Michelin - marzenie czy koszmar - dania w restauracjach z

Odnośnik do komentowanego artykułu: “Michelin – marzenie czy koszmar?”.

14 KOMENTARZE

    • To fakt, ale nie rozumiem sensowności porównywania Polski do WB. Owszem, gospodarczo, dzisiejsza Polska niemal przypomina WB wczesnych lat 80, targaną kryzysami i strajkami, ale jednak był i jest to kraj, który o innej strukturze agrarnej, innej historii, innej mentalności. Wydaje mi się, że te gwiazdki to nic innego jak śmiechu warty snobizm. Ileż to restauracji tego typu znajduje się we Francji, szczególnie poza Paryżem i wielkimi miastami, na prowincji? Czy restauracje faktycznie mają świadczyć o danej kuchnii? Francja to kraj, z największą liczbą McDonaldów, na jednego mieszkańca, na świecie. We Włoszech, McDonaldy promują włoskie produkty regionalne, można sobie kupić, specjalną wersję, hamburgera z Szynką San Daniele, pewnie 2-3 razy droższego.
      Należałoby więc odróznić całkowicie, świat gastronomii restauracyjnej od kultury kulinarnej jako takiej. To zachowania, zwykłych ludzi, zwykłych obywateli, to co kupują i jak to potem przygotowują do zjedzenia, jak jedzą, świadczy o poziomie kultury kulinarnej. Ta, w WB, się zmienia, głównie pod wpływem francuskim, w zasadzie, to nawet role się już odwróciły, jak mówią niektórzy.
      Polska powinna postawić wpierw na masową edukację kulinarną, bo elit żadnych to u nas nie ma od blisko 70 lat, kiedy to elity przedwojenne wymordowano. Przed wojną, kultura kulinarna w Polsce jakoś też nie oświecała, chociaż i tak było o wiele lepiej niż dziś.

      • Nie można się nie zgodzić – edukacji kulinarnej brakuje. Porównanie z Wielką Brytanią nie jest wcale przypadkowe. W brytyjskiej gastronomii sporo się zmieniło w ostatnich kilkunastu latach, coraz więcej mówi się tam o zdrowej żywności, produktach lokalnych i regionalnych, które – ważne – można bez większego problemu kupić, Korzystają z tego nie tylko świadomi konsumenci ale i restauratorzy, którzy na wyścigi starają się udowodnić swoim gościom, że gotują nie tylko dobrze, ale i z lokalnych produktów według starych sprawdzonych receptur. Gastronomia w Polsce zdaje się być na podobnym etapie jak ta w Wielkiej Brytanii w latach 80, gdy pojawiły się pierwsze recenzje brytyjskich restauracji w przewodnikach Michelin. Zakładam, że z czasem także polska gastronomia nabierze rumieńców, a owoce, warzywa, ser, ale i piwo, wino czy destylat, będzie można kupić nie tylko w dyskoncie, ale też u lokalnego małego producenta. No ale na to pewnie jeszcze przyjdzie poczekać.

        • Zgadzam się, tylko zauważ, że Polska to kraj „pół-kolonialny”, gdzie dyskonty są zagraniczne, większe sieci handlowe też. Brytyjskie Sainsbury, Tesco, Morrisons, Waitrose czy nawet ASDA (teraz Wal-Mart)były budowane przez Brytyjczyków od dziesiątek lat. Brytyjski sektor spożywczy jest silny, silniejszy niż w Polsce i rozwijał się on od pokoleń, w oparciu o swój kapitał, swój „know-how”, itd. Tego w Polsce nie ma, bo była własność państwowa, potem dziadowska prywatyzacja, teraz firmy polskie są małe i muszą konkurować z wielkimi molochami zagranicznych koncernów. Handel przeobraża się w kompletnie inną sprawę niż ten w zachodnich krajach, bo tutaj również dominuje zagranica. Tak więc zanim polskie produkty trafią w ogóle do dyskontu to minie….20 lat. W Waitrose, można kupić brytyjskie ziemniaki regionalne, brytyjskie sery, w specjalnych seriach, pod marką własną. Niby jaki sklep w Polsce miałby coś takiego robić? Społemy? Stokrotki? Polomarket? Piotr i Paweł czy Alma promują zagraniczne, bo nie mają wyjścia. Polska jest na kompletnie innym poziomie rozwoju niż kraje kapitalistyczne-rozwinięte, jak to kiedyś określano, zastój widać przede wszystkim w głowach, więc na razie, to bliżej nam do Rosji czy nawet do Czech (chociaż im, bliżej do standardów zachodnich), niż nawet to tej Anglii, sprzed 30 lat. To jest praca organiczna, syzyfowa, dla pokoleń, jakiś czas temu też uważałem, że to wszystko będzie „hop-siup”, błyskawicznie się zmieniało, ale teraz widzę, jak ludzie są zacofani mentalnie i jak to się wolno zmienia. Może moje dzieci czy raczej dzieci będą żyć, w jako takiej normalności. Oczywiście gastronomia czy produkcja może stać na wysokim poziomie, ale to będzie na zasadzie „wyspy normalności na ocenie głupoty”. Sam przymierzam się do uruchomienia produkcji, nastawionej na zagranicznego klienta. Polska kultura „wiejsko-jarmarkowa” jakoś mi pasuje.

      • W każdym kraju McD ma ofertę „lokalną” – w Japonii podają zupę miso, w Hiszpanii kanapkę McIberico, w Polsce WieśMaki, a we Francji McBaguette. (Znamienne nazwy.)

  1. Niewykluczone, że powód był inny – film, o którym wspominam w tekście podaje taki właśnie kontekst. Niemniej nie zmienia to faktu, że uwagę zwraca nie tyle samo samobójstwo właściciela restauracji, z jakiegokolwiek powodu, ale raczej niczym niezakłócona praca tej restauracji bezpośrednio po śmierci jej właściciela

  2. Mam pytanie, mianowicie czy oceniana jest również jakość traktowania gości. Chodzi mi o to, że chcąc wybrać się do jednej bądź drugiej restauracji posiadającej gwiazdkę w Warszawie z półrocznym dzieckiem usłyszałam odmowę. Argumentem było, bo dzieci płaczą…

    • No i nie placza? Kazda restauracja ma swoj styl i koncept, niektore przyjmuja rodzicow z malymi dziecmi, niektore nie. Szczegolnie drogie restauracje na wysokim poziomie staraja sie bardzo zapewnic wszystkim gosciom spokojna atmosfere.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.