Zabieram Was w pełną smaków i aromatów podróż szlakiem skandynawskich Świąt Bożego Narodzenia. Zaczynamy w Oslo, dokąd docieramy… potężnym dreamlinerem!
Moi stali czytelnicy pamiętają zapewne naszą ubiegłoroczną bożonarodzeniową wyprawę do Sztokholmu. Przechadzaliśmy się wówczas między kramami jarmarku na Gamla Stan. Zasiedliśmy do wystawnego klasycznego Julbord, bożonarodzeniowej kolacji w restauracji Frantzka w Hotelu Saltsjöbaden oraz jej współczesnej acz też eleganckiej wersji w nowoczesnym centrum kulturalno-wystawienniczym Artipelag. W tym roku wybieramy się w dalszą drogę szlakiem skandynawskiego God Jula. Wpadniemy do Oslo na jarmark i kanelbolle oraz do Kopenhagi, gdzie poznamy dwa różne oblicza świątecznej duńskiej kolacji Julefrokost.
Zaczynamy na lotnisku Arlanda w Sztokholmie, skąd z samego rana odlatuje do Oslo potężny dreamliner 787 etiopskich linii lotniczych Ethiopian. Podróż to krótka, bo ledwo godzinna, ale jakże emocjonująca! Z jednej strony dreamliner to ponoć najwspanialsza maszyna lotnicza wszech czasów, a z drugiej i sama linia lotnicza jest mocno egzotyczna. Ethiopian korzysta z Piątej Swobody Powietrznej (Fifth Freedom of the Air), która umożliwia między innymi zabieranie nowych pasażerów w dalszą drogę w trakcie międzylądowania. Tak właśnie było w naszym przypadku, bo dreamliner etiopskich linii zmierzał do Oslo z Addis Abeby, a w Sztokholmie wylądował tylko na chwilę, aby wysadzić część pasażerów i zabrać garść nowych.
Nie było nas wielu, bo aby dosiąść się do rejsu spoza Strefy Schengen należy przejść pełną kontrolę graniczną, włącznie z weryfikacją paszportową. Zatem mimo że lecimy po prostu ze Sztokholmu do Oslo, to przechodzimy drobiazgową kontrolę dokumentów w części lotniska poświęconej pasażerom spoza Strefy Schengen. Ma to swoje dobre strony, bo to elegancka i zaciszna część, skąd odlatują głównie rejsy międzykontynentalne. Jest zatem cicho, spokojnie i jakoś tak bardziej elegancko niż w ogólnodostępnych częściach lotniska.
Lot dreamlinerem może spełnić nawet bardzo wygórowane oczekiwania, moje wszakże spełnił. Leciał jak krążownik, a wylądował jak batyskaf. Fotele miał miękkie i obszerne, miejsca było wystarczająco, do tego bez tłoku na pokładzie. Dość powiedzieć, że siedziałem w rzędzie sam, z ekscytacją podpatrując przez okno lekko trzepocące ogromne dreamlinerowe skrzydło. To był cudownie komfortowy lot, coś jak sen w wielkim koszu pełnym puszystych mruczków.
Oslo sprawiło wrażenie niespiesznego, może nawet nieco zaspanego. Wszakże wrażenie to miłe, bo niespieszny tryb podróży bardzo mi odpowiada. Do miasta dojechałem regionalnym pociągiem, a gdy tylko postawiłem nogę na dworcu, wybrałem się na poszukiwanie śniadaniowej przekąski. Na etiopskim pokładzie poczęstowano nas wszak tylko ananasowym sokiem, choć dobre i to. Po krótkiej lustracji dostępnej oferty w oczy wpadły mi dwie interesujące kanapki, jedna z rostbefem i remuladą, a druga z krewetkami i cytryną, nieco w stylu ostentacyjnej skandynawskiej Skagen. Ze względu na oczywistą ostentację obu, nie mogłem się zdecydować na żadną, więc wziąłem obie.
Solidnie posilony, wydaliłem się z dworca do centrum, by już po chwili przechadzać się między stoiskami oslowskiego jarmarku świątecznego Jul Vinterland. Sam jarmark nie wyróżniał się niczym wyjątkowym, może poza stoiskiem z kebabem z łosia, który może właśnie z powodu swojego wsadu cieszy się niejaka popularnością wśród vlogerów i tiktokerów, co można zauważyć także w polskiej przestrzeni celebrycko-influencerskiej
Ciekawsze elementy oferty świątecznej oslowskiego jarmarku to smultringer, tradycyjne norweskie pączki w kształcie oponek. Smaży się je w smalcu, na co wskazuje pierwszy człon nazwy, jako że smalt to właśnie smalec. Ciasto na nie sporządza się zaś z mąki, jaj, masła, śmietany, kardamonu i cytryny. Na stoisku smażono je na bieżąco, więc nietrudno sobie wyobrazić, że aromat niósł się zeń wyjątkowy.

Norwegowie raczą się też grzańcem, choć podawanym z osobliwymi dodatkami – żurawiną i siekanymi migdałami, które każdy dodaje sobie do kubka wedle uznania.

Uwagę zwracały też ładnie opakowane zestawy prezentowe z norweskimi kiełbasami z renifera, serami i przetworami. Najbardziej zadziwiająca była chyba kiełbasa z wieloryba.

Wśród przetworów zauważyłem dżem-galaretkę ze świerkowych pędów a nawet z… akwawitu! Nostalgicznie prezentowały się zaś kawy i słodycze z linii rodziny Muminków.

Najwięcej emocji wzbudziła we mnie jednak ulokowana tuż przy jarmarku piekarnia W. B. Samsona, uważana za najstarszą w Oslo. Oblegana przez zarówno turystów jak i miejscowych, kusi sporą ofertą słodkich wypieków. Dumą tego adresu jest kanelbolle, czyli kardamonowa bułeczka z silnie wzbogaconego masłem ciasta drożdżowego. Spróbowałem jej i nawet udało mi się zrobić to na miejscu, bo jakimś cudem tuż przede mną zwolnił się całkiem wygodny stoliczek w rogu. Miałem z niego świetny widok na całą salę, z ulokowaną w jej tylnej części, a przesłoniętą szklaną ścianą częścią roboczą, gdzie na oczach gości powstają świeże wypieki.

Kanebolle od Samsona była tak bogata w egzotyczne aromaty, że w pewnej chwili zacząłem nawet podejrzewać, czy może nie powstała z użyciem masła. Wszelkich wątpliwości pozbyłem się zupełnie, gdy udało mi się przyzwyczaić do stosunkowo obcego mi kardamonu. Zresztą wystarczyło dobrze przyjrzeć się etykietom wypieków, na których z dumą wymienia się ekologiczne surowce użyte do ich wyrobu, a w przypadku maślanego rogalika trzykrotnie podkreśla się jego główny składnik smør, smør och smør (masło, masło i masło)!

Tam, do kata, co to w ogóle za wątpliwości, przecież Norwegia to nie Polska, a kanelbolle to nie Rogal Świętomarciński!
Z Oslo udajemy się do Kopenhagi, ale już w znacznie wolniejszym tempie, choć z jeszcze większa dozą elegancji. W porcie czeka już na nas bowiem Nordic Pearl linii Nordic Cruiseline.
Do zobaczenia!
W następnym odcinku przejdziemy się po świątecznych jarmarkach Kopenhagi!


