Home Lekcje Smaku Lekcje Smaku: 6. Sens eksperymentu

Lekcje Smaku: 6. Sens eksperymentu

4

Czyli o poszukiwaniach nowych smaków

Lekcje Smaku 6: Sens eksperymentu
Anetta Ściemniewicz żwawym krokiem wkroczyła do imponującego biurowca. Samootwierające się szklane drzwi, marmurowe podłogi, przezroczysta winda, i przestronny hall dyskretnie dekorowany złotymi ornamentami – podobało się jej tu. Z łatwością dostrzegła recepcję – obita pikowaną skórą, z grubym blatem z tekowego drewna stanowiła kluczowy element hallu. – Do pana Puzdro-Puginałła – oświadczyła recepcjonistce – Anetta Ściemniewicz, właścicielka agencji PR „Moja racja twoja restauracja”. Byłam umówiona. – Tak, pan hrabia oczekuje pani w gabinecie – uprzejmie odpowiedziała recepcjonistka, wskazując kierunek – windą na ostatnie piętro i drzwi do gabinetu pana hrabiego będą naprzeciwko.
– Bardzo mi miło widzieć panią ponownie – oznajmił na powitanie Mary-Jan Puzdro-Puginałł, wskazując gościowi miejsce w eleganckim skórzanym fotelu przy stoliku z wielkim oknem i widokiem na finansowe centrum miasta – do dziś wspominam przygotowaną przez panią degustację i warsztaty o modelowaniu smaku. – Dziękuję – uśmiechnęła się Anetta Ściemniewicz – ja tylko zorganizowałam to spotkanie, zaś przygotowała je załoga restauracji Balansownia Smaku. Natomiast dziś pozwoliłam sobie prosić pana o spotkanie w zupełnie innej sprawie. – Rozumiem – odparł hrabia, zapalając cygaro, które wyjął z klimatyzowanej szafki w taki sposób, żeby Anetta Ściemniewicz nie mogła nie zauważyć robiącej wrażenie pozłacanej inskrypcji „kubańskie luksusowe – ręcznie zwijane – wyłącznie na eksport” – pani wybaczy, że zapalę, ale w moim biurze nie obowiązują drobnomieszczańskie zasady. Do rzeczy więc, co panią do mnie sprowadza?
fot. jphilipg

Anetta Ściemniewicz sięgnęła do torebki, wyjęła kilka kolorowych folderów i, podając je hrabiemu, objaśniła – Aktualnie jestem producentką nowego programu kulinarnego na zagranicznej licencji. – Gratuluję – Puzdro-Puginałł uniósł brwi, z zainteresowaniem przeglądając broszury. Z jednej z nich odczytał głośno – „Kuchenny blef”? – Tak – potwierdziła Anetta Ściemniewicz – a dokładniej „Kuchenny blef czyli pieprzę to”, taki jest tytuł naszego show. – Nie wydaje mi się, żebym słyszał o czymś podobnym – odparł Puzdro-Puginałł wypuszczając w kierunku gościa znaczący kłąb dymu.

fot. lindsay.dee.bunny

– Bo to nowość – szybko pośpieszyła z odpowiedzią Anetta Ściemniewicz, gorączkowo ściskając torebkę i przesuwając się w kierunku skraju fotela – ale zapewniam pana, że to program najwyższej próby. Na całym świecie generuje olbrzymią oglądalność. Założenia są proste – wyjaśniała. – Uczestnicy biorą udział w nietypowym konkursie kulinarnym na najgorszą potrawę. Tak, na najgorszą. Mają tak gotować, żeby zniechęcić jurorów, a wręcz zszokować i obrzydzić! Zadaniem jurorów jest nie tylko ocena, ale też przeszkadzanie uczestnikom w gotowaniu. Mogą stosować dowolne sztuczki, aby sprowadzać gotujących na ścieżkę dobrego smaku, ale uczestnicy muszą pozostać czujni i pamiętać, że ostatecznie liczy się tylko najbardziej odrażająca ohyda. Wygrywa ten, komu uda się zrazić jurorów do tego stopnia, że nie będą oni w stanie nawet poddać dania degustacji.

