Odnośnik do komentowanego artykułu: “Margarynowanie oczu”.

14 KOMENTARZE

  1. Zgadzam się. Ja jednak dodał bym inną przyczyną tej mody o której Ty, ze zrozumiałych względów nie napiszesz. Mi to „lata”, niech mnie „hejtują” za to. Czemu akurat Szwecja i czemu akurat Warszawka? To chyba oczywiście zrozumiałe, przecie nie przyjdzie moda z „zapyziałej” Białorusi, gdzie dyktator otwarcie mówi, że woli być dyktatorem niż gejem. Musi być „nowocześnie i po gejowsku, tfu, europejsku, znaczy się”. No to niech będzie Szwecja, bo akurat najbardziej „nowoczesna i postępowa” i zaraz za kałużą. Wystarczy spojrzeć na to:
    http://www.portalspozywczy.pl/handel/wiadomosci/ikea-polska-w-trojce-krajow-z-najszybszym-tempem-wzrostu-sprzedazy,110421.html
    Nigdy nie lubiałem tej sieci i zawsze uważałem marketingową strategię tej firmy za dobrą, ale dla dzikich społeczeństw, które dopiero co się dorwały do „cywilizacji”. Ikea swięci triumfy w Polsce, Rosji, Chinach, bo w krajach rozwiniętych ludzie dawno przestali wierzyć w te sztuczki marketingowe.
    I tak samo jest ze szwedzkimi produktami, drożdżówkami, pierdołami wszelkiego typu. Ci, co chcą być „postępowi i nowocześni” wybiorą g…, aby tylko było szwedzkie, duńskie, holenderskie, ale broń cię panie boże, polskie czy o zgrozo, rumuńskie, litewskie, białoruskie, serbskie, o rosyjskim w ogóle nie wspominając bo to już „zdrada narodowa”.
    Cóż, głupota w tym kraju, z jego tandetną stolicą, na czela rośnie z każdym dniem.
    Ja wolę iść do Społemu i kupić sobie cebularza, choć bez unijnego certyfikatu (Społem się wypiął na certyfikację)albo na normalną oponkę z lokalnej cukierni.
    A „postepowcy” niech idą do dyskontu, bo jankeskie (made in Germany)żarcie właśnie rzucili.

    • Kwestię margaryny w ogóle pomijam, bo to jest jedynie mały element, całości tandety jaka nas otacza. O Polsce mówi się, że jest „styropianowa”, o polskich słodyczach należy więc zacząć mówić „margarynowe”. Wystarczy spojrzeć chociażby na skład polskich słodyczy, nawet takich ze średniej półki i porównać je ze składem tych, pochodzących chociażby ze Słowacji, Czech, Litwy, nawet i Ukrainy(parę miesięcy temu latałem na blisko położony targ kupować od Ukrainki, ichnie słodycze, miedzy innymi z Doniecka, teraz niestety już w ofercie zostały tylko skarpety). Zawsze mnie to zastanawia, jak to jest możliwe, że zwykłe wafle, Słowacy potrafią zrobić i taniej i lepiej. Choć ceny na Słowacji wyższe niż w Polsce.

      • Zajrzałem na stronę którą podałeś i poczytałem komentarze. Rozśmieszył mnie komentarz jakiejś oszołomki ze Szwecji, akurat mamrocącej coś o Białorusi (zero wiedzy na temat, powtarzanie wyświechtanych tez). Ale mniejsza o nią. Nie zgadzam się z tym co napisałeś, że „od 20 lat nie jadamy wyrobów czekoladopodobnych”. Tak, może tak było 10, góra 5 lat temu, ale dzisiaj jak porównać poziom słodyczy z Polski do tych, chociażby z krajów ościennych (Niemcy pomijam), to jest gorzej, a nie lepiej. Właśnie podałbym tutaj przykład krajów nieunijnych, typu Białoruś czy Ukraina. Cukierki i czekolady, które kupowałem na targu, kosztowały mniej więcej tyle samo, raczej mniej niż te, które można kupić w polskich sklepach (nie chodzi mi o jakichś tam lux-poziom typu Manufaktura Czekolady). Ale ich skład i rzecz jasna smak był nieporównywanie lepszy niż tego, co oferują producenci z Polski.
        Nie ma po prostu takiej skali oszustwa, skład jest poprawny, taki jaki jest w wyrobach zachodnich, choć cena jest wyraźnie niższa. A u nas na odwrót, dodawanie byle czego, aby tylko się trzymało.
        Zdecydowanie staram się ograniczać to co słodkie, ale jeśli już mam wybierać produkt wytwarzany nie-rzemieślniczo, to wybieram niepolskie, a właśnie z krajów ościennych. I widzę, że coraz więcej osób tak postępuje, właśnie ze względu na zażenowaniem poziomem polskiej produkcji. Nie ma tu znaczenia podział geograficzny, ale zwyczajne podejście do klienta, rzecz zasadnicza – uczciwość.
        Myślę, że nasi producenci chyba mają polskich klientów zwyczajnie w nosie, bo mając możliwości sprzedaży nieograniczonej za granicę, znaczna część olewa rynek krajowy i pcha ten chłam na rynki zagraniczne. To, że rynki wschodnie upadły to dobry znak, bo w końcu będzie producentom trudniej, pchać chłam byle gdzie i byle jak. To, ze firmy rosyjskie lub ukraińskie planują wejść na polski rynek to też dobry znak. Może rusek czy rezun będzie uczciwszy wobec Polaka niż jego własny ziomek.

