Wczoraj znalazłem w ogrodzie trzy smardze. Choć każdy z nich to phallus, przynajmniej wedle klasyfikacji Linneusza, to nigdy nie przyszłoby mi do głowy, żeby nazwać któregokolwiek penisem.

Weganie mogliby nie mieć takich zahamowań, bo zdają się rozkoszować w przypinaniu określeń zarezerwowanych dla wyrobów mięsnych cudacznym niekiedy kreacjom te wyroby mającym przypominać, choć nawet powierzchowność u nich pokraczna, że o treści poniecham wspomnieć.

Kiedyś takie praktyki postrzegano w kategoriach kiczu, czyli zjawiska mizernego upodabniania własnej wypociny do nieskalanego oryginału, który na ogół bywał jeśli nie żałośnie śmieszny to przynajmniej śmiesznie żałosny. Gdy kicz wpisał się w końcu w konstytucję konsumpcyjnego społeczeństwa i – jako przejaw indywidualizmu kreujących go mas – jakoś przestał razić, stanowiąc owoc ostatecznego zdziecinnienia mężnych, wzięto się w końcu za plagiat, czyli przypisywanie własnego autorstwa walorom cudzej spuścizny. Plagiat jest nadal piętnowany, w szczególności gdy dotyczy niezmiernej wagi naruszeń praw własności do fotograficznych dzieł w stylistyce cudzego selfie, które ktoś zapragnie sobie wkleić na własnym profilu. Wydętym w podkówkę podpuchniętym wargom takowe dzieło zdobiącym należy się przecież szacunek, a ich właścicielce tantiemy, bo o ile selfie można sobie zrobić za darmo, to hialuron już kosztuje i to sporo.

Pytam się zatem, gdzie w odmętach pełnej czołobitnej chwały wojny ku czci influencerskiego piękna podział się szacunek dla produktu spożywczego, ponad którym w ostatnich latach przetacza się istne tornado nonszalancji, grubiaństwa i zwykłego chamstwa? Co prawda zagadnienie nieuprawionego określania wytłoczyn roślinnych mianem mleka oraz próby wprowadzania klienta w błąd umaślaniem margaryny zostały już prawnie usankcjonowane i jeśli jakieś kółko wegańskiej adoracji chce spożywać mleczko to dziś już co najwyżej ptasie. Ale kiełbasa? Tej legislator póki co nie otoczył prawną ochroną, bo i któż śmiałby nawet w pijackim delirium przypuszczać, że stroniący od mięs weganie zapragną nagle pożerać parówki, salami czy boczek?

fot. Olgierd Rudak, CC-BY-SA 3.0
fot. Olgierd Rudak, CC-BY-SA 3.0

A jednak zapragnęli, o czym świadczą nie tylko nowe produkty na sklepowych półkach, które nawet w placówkach o dyskontowym charakterze śmiało eksponują całe działy produktowe bezmięsnych wyrobów do złudzenia wyroby mięsne przypominających. Do tego ta swoją drogą śmieszna nawet dyskusja z restauracyjnej grupy dyskusyjnej, której jestem członkiem, na którą wpadłem kilka dni temu, zainteresowany pytaniem wiodącym, skądinąd doskonale streszczającym jej clou: „Czy jest tu dostawca wegańskich kiełbasek lub kaszanek?”

Wegańska kiełbaska stanowi już dobrze zdziadziały skrzep semantyczny, który, choć nonsensowny z samego założenia, to jednak dobrze się monetyzuje. Ale, na litość boską, wegańska kaszanka przekracza już ludzkie pojęcie! Jak kaszanka może być wegańska, wiedzieć mogą chyba wyłącznie ci, którzy próbowali umieścić cennego skądinąd smardza w – nie przymierzając – silikonowej waginie lub w nieco lepiej osadzonym w przestrzeni popkultury sromie z szarlotki. Jakimże cudem dobrze prowadzący się weganin mógłby nawet wypowiedzieć tę obrzydliwą w jego ustach z najprostszych ideologicznych założeń frazę, która szlachetność wegańskiego podejścia do świata każe łączyć z przepełnioną złą juchą tego łez padołu krwawą kiszką?

By Mariuszjbie - Own work, CC BY-SA 3.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=5975812
Fot. Mariuszjbie, CC BY-SA 3.0

Gdybym – na co się na szczęście nie zanosi – stanął przed wegańskim sądem jako adwokat struchlałego, który kaszanką zdecydował się określić produkt wegański, przy największej dozie dobrej woli nie byłbym w stanie znaleźć rozsądnych okoliczności łagodzących w jego sprawie. Nie wyobrażam sobie głębokości stanu osobistej intoksykacji, która pozwoliłaby mi na zrozumienie, jakie emocje kierują kreatorami wegańskiej kaszanki, która to kaszanka – jako kwintesencja zamknięcia zwierzęcego ducha w jego własnej kiszce – stanowi dla osób stroniących od lad mięsnych produkt ze szczytów obrzydliwości już na samą o nim myśl.

Nie chodzi przy tym o sam oksymoron – który w kręgach wegańskiej braci gotowej przepłacić dwukrotnie, trzykrotnie a nawet dziesięciokrotnie za burgera, ser czy majonez, byle tylko etykieta obiecała, że wegański – przestaje mieć już jakiekolwiek znaczenie, a raczej o oddziaływanie emocjonalne zjadanego produktu na jedzącego. Wiem, że po stronie mięsożerców też występują nieszkodliwi odmieńcy, którzy są gotowi pożreć drogą bułkę ze świadomym dodatkiem wołka zbożowego, acz nie wiem, pod gwiazdą jakiej odmiany umieściłbym uchachanego pożeracza móżdżku z Maksia czy klopsików z Pusi, wiedząc, iż Maksio to piesio a Pusia to kocię.

Emocje czynią z nas ludzi. Czyżby?

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.