fot. Isaac Wedin

– Cóż za nowatorski koncept! – skomentował Puzdro-Puginałł. – Prawda? – potwierdziła Anetta – Przy tak skonstruowanych zasadach firma zaoszczędza, bo nie musimy przyznawać nagrody! Powszechnie wiadomo, że jurorzy w takich programach to największe świnie, więc zjedzą wszystko. – Hm – hrabia badawczo zerknął na gościa i zapytał – Ale co ja miałbym mieć z tym wspólnego? – No właśnie – usłyszał w odpowiedzi – Jestem u pana, aby go zaprosić do udziału w panelu jurorskim!

Mary-Jan Puzdro-Puginałł w telewizji! Hrabia usadowił się wygodniej w fotelu i oczami wyobraźni kreślił sceny, w których jego szlachetny profil pojawia się na pierwszym planie, a jego precyzyjnie celny komentarz zmienia życie zwykłych ludzi. Doskonale zdawał sobie sprawę, że nie obędzie się bez korekcji, iniekcji i resekcji. Pociągnął zatem cygaro dodatkowe kilka razy i oświadczył wystudiowanym leniwym tonem – Zgadzam się! – Świetnie, ale powiem od razu: gaża! – znacząco podniesione brwi Anetty Ściemniewicz nie zwiastowały rewelacji w tym zakresie. – Gaża? – powtórzył hrabia. – Niestety tak się niefortunnie składa, że nie mogę panu zaoferować gaży – głos Anetty Ściemniewicz zabrzmiał niewinnie. – Przyznam się panu, że wygrałam ten przetarg, bo podałam bardzo niską cenę. Zorientowałam się dopiero po fakcie, no ale cóż, będziemy nagrywać w tańszej lokalizacji, jedną kamerą i jakoś damy radę. – No pani Anetto, przecież chyba pani zauważa, że gaża jest mi niepotrzebna – odparł z przekąsem hrabia, zakreślając prawą ręką szeroki krąg – doprawdy, mogę wykupić cały ten program łącznie ze stacją! – Cieszę się – odparła rozmówczyni, rada, że hrabia sam wprowadza rozmowę na odpowiednie tory – Właśnie mi się przypomniało, że mam też jeszcze prośbę – oświadczyła nieomal zwijając torebkę do stadium rulonu i jeszcze niebezpieczniej przesuwając się na skraj fotela. – Byłabym wdzięczna, gdyby pan hrabia zechciał wesprzeć naszą produkcję niewielką kwotą, a tym samym zapewnić sobie prestiżową pozycję przewodniczącego jury. – Z prawdziwą przyjemnością obejmę fotel przewodniczącego – niespodziewanie szybko odparł Puzdro-Puginałł – ale stawiam dodatkowe warunki: pierwszy plan i wyłącznie lewy profil z uwidocznieniem spinek od koszuli, bo mam platynowe – zakończył dobitnie, kierując ku Anetcie Ściemniewicz zaopatrzony w tlące się cygaro palec.

