W ramach akcji promującej polskie specjały do Polski zjechało grono influencerów z całego świata. W Gdańsku byli pod moją opieką. Dokąd ich zaprosiłem?

Zagraniczni goście w Gdańsku gościli przez zaledwie niespełna dwa dni, z czego jeden wieczór spędzili przy warzonych nad Motławą mistrzowskich piwach i towarzyszących im przekąskach. Jednak mieli także okazję zapoznać się z zarysem kulinarnej historii miasta oraz szkicem bieżącej sceny kulinarnej, które miałem zaszczyć nakreślać im osobiście w jednym z najbardziej wyjątkowych miejsc na gastronomicznej mapie miasta.

Gdańska wycieczka prasowa stanowiła część większej całości, którą przewidziano pod auspicjami wielkiej akcji promującej polską żywność Polska Smakuje. Na bogato zaplanowany program kulinarnego objazdu po północno-wschodniej ćwiartce Polski organizatorzy zaprosili kilkunastu influencerów z Niemiec, Wielkiej Brytanii oraz Singapuru
i Czech. Wycieczka rozpoczynała się i kończyła w Warszawie a przystanki przewidziano w Łodzi, Włocławku, Toruniu, Gdańsku, Morągu i Starych Jabłonkach.

W Łodzi zagranicznych gości oczekiwano w studio kulinarnym Baccaro, gdzie pod okiem Gosi Pindych mieli okazję własnoręcznie sporządzić kilka polskich klasyków we współczesnym wydaniu. W drodze do Włocławka zatrzymali się w Pałacyku Gozdawa, gdzie Piotr Lenart, polski mistrz gęsiny i autor szlaku kulinarnego Niech Cię Zakole zademonstrował fachowy rozbiór gęsiej tuszki oraz przygotował z gęsi kilka imponujących smakołyków, o czym goście skrupulatnie informowali w swoich relacjach. W toruńskim Muzeum Piernika mogli sprawdzić się we własnoręcznym wypieku tradycyjnych pierników, pod Mrągowem odwiedzili ekologiczną kozią zagrodę i gospodarstwo agroturystyczne, a w Warszawie praskie Muzeum Wódki oraz sąsiadującą z nim restaurację Zoni.

W ostatnich tygodniach w sieci pojawiły się pierwsze relacje z podróży, z których wynika, że Polska rzeczywiście smakuje. Co prawda w gęstwinie relacji ujawniłem kilka niepochlebnych recenzji, jak choćby dotyczącą nijakości podawanego w warszawskim Zoni polskiego wina, braku elementarnych elementów wyposażenia pokojów w Osadzie Danków oraz marności kontrowersyjnego per se włocławskiego obiektu mającego imitować pałac, który zresztą sam znam, a w którym podano gościom tak zniechęcające śniadanie, że ci gremialnie postanowili poprzestać na kawie, to jednak polska gościnność została ujawniona, stwierdzona i doceniona.

Tematem dnia w Gdańsku miały być ryby, a skoro dano mi absolutnie wolną rękę w szczegółowym doprecyzowaniu zagadnienia, za punkt honoru postawiłem sobie takie przedstawienie sprawy, aby poprzez opowieść o rybnych specjałach przynajmniej pokrótce zapoznać gości z kulinarną historią miasta. Zrazu na myśl przyszło mi kilka znamienitych gdańskich adresów, którym w pełni odpowiedzialności powierzyłbym ugoszczenie tak wyjątkowych gości, acz po drobiazgowych przemyśleniach uznałem, że najlepiej będzie, jeśli zaproszę ich do miejsca wyjątkowego w dwójnasób.

Tak oto z samego rana znaleźliśmy się przy Szerokiej 52, w sławnym od XVI wieku Domu Goldwassera, nad którego wejściem widnieje wizerunek łososia, onegdaj oznaczający kamienice w ten sam sposób, w jaki dziś oznacza je numer domu i nazwa ulicy. To właśnie, tu, w kamienicy pod łososiem, niderlandzki imigrant Ambroży Vermoolen sporządził pierwszą flaszkę gdańskiego złotego likieru, który następnie podawał gościom w specjalnie powołanej dla tego celu probierni, proponując poza nim całą gamę owocowych i ziołowych alkoholi. Miejsce to zacne, bo tętniące historią, a do tego inspirujące, bo właśnie teraz mieszcząca się tu od lat 70. minionego wieku restauracja Pod Łososiem zmieniła właściciela, który przeniósł tutaj z dzielnicy Aniołki dobrze znane na gdańskiej mapie Winne Grono. Kamienica przeszła gruntowny remont, a szlachetne ślady jej związków z przeszłością odświeżono z pietyzmem godnym konserwatora, który wszak czujnym okiem lustrował przebieg prac. Ponieważ trafiliśmy pod łososia na kilka dni przed oficjalnym otwarciem nowego Winnego Grona, toteż całą przestrzeń wyjątkowo eleganckiej restauracji mieliśmy wyłącznie dla siebie.

