Ileż trzeba wysiłku, by skomponować pączka za 4 złote z polewą truskawkową, w którym nie ma truskawek, a jest za to aż 45 innych składników!

Zbliża się Tłusty Czwartek i Walentynki zarazem. Fabryka pączków zaopatrująca Lidla błysnęła nowością technologiczną i wyprodukowała wyglądające na produkty premium różowe pączki z polewą o smaku truskawkowym i nadzieniem grejpfrutowym. Połączenie to lekko karkołomne, choć może nie o połączenia tu chodzi, skoro zauważyć, że zagęszczonego soku z grejpfruta jest w tym pączku około 4 gramów, a truskawek nie ma w nim wcale.

Różowy pączek „Zbyszko – 3 Grejpfruty”, bo opisano go na równie różowych kartonikach, to przykład produktu, który dużo zapowiada ale tylko w marketingowej narracji. Jest błyszczący, starannie zapakowany, ma własną serwetkę i leży w kartoniku z zestawem obietnic wypisanych dużymi literami. Te najbardziej krzykliwe to „20% soku”, grejpfrut, świeżość, owocowość i skojarzenia ze znaną marką napoju. Rozbudzone oczekiwania studzi jednak etykieta ze składem, z którą można się zapoznać dopiero wówczas, gdy odwrócimy kartonik do góry dnem.

Już pobieżna analiza etykiety prowadzi do przekonania, że ów różowy pączek to produkt ultraprzetworzony, któremu daleko do surowców a blisko do preparatów. Poza sporą listą substancji technologicznych odpowiedzialnych za zaprojektowane dla tego pączka funkcje, przewidziano mu też głębokie mrożenie i wielomiesięczny termin przydatności. Tak oto emulgatory, stabilizatory, regulatory kwasowości, tłuszcze roślinne i konserwant pozwoliły technologom na zaprojektowanie pączka zoptymalizowanego pod logistykę, powtarzalność i efekt wizualny, który poleży długi i jest w stanie cały czas tworzyć iluzję produktu premium.
„20% soku” to obietnica kluczowa, acz po jej weryfikacji okazuje się, że nieco myląca. Chodzi tu wszak o 20% soku ale w nadzieniu, które stanowi niespełna jedną czwartą pączka, a dokładniej 23,8%, co wyróżniono na opakowaniu. W praktyce będzie to zatem około 4–5 gramów soku i to z zagęszczonego koncentratu na jednego pączka w czerwonym żelu, który pełni tu funkcję nadzienia. Reszta to cukier, woda, skrobia, aromaty i stabilizatory. Grejpfrut gdzieś się tu mieni, ale głównie jako hasło, kolor i sugestia, czyli funkcjonuje raczej jako koncept smakowy niż realny składnik.
Z obecności owoców nie wynika też ani kolor ani smak polewy. Dekorujące tę polewę kawałki skórki cytrynowej mają niecodzienny czerwony kolor, który zawdzięczają substancjom barwiącym z koncentratów roślinnych. Ich wyrazisty smak wzmacniają aromaty, a teksturę tworzą tłuszcze roślinne. Tych jest w różowym pączku kilka różnych rodzajów, w tym palmowy i kokosowy. Toteż zarówno owe trzy grejpfruty, jak i truskawka oraz cytryna nie budują spójnej całości, a raczej istnieją obok siebie jak hashtagi czy modne etykiety. Wszystkie zaangażowane tu owocowe smaki kreują zatem tylko wrażenie swojej obecności, a to zdecydowanie estetyka heheszków z Instagramu, a nie klasyków z cukierni.
Warto przy tym zauważyć, że klasyczny polski pączek jest słodki i tłusty i ma różane albo owocowe nadzienie. Najchętniej jadamy go w karnawale, jak każe tradycja, przed Wielkim Postem, w szczególności w Tłusty Czwartek. Jeśli zatem wziąć pod uwagę, że pączek w polskiej kulturze stołu nie jest produktem narracyjnym, a elementem rytuału, jak choćby tego tłustoczwartkowego, to nasuwa się pytanie, czym w istocie jest różowy Zbyszko o smaku trzech grejpfrutów, zapachu truskawek i długiej liście składników technologicznych? Prezentuje się wszak jak atrakcyjny wizualnie i rozmowny marketingowo influencer, który obiecuje więcej, niż dostarcza. Do tego raczej komunikuje niż karmi i w tym sensie staje się symbolem szerszej zmiany – wypchnięcia jedzenia z obszaru kuchni i tradycji do obszaru opowieści, etykiet i wrażeń.
Czy to zatem jeszcze pączek czy już jego iluzja?
Na odcinek poświęcony przejmowaniu tradycji polskiego stołu przez kolejnych przedstawicieli żywności ultraprzetworzonej zapraszam na kanał Mowa Strawa.


