Wkrótce wejdzie w życie ustawa o niemarnowaniu żywności, która wpisuje się w aktualny trend stawiania do pionu sieci handlowych. W myśl nowych przepisów właściciele dużych sklepów będą zobowiązani do przekazywania niesprzedanej żywności organizacjom zajmującym się pomocą ludziom w potrzebie. Obowiązkowi towarzyszy też kara – 10 groszy za każdy kilogram produktów spożywczych wywiezionych na śmietnik.

Gdyby nie fakt, że duże sieci handlowe zdążyły wyprzedzić rygorystyczny przepis i niezależnie od niego już teraz oddają część niesprzedanej żywność rozmaitym organizacjom, można by pokusić się o dywagację, czy w obliczu idącej w grosze za kilogram kary, niektórzy właściciele tego obowiązku jednak poniechają. Eksperci spieszą uspokajać, że pomoc potrzebującym, nawet ta motywowana ustawowo, ma dla sklepu dobry potencjał wizerunkowy. Może i tak, skoro w sklepach niektórych dużych sieci handlowych wiszą już plakaty z dokładnymi informacjami, dokąd trafia niesprzedana przez nie żywność.

Czy jednak zawiadujący niedużym spożywczakiem pan Mietek oraz pozostali właściciele sklepów o wielkości przekraczającej 250 m.kw., których ustawa obejmie, nie znajdą innych sposobów na pozbycie się kłopotliwych resztek? Niewykluczone, że nad angażowanie się w czaso- i kosztochłonne procesy ekspedycyjne bardziej będzie im się opłacać zapłata kilkudziesięciu złotych kary za wywóz jedzenia na śmietnik lub też takie ometkowanie przecenionych produktów, którym kończą się terminy, aby sami klienci wynieśli je ze sklepów. Znaczące cięcia cen praktykuje się już w wielu dużych sieciach handlowych, a zagęszczenie klienteli przy wydzielonych dla takich celów lodówkach i koszykach potwierdza słuszność decyzji.

Z punktu widzenia klienta i właściciela sklepu to dobrze, bo po co specjalnie rozwozić tony żywności rozmaitym organizacjom, przy okazji zagęszczając miejskie korki i smog, skoro można rzecz rozdać prawie darmo wdzięcznym za specjalną okazję klientom? Gorzej, jeśli na rzecz spojrzeć przez pryzmat marnowania żywności w gospodarstwach domowych, do których trafią dodatkowe tony radykalnie przecenionej żywności. Promocje, reklama i zabiegi marketingowe związane z zakazem handlu w niedziele i tak skutecznie skłaniają klientów do robienia zakupów na zapas. Za sprawą przecen produktów z pilnymi terminami wolumeny koszyków i wózków powiększą się jeszcze bardziej. Część z tych nadmiernych zakupów wyląduje nie w garnku a w śmietniku, wracamy zatem do źródła problemu, który miał przecież zostać administracyjnie rozwiązany.

Z badań przeprowadzonych na zlecenie Tesco, sieci która przoduje w zapobieganiu wywożenia żywności na śmietnik, wynika, że aż 53% marnowanej w Polsce żywności pochodzi z gospodarstw domowych a aż 64% Polaków codziennie wyrzuca żywność do kosza. Te nieco enigmatyczne procenty da się przeliczyć na złotówki, konkretnie na 200 złotych wynoszonych na śmietnik przez polską rodzinę co miesiąc. Z kolei z badań przeprowadzonych na zlecenie Polskiej Federacji Banków Żywności wynika, że Polak najczęściej wyrzuca na śmietnik pieczywo, a to dziwi szczególnie, wszak w naszej kulturze chleb to pokarm symboliczny.

Wygląda więc na to, że marnowanie żywności to nie tyle kwestia podszytej rozrzutnością nieroztropności ile praktyczny zwyczaj, do tego silniejszy niż przywiązanie do wartości i tradycji. Tymczasem, jak pokazuje przykład zakazu handlu w niedziele, który jako ten cep miał szybko wymłócić grube pliki zagranicznego kapitału a jeszcze szybciej wymłócił kilkanaście tysięcy małych polskich przedsiębiorców, administracyjne regulowanie społecznych zwyczajów może być przeciwskuteczne do zamierzeń. Skoro jednak banki żywności z żywą niecierpliwością oczekują setek ton mięs, jaj i nabiału, którym kończy się przydatność, to można mieć nadzieję, że pewna część wywożonej dotąd na śmietnik żywności pomoże tym, którzy takiej pomocy potrzebują.

Tu dochodzimy jednak do potężnej kontrowersji, o której pisałem kilka lat temu, gdy ruszał obywatelski program rozmieszczania przy śmietnikach regałów z żywnością potencjalnie dającą się jeszcze zjeść, którą częstować mieli się potrzebujący. Niezależnie od szlachetnych intencji darczyńców śmietnikowy poczęstunek będzie trącił butwą, stygmatyzując tym samym obdarowanych, którzy oto muszą się posilać resztkami z pańskiego stołu przy kubłach na odpadki.

Przyśmietnikowe regały chyba się nie przyjęły ale wewnętrzna potrzeba zamożnych, aby bezkompromisowo przekazywać resztki uboższym wciąż ma się dobrze. W zaułkach miast pojawiły się różnej maści „jadłodzielnie”, z których da się korzystać dyskretniej niż z kontrowersyjnych regałów i które wydają się działać skuteczniej, być może właśnie ze względu na ich bardziej przemyślany modus operandi.

Niewykluczone, że już wkrótce z takich form pomocy będą zmuszone korzystać kolejne grupy konsumentów w potrzebie. W walce z obcym kapitałem wielkich sklepów zagranicznych sieci ma zostać zastosowany nowy oręż administracyjny, który spowoduje zanik sieciowych marek własnych. Eksperci już dziś szacują, że zajmujące ich miejsca klasyczne brandy spowodują zwyżkę cen produktów spożywczych od kilkunastu do ponad stu procent.

Jeśli tak, banki żywności, obywatelskie lodówki i społeczne jadłodzielnie działać będą nad Wisłą jeszcze długo. Byle jak najdalej od śmietników.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.