnie, bo w kolejnych dniach widywałem ją też w innych lokalizacjach. Informowano w niej, kiedy i gdzie będzie prowadzona sprzedaż. Podano też kilka szczegółów, które jednak kazały mi się zastanowić nad intencjami sprzedawcy.

Po pierwsze apeluje on do klientów, którzy chcą kupować jaja taniej, niż gdzie indziej. Nie precyzuje przy tym, gdzie, więc zakładam, że odnosi się do najpopularniejszych miejsc zakupowych Polaków, czyli do dyskontów, które są znane z ciągnięcia cen w dół do granic wytrzymałości. W dalszej części ogłoszenia autor zapewnia, że w jego ofercie są jajka fermowe oraz wiejskie. Abstrahując od możliwej tu dyskusji semantycznej nad tak postawionym rozróżnieniem, oferta jaj fermowych, które mają być tańsze niż gdzieś indziej, mocno zaskakuje. Co to mogą być za tanie jaja, skoro nie przechwycili ich jeszcze handlowcy z sieci dyskontów? Trafione, trefne czy może anonimowe poziomu master, a zatem mniej więcej takie, na jakie natrafiłem przed Wielkanocą u targowiskowej handlarki jaj. Były zupełnie pozbawione jakichkolwiek oznaczeń i sprzedawane tak, jak je kurka wyekstrudowała. Zagadnięta w sprawie oznaczenia i pochodzenie sprzedawanych przez siebie jaj handlarka zrazu się zdystansowała, oświadczając, że ona te jaja tylko sprzedaje, a pochodzenia nie ujawni, bo jeśli by ujawniła, to mógłbym jutro stanąć z takimi jajami zaraz obok niej i sprzedawać je na przykład za 70 groszy a nie 80, czym mógłbym doprowadzić jej kram do ruiny.

A ja nie chcę jaj od tej handlarki, nie chcę jaj taniej z obwoźnej sprzedaży na osiedlu, o których nic nie wiem. Chcę po prostu wiedzieć, jaka kura, gdzie i kiedy zniosła te jaja, czym była żywiona, gdzie i w czym dziobała.

Czy to tylko tyle, czy aż tyle?

NO COMMENTS

LEAVE A REPLY

Please enter your comment!
Please enter your name here

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

Exit mobile version