Pierwsza partia kulinarnej serii telewizyjnej Jedynki Wściekłe Gary dobiegła końca. Adam Gessler pożegnał się z widzami, życzył wszystkim smacznego i obwieścił niechybny powrót z kolejnymi odcinkami serii na wiosnę.

Dziesięcioodcinkowa seria z Adamem Gesslerem w roli głównej stała się źródłem kontrowersji od pierwszego dnia emisji. Latające pierogi, sążniste przekleństwa, ogólne wrażenie chaosu – to nieodłączne elementy stanowiące o dynamice programu oraz w skrócie rysujące sylwetkę prowadzącego. Program zyskał ogromną popularność, a Adam Gessler natychmiast podzielił widownię na swoich oddanych zwolenników i zagorzałych przeciwników, co także w komentarzach czytelników naszego bloga dało się odczuć.

Jako przykład wzorowej restauracji Adam Gessler postanowił postawić własną – „U Kucharzy”. Pokazał ją od kuchni, przedstawił członków jej załogi oraz swoich najbliższych współpracowników. Wraz z szefem kuchni odwiedził kilka wybranych przez siebie restauracji, przypadkiem natrafiając także na miejsca godne potępienia, którym nie szczędził słów krytyki.

Widz zazwyczaj nie miał pojęcia, o jakich miejscach Adam Gessler opowiada – nie padały nazwy lokali, zamazywano nawet emblematy, które mogłoby wskazywać, gdzie znajduje się miejsce, o którym mowa w programie. Absurd? Paradoks? Jedno i drugie. Ale tu już wina nie programu, a stacji telewizyjnej. Cóż, taka przewrotna natura naszej publicznej telewizji: wypełnia misję publiczną, informując publikę, a jednocześnie odmawia tej samej publice informacji zasadniczej. Z obawy przed kryptoreklamą? Może, choć TVN się nie boi, mimo że to stacja całkiem prywatna, i podczas emisji Kuchennych Rewolucji wyraźnie podaje na ekranie nazwę lokalu, a nawet jego adres.

Być może w publicznej telewizji zakładają, że ich widz jest bardziej inteligentny i sam sobie znajdzie restauracje, o których opowiada Adam Gessler. I pewnie sobie znajdzie, w końcu dla chcącego nic trudnego. Zwłaszcza, że Adam Gessler obwieścił, że będzie pomagał nowym restauratorom w tworzeniu ich restauracji całkiem od podstaw i będą to restauracje, ze ho ho!

Dwie takie restauracje otworzył Adam Gessler w pierwszej serii programu. Jedną w Łodzi, zaś drugą pod Żelazową Wolą. I tyle, dzięki owej wstrętnej manierze polskiej publicznej telewizji, o nich wiemy. Pytanie tylko, co wytrwali poszukiwacze zastaną na miejscu polecanym w programie, gdy już je odnajdą. I niestety mam przytłaczające wrażenie, że nie zastaną nic.

Adam Gessler bowiem co prawda otworzył te dwie restauracje, ale w sensie wyjątkowo symbolicznym: przyjechał, wszedł, w kuchni posadził swojego kucharza, kazał mu przygotować kolację, po czym tę kolację zjadł i pojechał. Nie zobaczyłem całej tej wielkiej krzątaniny, której się spodziewałem, a którą znam choćby z Kuchennych Rewolucji. Nie było aranżacji wnętrza, organizacji przestrzeni na zewnątrz, angażowania kucharzy i kelnerów, poszukiwania dostawców, ustalania menu. Słowem, na ekranie nie widziałem, jak kreowano restaurację, że ho ho, widziałem za to, jak ugotowano jedną kolację, którą zjadł Adam Gessler w towarzystwie gospodarza obiektu i kilku postronnych osób. Cyrkowe to!

Jeśli faktycznie tak ma wyglądać Adamowe otwieranie nowych restauracji, to mniemam, i to całkiem niebezpodstawnie, że w drugiej serii nie pojawi się żaden chętny do takiej pomocy. Po takim publicity „otwarte” restauracje muszą liczyć się z najazdem zachęconych programem gości. Taka pierwsza fala to być albo nie być dla nowej restauracji. Nie być – jeśli okaże się, że otwarcie nowej restauracji było ledwie okazją do nakręcenia odcinka filmu i zjedzenia tam kolacji. Jednej kolacji. Ugotowanej przez jednego kucharza, który zresztą i tak zaraz znika wraz z magiczną postacią sprawcy całego zamieszania.