        • Muszę się zgodzić, że ukraińskie czekoladki bywają niekiedy zaskakująco smaczne – miałem okazję bodaj ze trzy razy próbować różnych czekoladowych cukierków w papierkach, galaretek i wafelków – może to za sprawą bardziej archaicznych technologii? W każdym razie glutowatej ohydy, z jaką bardzo łatwo wejść w kontakt w naszych sklepach, się nie spotkałem. Do tego moja mama, wspominając czasy swojej młodości, z rozrzewnieniem wypowiada się o tajemniczych Batonach Krymskich i cukierkach „biełki” i „noczki” – w tamtych zamierzchłych czasach ponoć dostępne u nas. Polskie słodycze to trochę inny temat co prawda, ale warto na niego zwrócić uwagę, bo w większości przypadków wcale nie jest tak, że mamy lepsze wyroby niż sąsiedzi – włączając tych zza Odry! 🙂

          • To prawda, ważne jest słowo „niekiedy”. Wszystko zależy właśnie od tego kto to robi, nie zgodzę się jednak z tezą o „archaicznej technologii”,w tym sensie, że zakłady są takie jak u nas, przynajmniej te największe (jak Roshen, Konti czy firmy będace obecnie własnościa koncernów, typu Nestle czy Mondelez). Choć niewątpliwe, panuje poziom taki, jak u nas 10-15 lat temu, wówczas gdy było u nas lepiej.
            Pominę temat koncernów, bo akurat jakościowo jest równie nędznie jak u nas, ale skupię się na tych mniejszych firmach, które u nas da się czasem dostać na targu, być może na Pomorzu ktoś również sprzedaje, tyle, że te z Rosji (np. z fabryki Czerwony Październik czy im. Krupskiej, żony Lenina). Czekoladki, czekolady ale nawet i wafle, które łatwo oszukać i wyczuc „syf” – zapychacze wszelkiego rodzaju, w tym tłuszcze roślinne” smakuja po prostu tak, jak u nas, 15-20 lat temu. Tak jak powinny, bo błedęm jest mówienie, że 20-30 lat temu, to było badziewie, a teraz jest ok, wg. mnie to owszem na początku była może i tandeta, ale potem to się znacząco poprawiło, by obecnie, głównie po wejściu do UE, znów to zeszło na psy. Pamiętam jak mówili, przed 2004 rokiem, teraz to będą unijne, lepsze standardy, nie będzie już wyrobów czekoladopodobnych pod nazwą czekolada. Owszem nie ma, ale poziom czekolad jest taki, jak wówczas wyrobów czekoladopodnych, mało miazgi kakowej, mało tłuszczu kakaowego, za to dużo cukru/syropu i dużo tłuszczów roślinnych z olejem palmowym na czele.
            Podstawowa różnica między tym, co kupowałem na targu, a to co się dało dostać w sklepie, nawet z wyższej półki – czekolada lub polewa czekoladowa była czarna niemal i smakowała jak rozpuczone kakao a nie jak jakiś mix kakao, cukru, mleka i niewiadomo czego jeszcze.
            Co ciekawe, najlepsze ponoć były właśnie słodycze z Doniecka, tam głównie powstawały fabryki, większych i mniejszych firm. Teraz to się skończyło, ale i tak, śmiem twierdzić, że nawet czekolada z koncernu (typu Korona/Mondelez czy lwowski Switocz/Nestle) są lepsze niż nasze koncernówki czy import z Niemiec (wliczając w to RitterSport). Po prostu, cały czas obowiązuje to, co u nas przed 2004 rokiem – normy zakładowe, czasem krajowe, a nie jakieś, niewiadomo jakie normy pannarodowe (inaczej się robi czekoladę i słodycze w Belgii, inaczej w Hiszpanii, inaczej w Rumunii, inaczej w Polsce).
            Co więcej na każdym produkcie widnieje znak „bez gmo”, w Polsce jakoś niczego takiego nie widziałem, chyba, że na słodyczach „eko” za 8-15 złotych.

