Zabieram Was w pełną smaków i aromatów podróż szlakiem skandynawskich Świąt Bożego Narodzenia. Odwiedziliśmy do Oslo, skąd odnowionym promem nowej linii GoNordic Cruiseline płyniemy do Kopenhagi!
W ubiegłym odcinku przechadzaliśmy się uliczkami starego Oslo, dokąd dotarliśmy dreamlinerem ze Sztokholmu. Podglądaliśmy, jak miejscowi zajadają świeżo wysmażane świąteczne pączki z dziurką, prażone migdały a nawet kebab z renifera. Weszliśmy też do najstarszej oslowskiej cukierni, gdzie próbowaliśmy świetnego tradycyjnego wypieku kanelbolle z dużą ilością masła i kardamonu.
Prom Nordic Pearl to spuścizna po dawnym połączeniu DFDS, które zostało przejęte przez Gotlandsbolaget, a nowy właściciel przemianował tę linię na GoNordic Cruiseline. W ramach połączenia Oslo-Kopenhaga kursuje też druga jednostka, Nordic Crown, dzięki czemu trwająca 16 godzin trasa może być obsługiwana w obie strony codziennie. Oba promy nieco różnią się od siebie budową, a jedną z zasadniczych różnic są obecne tylko na Nordic Pearl kabiny wewnętrzne o podwyższonym standardzie – z dużym dwuosobowym łóżkiem, na którym doskonale się śpi.
Podczas przeprawy spotkał nas niezły sztorm, jeden z takich, podczas których człowiek zaczyna się zastanawiać, czy rosnące w siłę przechyły nie ocierają się już o granicę bezpieczeństwa, choć dla wprawionych wilków morskich nawet takie niespodzianki to pewnie betka.
Do Kopenhagi Nordic Peal wpłynęła w strugach deszczu, choć już w uspokojonym akwenie. Szczęściem opad z minuty na minutę lżał i po kilku kwadransach pozostawił po sobie nieco mokre chodniki i mocno zasnute chmurami niebo. Skoro jednak utrudnienia ustąpiły, ruszyłem w drogę z portu ku centrum, mijając po drodze zwyczajnie otwarte w niedzielę sklepy, co za sprawą wąsatych poborców wysokich związkowych pensji dla konsumenta w zaściankowej Polsce stanowi od dawna niedostępny luksus.
Po niespiesznym, okołopółgodzinnym spacerze dotarłem do położonego w centralnej części Kopenhagi placu Kongens Nytorv, o czym już z daleka poinformował mnie wystawnie udekorowany i rozświetlony Hotel D’Angleterre, bodaj najdroższy hotel w mieście. Kilka kroków dalej równie imponującymi dekoracjami świątecznymi rozwieszonymi na elewacji zachwycał stary kopenhaski dom towarowy Magasin du Nord.
Pewnie dlatego wprost przegapiłem świąteczny jarmark na Kongens Nytorv, z wyglądu skromnie niepozorny, który jednak po zwiedzeniu kilku pozostałych bezsprzecznie uznałem za najlepszy.
Jednak zanim to ustaliłem, wybrałem się najpierw na jarmark przy Højbro Plads, przy okazji chłonąc przepych ciągnącej się przez ponad kilometr kopenhaskiego centrum najdłuższej w Europie ulicy handlowej Strøget. Jarmark na Højbro Plads zdają się filmować wszyscy vlogerzy, którzy opowiadają o Kopenhadze językiem Świąt Bożego Narodzenia. W istocie jest to jednak inicjatywa niewielka, do tego mało interesująca.
Najbardziej oblegane jest tam stoisko z kiełbasą w bułce z worka, z kolei zastanawiająco pusty jest ulokowany tuż obok kram z pieczonymi kasztanami. Poza tym na placu stoi kilka rzadko odwiedzanych stoisk z zamorskimi produktami – włoskimi serami, francuskimi nugatami i brytyjskimi krówkami oraz kilka stoisk z ozdobami.