A jedna kolacja to jeszcze nie restauracja.

Z ostatniej chwili: Jak donosi portal wirtualnemedia.pl, szefostwo telewizyjnej Jedynki nie planuje wznowienia serii Adama Gesslera „Wściekłe Gary”

8 KOMENTARZE

  1. Ja dlatego lubię „Kuchenne Rewolucje” – że oni tam napotykają i rozwiązują zupełnie realne problemy, takie, na które potencjalny restaurator może też się natknąć przy otwieraniu własnego lokalu.

    Co prawda nie planuję tworzyć żadnego lokalu, ale po porażce KahvaThei i po obejrzeniu kilkunastu odcinków programu pani Gessler wiem przynajmniej, jakich błędów nie popełniać – także marketingowych, co się przydaje przy każdym przedsięwzięciu, nie tylko gastronomicznym.

    Pan Gessler mnie irytuje. Oglądałam fragment odcinka o Żelazowej Woli – był absolutnie niestrawny.

    • Oj, oczywiście, że się wycina, w końcu to nie jest dokument, tylko show. Faktem jest jednak, że KR są bardziej realistyczne – wnoszę po moim „doświadczeniu” z gastronomią.

  2. Trzeba pamiętać, że materiał obrabia telewizja, ludzie z niej – nie zawsze wybiorą to co wartościowe.
    W jednym i w drugim programie dzieje się o wiele więcej za kulisami.
    Przy oglądaniu po prostu trzeba pomyśleć ciut więcej niż przy pierwszym lepszym show.

  3. Pan Gesler ma dosyć irytujący sposób wypowiadania się – może dlatego denerwuje niektórych i ma tylu przeciwników.
    Ale poza tym to co mówi to całkowita prawda! I dobrze,że zwraca uwagę swoją dość kontrowersyjną osobą na problemy w gastronomi – od beznadziejnego szkolnictwa i kiepskich produktów spożywczych po chciwość i brak wiedzy restauratorów!
    To jest cała prawda ja jako młoda osoba robię w domu pyszne, świeże jedzenie, unikam konserwantów i chemii. I naprawdę CHCIAŁABYM ZNALEŹĆ RESTAURACJĘ W KTÓREJ ZJEM LEPIEJ NIŻ W DOMU! To niestety graniczy z cudem :-/ Jeśli mam w restauracji zamówić pierogi które są mrożone ze sklepu to za co ja płacę? Za zagotowanie wody?!
    Przeważnie mam wystarczająco dużo czasu żeby zrobić obiad w domu. A jak nie mam czasu to chciałabym zjeść coś dobrego po drodze – i w sumie tracę dużo czasu na znalezienie świeżego-zdrowego jedzenia. Po długim poszukiwaniu robię się tak głodna,że i tak jem „byle co” w cenie obiadu i nie dość że jestem wściekła to mnie brzuch boli :-[

    • Oj, znam ten ból. Ja się wystrzegam „jedzenia na mieście”, właśnie dlatego, że jestem w stanie szybko zrobić jedzenie w domu. Nawet „fast-foody” typu hot-dog, kebab, cheeseburger preferuje zrobić w domu i nie powiem, że mi to zawsze bardzo smakuje. Przynajmniej wiem co jem.
      Proponuje zajrzeć na przedostatni artykuł z tego bloga i mój komentarz, gdzie dałem link do badań socjologicznych. Większość osób jedzących poza domem i poza znajomymi, jada w pizzeriach, fast-foodach sieciowych, budkach z hamburgerami. Restauracje są niepopularne, rzadko odwiedzane, więc i klientów mniej, mniejszy obrót, większa chęć do zarobku i oszukiwania. W Polsce, lepiej jeść w fastfoodzie czy pizzeri, bo większa konkurencja, więc i właściciele tak nie oszukują. Poza tym Polacy preferują jedzenie w domu, tak jak Pani, tak jak ja, samemu przygotywać. Polska gastronomia powinna więc kręcić się wokół fastfoodu, tyle, że polskiego, uważam, że w Polsce za dużo zagranicznego fastfoodu a za mało polskiego np. pierogarni czy plackarni, gdzie można by było szybko i tanie zjeść jakieś smaczne placki ziemniaczane z sosami i sałatkami. Cały czas zresztą chodzi mi po głowie taki pomysł aby kiedyś coś takiego otworzyć.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.