fot. 401(K) 2012

– Będzie, jak pan hrabia sobie życzy – na obliczu Anetty Ściemniewicz pojawił się lekki uśmiech – Towarzystwo jurorskie też doborowe. Udział zapowiedział sam Jaromir Pic, jak pan pewnie wie, majętny właściciel sieci salonów odzieżowych „Ciarki Szafiarki” oraz Krystyna Gizmo, zamożna była danserka klubowych scen nocnych, a obie gwiazdy potwierdziły obecność stosownymi czekami – zaznaczyła Anetta Ściemniewicz, unosząc wskazujący palec. – Więc jeszcze ta mała formalność – uśmiechnęła się szeroko i krotochwilnie przechyliła głowę. – Czek odbierze pani w recepcji – hrabia nagle zgasił cygaro, popadając w głębszą zadumę, by po chwili obwieścić – Skoro jedzenie ma być kiepskie, to sama pani rozumie, że będę kosztował poprzez asystenta, mojego nieocenionego kompana smakosza, barona Eu’Stachego Poćwierć-Póchacza. Co prawda właśnie teraz leży struty w szpitalu, ale do czasu nagrania na pewno wydobrzeje. – Wspaniale! – wykrzyknęła Anetta Ściemniewicz po czym błyskawicznie runęła z fotela i, lądując na dębowej podłodze, wydała z siebie wiązankę słów powszechnie uważanych za obelżywe. Interes jednak załatwiła, toteż zwinnie wstała, poprawiła spódniczkę i z nietęgą miną opuściła gabinet hrabiego.

On zupełnie nie zwracał już na nią uwagi. Zwrócony ku największemu oknu w gabinecie, wpatrywał się w tonący w czerni gwiaździstego nieba najbardziej imponujący wieżowiec w mieście.

Skąd bierze się pęd do kontrowersji w kuchni? Czy nowości kulinarne są rzeczywiście bardziej interesujące niż tradycja? Dokąd prowadzi pogoń za kulinarną sensacją? Społeczeństwo informacyjne żywi się przekazem medialnym, a ten za wszelką cenę stara się zaskarbić sobie zainteresowanie, celując prosto w serca odbiorców. Jeszcze kilkanaście lat temu wystarczyło przywieźć z zamorskiej podróży orientalne korzenie, a poszukiwaczom ciekawostek kulinarnych w zupełności wystarczały podróże do lokalnych restauracji etnicznych. Dziś to nie wystarcza. Aby zaspokoić głód nowości dziś odwiedza się restauracje podające dania z robaków. Wypada też zjeść świnkę morską, pająka albo przynajmniej węża, koniecznie uwieczniając to na filmie, który, umieszczony na Youtube, będzie stanowił modne narzędzie uprawiania gastronomicznego turpizmu. Są tacy, którzy za punkt honoru stawiają sobie kulinarne szokowanie innych. Pęd do nieznanego, czasami absolutnie niezasadnie określanego mianem atrakcyjnego, przesłania pędzącym to, co w kuchni najważniejsze – jej kontekst kulturowy. Ten właśnie aspekt kuchni, jej związek z miejscem pochodzenia składników, z tradycyjnymi recepturami, wreszcie z regionalnymi zwyczajami warunkowanymi przemijalnością i zmiennością pór roku, stanowi o tradycji i kulturze narodu. Odzwierciedla ją i pozwala na wyróżnienie jej na tle innych i odróżnienie jej od egzotyki. Kuchnia każdej zbiorowości ludzkiej to przejaw jej kulturowej tożsamości, a zatem wartość nadrzędna w stosunku do kulinarnej sensacji. Na świecie są restauracje, które spełniają wymagania najbardziej wybrednych nie tylko pod względem kulinarnym. Są takie, z których rozciągają się zapierające dech w piersiach widoki, są takie, które zbudowano pod dnem oceanów albo takie, które postawiono na górskim zboczu. Są takie, których sale wykuto w lodzie oraz takie, w których jada się z zawiązanymi oczami. Jednak istnieją one obok tradycyjnych restauracji z kuchnią narodową, które stanowią podstawę kulinarnej oferty.