            • Zauważyłem też, że nasi producenci zaczynają „małpować” tych ruskich. Jednak z firm, wypuściła „krówki w czekoladzie”, czyli masę krówkową lub kajmak oblany czekoladą. Kiedyś tego nie widziałem, choć na Ukrainie to popularne cukierki. O pojedynku nie może być mowy, bo to polskie przypomina tylko to, co powinno.
              To samo zresztą tyczy się wafli i małpowania słowackich i czeskich produktów, tyle, że w gorszej i droższej wersji.

            • Przypomniała mi się jedna rzecz, a mianowicie fakt, że od 2004 roku przecież nie istnieją w szeroko pojętej spożywce, dawniej obowiązujące normy.Przede wszystkim chodzi o Polską Normę:
              http://pl.wikipedia.org/wiki/Polska_Norma
              która została zastąpiona przez normy unijne, w większości zharmonizowane (czyli takie nie wiadomo co).
              Istnieją, ponoć cały czas normy zakładowe i branżowe, choć dzisiaj już rzadko widuje się na produkty symbole ZN-(rok od kiedy obowiązuje). Za komuny to było obowiązkowe, potem w latach 90-ych i częściowo 2000-ych stosowano to.
              A dzisiaj, im dłużej jesteśmy w UE, zapomina się, olewa te zasady, przez co mamy taki burdel jaki jest, czyli margaryna w drożdżówce, rogalu, itd.
              Cóż, chciał lud być w „Europie”, to niech teraz się zajada margaryną. Oby tylko Ukraina i Białorus nigdy nie znalazły się tym badziewiu, bo nie będzie gdzie jeździć na pączki.

  2. Sklepowe jagodzianki nadziewa się czymś w rodzaju frużeliny, są ohydne. A kupne Cinnabony odtworzyłam w domu na podstawie przepisu z internetu. Są dużo smaczniejsze, bo dodaję mniej cukru 🙂

    Jestem natomiast ciekawa, skąd informacja, że Cinnabon ma 1000 kcal. Z tego co wiem, to raczej około 500-600, tak jak pączek.

  3. No cóż! Wszystkie diagnozy pana Jakuba trafne! Precyzyjnie!
    Dodam tylko, że od pewnego czasu zaczęto nam wmawiać, że polskość to nienormalność! Pewien debil z Trójmiasta, zręcznie pokierowany przez byłą działaczkę DDR-owskiej młodzieżówki socjalistycznej, oświadczył, że tylko europejskość uczyni nas nowoczesnymi, światłymi, postępowymi i Bóg wie jakimi jeszcze, byle nie zaścianek, średniowiecze, mohery, ciemnota średniowieczna. Skretynienie części społeczeństwa idzie w kierunku zaprzeczania wszystkiego co polskie. Oczywiście… nie jest to bezinteresowne działanie, nawet w imię jakiejś ideologi lewackiej, bo to już konieczność historyczna i histeryczna! Europa Zachodnia dysponując grubą forsą przewali każde goowno, byle jeszcze kilka miliardów zgromadzić (miliardy już tylko wirtualne), a nasi wybitni politycy cieszą sie z paciorków i perkalu które daje im Wielki Bwana. Rzemiosło cukierniczo-piekarnicze, zwłaszcza do solidne „bezmargarynowe”, szukając oszczędności, czyli chcąc się utrzymać i jeszcze zarobić, powoli zaczyna przekłamywać. Dopóki żyją osoby rozróżniające dobry, uczciwy produkt od naperfumowanych gotowców, mają szansę na przetrwanie. Od pół roku mieszkam w powiatowym mieście Wielkopolski! Jest czterech rzemieślników prowadzących piekarnie-cukiernie! Po najzwyklejszej drożdżówce można ocenić poziom reszty wyrobów (wypieków). Mówiąc uczciwie… nie chce mi sie pisać, jako że to temat jak studnia bez dnia. Rozpacz jedna wielka, że od roku szukam jagodzianki, jaką piekła moja babcia. Ale już przestałem. To jakby szukać trafnych numerów w Toto-Lotka!

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.