Kanapka wegańska z Żabki to książkowy przykład, jak pieniądz, technologia i ideologia mogą wyprowadzić na manowce najszlachetniejsze nawet idee.
W ostatnich latach polskie ulice wypełnione są młodzieżą szkolną wsuwającą po drodze modne kanapki ze sklepów na rogu. Te najmodniejsze są bezmięsne, niekiedy wegańskie, wszakże stylizowane na naturalne, w sugestywnych zielonych opakowaniach, z ilustracjami ogromnej ilości warzyw. Nie trzeba wydać wiele, bo kosztują w granicach 10 złotych, a do tego można kazać sobie je odgrzać na miejscu, a wszamać po drodze, czyli mieć obiad z głowy. Skoro jest tanio, praktycznie, a do tego modnie i wygodnie, to w czym właściwie problem? Sztandarowa kanapka roślinnej rewolucji, czyli właśnie ta w zielonym pudełku, oznaczona jako 100% roślinna, z kuszącą ilustracją świeżych warzyw, dowodzi, że wprost we wszystkim.
Po pierwsze korporacja
Jednym z elementów wyraźnie wyeksponowanych na opakowaniu jest grafika z wizerunkiem młodej kobiety dzierżącej w dłoni tasak i napisem „The Vegetarian Butcher”.
Nazwa w tłumaczeniu na polski to „Wegetariański rzeźnik” i jako taka od razu uderza jako szokujący oksymoron, wszakże jak powiązać rzeźnika z wegetarianizmem? A jednak można, przynajmniej w biznesie, bo widniejący na opakowaniu znak The Vegetarian Butcher to marka należąca dziś do koncernu Unilever, która specjalizuje się w roślinnych zamiennikach mięsa. Marka pochodzi z Holandii, a jej ojcem jest wegetarianin i rolnik Jaap Korteweg. Po epidemii świńskiej grypy i choroby szalonych krów Jaap zaczął się zastanawiać nad przyszłością rolnictwa, a w szczególności hodowli trzody chlewnej i bydła. Miarkował przy tym, aby zrobić coś, co pozwoli mu pozostać wiernym kulinarnej tradycji, ale bez uboju zwierząt. Otworzył więc sklep, który wyglądał jak u rzeźnika, ale zamiast mięsa sprzedawał w nim „kotlety”, „kiełbasy” i „filety” z soi i grochu. Marka stała się w Holandii bardzo popularna, a mały pomysł wkrótce spodobał się wielkiemu graczowi na tyle, że w 2018 roku odkupił ją od Holendra. Dziś należy ona do koncernu Unilever, który pod jej auspicjami planuje stworzyć największego rzeźnika na świecie, tyle że bez mięsa. Antysystemowy ruch proroślinnej zmiany został tym samym przejęty przez globalną korporację. Co na to antysytemowa młodzież, dla której dziś kanapka to jak kiedyś bandana, nikt nie pyta, bo sprzedaż idzie.
Izolat białkowy, metyloceluloza, sorbinian potasu
Kwestie ideologiczne to jednak betka przy konfrontacji tego produktu z jego składem. Na opakowaniu wymieniono jakieś 60-80 składników, w zależności od tego jak liczyć poszczególne składowe i ich składniki, skoro część powtarza się w pozostałych składowych. Nazwy niektórych z nich mogą być zagadką nawet dla dość zdolnego ucznia szkoły średniej, który może gdyby wiedział, co je, to by tego nie jadł.
Takie zestawienie powinno alarmować o potencjalnym przykładzie żywności ultraprzetworzonej, czyli powstającej nie z surowców, a z otrzymanych w warunkach laboratoryjnych preparatów. O jej długotrwałym wpływie na zdrowie człowieka nauka wie póki co niewiele. Wie natomiast, jak z wody, oleju kokosowego, skrobi modyfikowanej, aromatów i kilkunastu innych substancji, w tym konserwantu sorbinianu potasu, stworzyć imitację sera o aromacie goudy, którą ze względu na stosowne ograniczenia obowiązujące w Unii Europejskiej, nazwano tu „plastrami na bazie oleju kokosowego”. Warto też zatrzymać się przy tych wszystkich modyfikowanych skrobiach, płatkach kukurydzianych i sojowych izolatach.
Trzeba bowiem pamiętać, że soja i kukurydza to najpopularniejsze na globie uprawy monokulturowe, które stanowią przykład rolnictwa intensywnego, które nie liczy się ani z glebą, ani z bioróżnorodnością, ani z przyrodą. Tego typu uprawy niszczą przyrodę ramię w ramię z intensywnymi tuczarniami i hodowlami zwierząt rzeźnych. Zamienił więc stryjek siekierkę na kijek i to taki nie z drewna a z polimerów.
Można to jeść, ale po co?
Już Święty Paweł mawiał, że można wszystko, ale nie wszystko warto. Podobnie jest w przypadku tej kanapki. Pachnie smażeniną sojowego nuggeta, a smakuje głównie jego teksturą. Nad uzyskaniem tekstur i smaków biotechnologowie pracowali tu zapewne w pocie czoła, w odpowiednich proporcjach łącząc gumę guar, gumę ksantanową, skrobię modyfikowaną i inne dodatki technologiczne z wodą, która jest składnikiem uniwersalnym i korzystnym cenowo.
Ponadto kanapka zawiera też potężną porcję tłustego i mocno kwaśnego sosu, tym razem konserwowanego dubeltowo, bo poza sorbinianem potasu przydano mu też benzoesanu sodu. Kleks jest położony niechlujnie i koncentruje się w jednym miejscu, w związku z czym szczęściarz, który wgryzie się w część pozbawioną sosu, ma u ustach kawał suchej buły z klejącym wegańskim plastrem i kartonowym nuggetem sojowym, ewentualnie z nieśmiałym udziałem plasterka ogórka konserwowego lub paseczka konserwowej papryki, które tę pustynię nudy mają pewnie urozmaicić. Z kolei pechowiec nie tylko obleje sobie tym sosem podniebienie, ale może też i tors.
Miała być zdrowa alternatywa, a co jest, oceńcie sami.
Na dokładniejszą analizę tej kanapki w kontekście idei, pod auspicjami których buduje swoją rynkową karierę, zapraszam na kanał Mowa Strawa.