W pełni mógł się nam poświęcić także sam restaurator, Arkadiusz Onasch, który chętnie opowiadał o bogatej historii miejsca. Po mojej skromnej prezentacji na temat rybnej specyfiki gdańskiej kuchni oraz krótkiej podróży przez kilka wieków gdańskiej gastronomii po fenomen współczesnej gdańskiej sceny kulinarnej, goście spróbowali śledzi w pięciu odsłonach, zupy rybnej oraz sandacza z patelni na koperkowym sosie.

Śledziowe specjały spotkały się z żywym odbiorem. Dość powiedzieć, że nawet rybne niejadki, których kilka znalazło się przecież w zagranicznym towarzystwie, postanowiły podanych śledzi spróbować i to ku zaskakującej ich samych satysfakcji! Najwięcej oklasków zebrał śledź babci Marianny, przekąska podle autorskiego przepisu Arkadiusza Onascha. Pisałem o niej już nie raz, w szczególności przy okazji moich wizyt certyfikacyjnych w Winnym Gronie w ramach akcji Smaki Gdańska oraz Nocy Restauracji, bo właśnie ta skromna – zdawałoby się – acz wyjątkowo smakowita śledziowa pasta z potężną ilością masła i jaj wprawiła w zachwyt także i mnie.

Powodzeniem cieszył się też śledź w śmietanie. Niektórzy goście zażądali nawet nań przepisu. W prasowych relacjach przewija się też śledź w stylistyce azjatyckiej i jest chwalony, a skoro chwalą go nawet goście z Singapuru, zalecam poniechać wszelkiej wątpliwości. Mówi się też o śledziu po kaszubsku, co bardzo mnie cieszy, bo wspomniałem o nim podczas prezentacji, a nawet przygotowałem gościom mój autorski nań przepis. Jak zauważyłem, przepis nie uszedł uwadze dziennikarskiego oka i został opublikowany. Towarzyszyła mu praktyczna, choć może nieoczywista, poradą, aby na sporządzenie kaszubskiego śledzia przewidzieć co najmniej cztery dni.

No tak, slow food, proszę państwa, slow food przede wszystkim!

Przy okazji – jeśli prowadzisz kawiarnię, restaurację albo hotel i chciałbyś upewnić się, że jesteś dobrze odbierany i idziesz z duchem czasu, zapraszam do zapoznania się z moją ofertą coachingu, konsultacji i audytu: krytykkulinarny.pl/coaching.

2 KOMENTARZE

  1. Drogi Panie! Pokarm przed pana opisany – aż łzy w oczach stają – tak się go chce pożreć, ups… degustować! Ale bodajże jeszcze bardziej zachwyca mnie mistrzostwo i wdzięk z jakim posługuje się Pan językiem (ojczystym😀). Pozdrawiam i życzę sukcesów.

  2. No i super. Oby jak najwiecej smakoszy i osob zawodowo zajmujacych sie jedzeniem, w tym recenzowaniem jedzenia, obojetnie czy w to w wydaniu gastronomicznym czy sklepowym, odwiedzalo nasz kraj i smakowalo, to co najlepsze.
    To, ze Slow Food to podstawa, kazdy wie. Problem w tym, ze nasz „polski Slow Food” jest slabo znany w Polsce, a za granica to kompletna terra incognita. Dla kogos, kto interesuje sie tematem od dawna, jak ja, takie rzeczy wydaja sie oczywiste. Ale jednak z czasem dopiero doszlo do mnie, jak wielka ignorancja caly czas na nas wszystkich ciazy.
    Dlatego TO WIELKIE ZADANIE, takze dla influencerow. Nie lubie tego okreslenia, ale uwazam, ze to wazna „profesja”. Sam mialem do niedawna zaciecie by promowac polski Slow Food. Po pewnym czasie mi ta chec odeszla. Mimo wszystko, jednak uwazam, ze warto promowac to co unikalne.

Pozostaw odpowiedź Jakub.J Anuluj odpowiedź

Please enter your comment!
Please enter your name here

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.