Z niejakim rozczarowaniem wróciłem zatem na Strøget, aby po kilkusetmetrowej przechadzce między Pradami a Hermesami dotrzeć do Jarmarku Hansa Christiana Andersena. Prezentował on znacznie lepszą ofertę niż ten przy Højbro Plads.
Było tu znacznie więcej do jedzenia i wypicia, rozstawili się też rzemieślnicy, można było nawet podejrzeć kowala przy pracy – wróć! – kowalinę, bo chyba tak językiem feminomowy należałoby określić uderzającą młotem w rozgrzany pręt kobietę.
Na Jarmarku Andersena moją uwagę przykuło nieco zadymione stoisko z pieczonym mięsem i rybami. Nic dziwnego, wszak – jak się możecie domyślić – pachniało zeń już z oddali. Kram z pieczystem, które spokojnie dochodziło nad żywym ogniem, to bez wątpienia najbardziej interesujące gastronomiczne tego jarmarku. Potwierdzała to wijąca się doń kolejka chętnych na kawał wieprza z rusztu albo pieczonego na desce łososia.
Z taką techniką pieczenia łososia – na deskach ułożonych w charakterystyczne namioty nad ogniem – spotkałem się już kiedyś w Polsce. Pewnie dlatego mniejsze niż można by oczekiwać targnęło mną zaskoczenie, gdy okazało się, że stoisko z rusztami prowadzą nasi rodacy. Poświadczały to nie tylko swojskie okrzyki obsługi, ale też nabazgrane na przytwierdzonych do framug kramu kartonach polskie napisy „bigos” i „pierogi”. Co ciekawe, obie propozycje cieszyły się sporym wzięciem i to nie mniejszym niż kiełbachy, pieczyste i łosoś.
Ze świątecznego skweru poświęconemu Andersenowi przespacerowałem się na powrót ku Kongens Nytorv, ciekaw, co oferuje rozlokowany tam wokół pełnego dzieciarni lodowiska a złożony ze skromnie dekorowanych budek jarmark. W pierwszej kolejności zatrzymałem się przy kramie położonym najbliżej kosztownego Hotelu D’Angleterre. Jak się okazało, kram ów stanowił tego hotelu forpocztę. Można było nań spróbować świątecznych wypieków z hotelowej cukierni, dzięki czemu za skromne jak na kopenhaskie realia 45 duńskich koron każdy mógł się poczuć tak, jakby najprzedniejsi patissierzy podejmowali go wielce szlachetnym wypiekiem osobiście.
Idąc dalej, odkrywałem coraz to bardziej rozkoszne pyszności. Oczy śmiały mi się do wysmażanych na oczach gości duńskich pączko-naleśniczków. Maślane bułeczki z kardamonem przecudnie pachniały rzadką u nas uczciwością składników.
Kawałek dalej podawano świeżusieńkie ostrygi oraz smażone na bieżąco dorsze w cieście, a duńskie kanapki ze śledziem w sylistyce smørrebrød kusiły przeróżnymi odsłonami. Kto by się oparł wersji z remuladą?
Jeśli będziecie w Kopenhadze, wiele jarmarków możecie sobie darować, włączając mocno reklamowany landrynkowo-lemoniadkowy Tivoli, do którego wejść można wyłącznie za niemałą opłatą. Jednak przejdźcie się wzdłuż tych niepozornych kramów przy lodowisku Kongens Nytorv. Za stówkę od osoby, którą zaoszczędzicie na rozkrzyczanym Tivoli, najecie się po samą kokardę i to w tym kontekście wprost za darmo.
Zostajemy jeszcze trochę w Kopenhadze, wszak to cel tej świątecznej wyprawy. Zostańcie ze mną, zapraszam!
W następnych odcinkach poznamy dwa różne oblicza świątecznej duńskiej kolacji Julefrokost – michelinowską i tradycyjną.