Krytyk kulinarny radzi: Podróże kulinarne to doskonała okazja do poznawania świata. Zanim jednak zainteresujesz się obcą kuchnią, postaraj się dokładnie poznać swoją. Zacznij od najbliższego otoczenia. Porusz temat lokalnej kuchni i swojskich wyrobów podczas najbliższej rodzinnej okazji. Może okaże się, że ciotka, u której często jadasz sałatkę z kapusty pekińskiej z kukurydzą z puszki i winegretem z torebki, piecze czasami jakieś tradycyjne ciasto albo gotuje jakąś lokalną potrawę, choć nie podaje tego gościom, bo wstydzi się swojskości i uważa, że dobre jest to, co reklamuje się w telewizji? Może znajdzie się sąsiad, który ma przydomową wędzarnię? Może niedaleko jest restauracja z regionalnymi przysmakami? Jeśli nie, spróbuj poszukać w bibliotece, może znajdziesz książkę z przepisami lokalnej kuchni z twojego regionu. Postaraj się ugotować coś z tej książki i podać podczas kolejnego rodzinnego przyjęcia. Z pewnością wywołasz dyskusję, a to już dobry początek do przywrócenia lokalnej kuchni należnego jej miejsca i szacunku w twoim lokalnym środowisku.

4 COMMENTS

    • Po ostatniej dyskusji na stronie lewicowej Polityki, pod artykułem na temat polskiej gastronomii, jestem całkowicie zdruzgotany. Niestety, dopóki nie wymrą pokolenia PRLowskie, zapatrzone w „zachód” i myślący w kategoriach peweksowych, którzy jeżdżą samochodami za 200-300 tysięcy złotych, robiących zakupy w lidlach, biedronkach, teskach i innych zagranicznych sieciach i plują na wszystko co polskie i regionalne, dopóty nic się nie zmieni. Takich ludzi w pewnych kategoriach wiekowych i zawodowych jest większość. Ci, którzy nie są w danej kategorii nie dysponują takimi funduszami najczęściej by codziennie wydawać 30-50 złotych na dobrej jakości, regionalne produkty lub wydawać 100-200 złotych na codzienny posiłek w restauracji. Cóż, Polska „Pawlaka i Kargula”, jak to dzisiaj przeczytałem, cały czas trwa i dopóki nie nastąpi zmiana pokoleniowa, tj. nie moje/nasze, ale pokolenie naszych dzieci (lub przyszłych), nie zacznie tego zmieniać, to się nic na lepsze nie zmieni. Jedyne czym można się pocieszyć, że u innych, np. w Rosji, Ukrainie czy w Rumunii jest jeszcze gorzej, tyle, że my równamy do nich, a nie tych lepszych, nawet do Czechów Słoweńców czy Węgrów nam daleko. Oni już za komuny mieli lepsze podejście, dzisiaj nie podniecają się już tak obcym jak nasi.

      • Oczywiście nie chcę uogólniać, proszę sobie nie brać tego co napisałem. Jakiś czas temu robiono badania „lemingów” – w Polsce, Rosji, Francji i Niemczech i zrobiono porównanie. Wyszło, że niemiecki, francuski leming zachowują się podobnie – kupują swoje, odpoczywają u siebie, oszczędzają i odkładają na czarną godzinę. Leming polski i jego „brat-bliźniak”, rosyjski kupuje obce, odpoczywa u obcych, najczęściej u Araba, Chorwata, Turka lub Bułgara, wydaje więcej niż zarabia, niczego nie odkłada, bo i po co (skoro trzeba się nahapać, tak jakby jutro znowu wojna miała być). Jako ciekowstkę dodam jeszcze, że A.Merkel-Kazimierczak do dzisiaj robiąc zakupy, kupuje na zapas czego sama się wstydzi, ale czego nie może się oduczyć, po latach życia w NRD.
        Po prostu, polska rzeczywistość to nie wyjątek, to normalka w postkomunie i trzeba po prostu być niesamowicie cierpliwym. Ci co chca zachowywać się normalnie, zostaną nazwani przez lemingi „warchołami, szowinistami, zwolennikami Kaczora” czy inaczej, ale radzę, aby nie przejmowali się tym. Wolę być warchołem i się zachowywać jak leming francuski, niż lemingiem polskim i zachowywać się jak mój „brat-bliźniak” Iwan czy inny Wołodia.

LEAVE A REPLY

Please enter your comment!
Please enter your name here

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

Exit mobile version