Osadzić kulturę ludową wokół stołu i okazuje się, że zjawisko muzealnie abstrakcyjne nabiera cech realnego otoczenia

Kultura ludowa ma w powszechnym mniemaniu łatkę ciekawostki folklorystycznej, czemu trudno się dziwić, skoro jej najbardziej widome przejawy to fragmentarycznie pojęte inscenizacje dla turystów. Tymczasem potrzeba autentycznego obcowania z tradycją zdaje się znacznie wykraczać poza te ramy. Dowodem na to był Festiwal Wszystkie Mazurki Świata, święto ludowej muzyki, śpiewu i tańca, w które w tym roku włączono także aspekt kulinarny. Poczęstunek stanowi wszak nieodłączny element biesiady a doświadczenie jej ludowego charakteru przez pryzmat zastawionego stołu jest pełniejsze.

Gdy zatem okazało się, że w ramach tegorocznej edycji festiwalu zaplanowano pełnowymiarową ucztę, natychmiast postanowiłem wziąć w niej udział. Ucztę wydano pod cytatem z Leśmiana „W tę zieleń, w tę zieleń!”, nawiązując tym samym do pory roku i wpisanych weń tradycji i obrzędów. Autorka uczty, Monika Kucia, tak ją pomyślała, aby muzyka i taniec w sposób niewymuszony przenikały się z gwarem i obfitością stołu.

Tak wykreowany nastrój świętowania łatwo udziela się gościom. Dość powiedzieć, że po obfitej i różnorodnej kolacji, na którą złożyły się proste acz coraz rzadziej podawane potrawy oraz tradycyjne wyroby z Podlasia, Mazowsza i Podkarpacia, goście chętnie ruszyli do tańca. Zanim jednak stuknęły pierwsze cholewki, podano skąpany w gruszewniku kisiel owsiany. Dla mnie była to zupełna nowość i to zarówno w treści jak i w formie. Kisiel ów przybrał cylindryczną, galaretowatą strukturę, która łatwo ustępowała pod naciskiem łyżki. Smaku przydawał mu kompot z gruszkowego suszu a powściągliwość w słodzeniu dała całości wyraz raczej wytrawny niż deserowy.

Wytrawny charakter miała także podana podczas uczty oskoła, czyli pozyskiwany wczesną wiosną sok z brzozy, oraz ziołowe napary. Goście popijali nimi kęsy proziaków i bulwiaków, które ustawiono w sąsiedztwie miseczek oszałamiająco aromatycznego sosu z czosnku niedźwiedziego przypominającego pesto. Stojąca za sterem tej zielonej kuchni Joanna Jakubiuk właśnie w takiej formie postanowiła owo ziele przedstawić, a innowacyjny ów zabieg przydał sporo smaku i elegancji proziakowym plackom i kawałkom kartoflano-twarogowych bulwiaków.

Podany w dalszej kolejności żur okazał się zaś aż tak dobry, że przy stole uznano go za reprezentanta gatunku klasy ekstra. Wszystko to za sprawą wegetariańskich – jak byśmy dziś powiedzieli – jego walorów. Joanna Jakubiuk postanowiła nawarzyć żuru postnego, a zatem bezmięsnego, ubogaconego jajkiem i z dodatkiem chrzanu, co dobrze rezonowało z minionym dla katolików a oczekiwanym dla prawosławnych okresem Wielkiejnocy.

Wiosenną świeżość sygnalizowały ustawione wokół stołu a sowicie już obsypane listowiem drzewa owocowe oraz rozstawione na stole świeże zioła i mikrolistki. Powiewowi tej filigranowej elegancji nie poddały się jednak wszystkie elementy stołu, a w szczególności szupenia – fasolowa kutia na słono, którą ustawiono na stołach w potężnych misach. Z zasady ma być sycąca i taka była, sporządzona z wymieszanej z ugotowaną do miękkości kaszą fasoli okraszonej słuszną porcją dobrze tłustej cebuli z patelni.

Gdy rozmiłowani w witalnym potencjalne szupenii goście raczyli się obfitością jej porcji, na stołach stanęły pierogi z kaszą gryczaną, kapustą i grzybami. To specjalność gospodyń z podradomskich Gałek Rusinowskich. Goście uczty mieli okazję stanąć za stołem razem z gospodyniami i przy dźwiękach rusinowskich pieśni spróbować własnych sił w lepieniu a także podejrzeć różne techniki spajania ciasta.

Gwoździem programu był pokaz wyrabiania korowaja, weselnego kołacza tradycyjnie podawanego na wschodnich rubieżach Polski. Gospodynie z Dobrowody na Podlasiu chętnie opowiadały o związanych z korowajem tradycjach, a następnie zaprosiły gości do jego wspólnego wypieku. Na ostateczny kształt ciasta składają się dekoracyjnie ponacinane i misternie zlepiane korowajowe różyczki oraz gąski – małe bułeczki z wyrośniętego na drożdżach ciasta z pszennej mąki, które ściśle układa się w okrągłej blaszce gęsiego, jeden za drugim, aż do całkowitego wypełnienia formy. Po wypieczeniu korowaj dekoruje się kwiatami, stawia w centrum weselnego stołu, a następnie dzieli go między biesiadników. Ma się rozumieć, że żmudnemu procesowi kreacji towarzyszył podlaski śpiew, o co z pietyzmem dbała Jagna Knittel.

Poczęstowani korowajem goście zjedli go z domowymi konfiturami, które podano też do małych gryczanych placków zwanych ohulnykami. Ucztę dopełniono w tańcu, do którego goście ruszyli spontanicznie, porwani donośnym męskim śpiewem podkarpackiej kapeli z Futomy.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.