Wraz z nowymi obostrzeniami rośnie opór przeciw zakazowi handlu w niedzielę. Jednocześnie maleje liczba wiernych na mszach.

Człowiek ma to do siebie, że lubi, gdy coś mu się da, a protestuje, kiedy coś się mu odbiera. Nie trzeba zatem eksperta, aby zmiarkować, że ograniczanie wolności osobistej, jaką jest niczym nieskrępowane podejmowanie decyzji o formie spędzania niedzieli, w końcu wygeneruje społeczne ognisko zapalne i to niezależnie od szerokiego wachlarza prewencyjnie zastosowanych tu analgetyków – od pobudzania solidarnościowego współczucia dla udręczonych kasjerek po oddziaływania na ośrodkowy układ publicznego sromu, jakim jest niedzielne łażenie po sklepach.

OSTRE SPIĘCIE! Wilk nazwał związkowców „sukinsynami”. Wypowiedź o handlu w niedziele.

Zakaz handlu w niedziele sunie przez Polskę coraz szerszą falą a wszystko to mimo ostrzeżeń ekonomistów, za to z duchem słowa kościelnego i w imię związkowej ideologii, która kreśli nowe granice wolności obywatelskiej, jasno definiując, dla kogo ma być niedziela: dla Boga i rodziny! Od triumfu zakazu nad wolnością wkrótce minie rok, dobry to zatem moment, aby przyjrzeć się, czy hierarchowie i związkowcy mogą ogłaszać sukces.

Wieści nie są dobre i nawet jeśli Radio Maryja donosi, że liczba wiernych uczestniczących w niedzielnej mszy rośnie o 1,6%, to warto przyjrzeć się, w stosunku do czego Okazuje się, że porównane zostały wskaźniki z roku… 2017 do 2016, kiedy to przecież zakaz niedzielnego handlu postrzegany był jeszcze w kategoriach anegdoty. Tymczasem należałoby spojrzeć na dane z roku 2018, kiedy to wprowadzono kroczący zakaz niedzielnego handlu. Wówczas widać, że w stosunku do roku 2017, kiedy zakaz jeszcze nie obowiązywał, liczebność wiernych na mszach spadła i to aż o 3,6%!

Wspominam o tym, bo z dawna ukuty na polskiej prowincji niedzielny rytuał obejmuje rodzinną wizytę w świątyni suto powetowaną w dyskoncie, względnie wycieczką do miasta i spacerem po wielkomiejskim centrum handlowym. To ważne, bo polska prowincja to konserwatywny gwarant dobrej zmiany, który sam wie, kiedy ma zapalić świeczkę, a kiedy ogarek i zaczyna mu się nie podobać, że grupa lansujących się w telewizji prowincjonalnych wielkomieszczan ten rytuał burzy. Niedzielne wyjście albo wyjazd do galerii handlowej, w której można poobcować z nowoczesną materią, zjeść obiad, wypić kawę, przysiąść na lody i łyknąć kolorów po tygodniu szarości, to dla mniej zamożnych rodzin wygodny model spędzania niedziel, co zauważają nawet publicyści katoliccy. Kiedy zwykły człowiek ma sobie pojechać na rodzinną porcję köttbullar, jeśli nie w niedzielę? W tym świetle związkowe wyniesienie na transparent Boga i rodziny ma nikły sens, skoro miejsce i dla Boga, i dla rodziny jest w tej polskiej niedzieli już od dawna.

Doświadczenie pokazuje, że próby naruszania społecznej równowagi siłą nie wychodzą naruszającym na dobre. Spadające wskaźniki procentowego udziału Boga w polskiej niedzieli należy brać dziś jako sygnał jeśli nie alarmowy to przynajmniej ostrzegawczy. Dość powiedzieć, że wzmiankowane tu niekorzystne dla określonych gremiów tendencje odnoszą się do roku, w którym zakaz obowiązywał ledwie przez dziewięć miesięcy i to tylko w wybrane niedziele. W roku bieżącym obowiązuje już przez cały rok i to w prawie wszystkie niedziele poza ostatnią w miesiącu a od roku 2020 ma obowiązywać w niedziele wszystkie z małymi wyjątkami w okresach okołoświątecznych.

Ma obowiązywać – bo choć zapisano to już w ustawie, doniesienia z ostatnich dni wskazują, że wiele się tu może jeszcze zmienić. Oto pod koniec ubiegłego roku rozjuszeni nieznośną dla glorii związkowego zwycięstwa niesubordynacją pokonanych przedsiębiorców związkowcy jeszcze raz odświętnie wypomadowali wąsa i dosmażyli rodakom nowych ustawowych poprawek, w których przewidziano sprawną dysekcję handlowej żaby bez jej litościwego podgotowywania.

W jego efekcie zakaz handlu zaczynałby się w sobotę a kończył w poniedziałek, a część polskich rodzin zmuszona byłaby spotykać się ze sobą za sklepową ladą, tym samym będąc pozbawioną możliwości zinstytucjonalizowanego kontaktu z Bogiem. Nowe prawo zezwala bowiem na pracę w sklepie wyłącznie jego właścicielowi oraz wybranym przez związkowców członkom rodziny, do tego niezatrudnionym w ciągu tygodnia w tym sklepie oraz bez wynagrodzenia, a więc za darmo. Spod pociągniętych świeżą farbą wąsów zwycięsko sypią się kolejne zakazy – dla placówek pocztowych, dla salonów tytoniowych, dla kawiarni, dworców i centrów rozrywki. Bo nie będzie żadna podstępna żabka pluła działaczowi w jego związkowy wąs! A wszystko to w sytuacji, kiedy zakaz niedzielnego handlu nie zaczął jeszcze w pełni obowiązywać.

fot. Matheus Ferrero
fot. Matheus Ferrero

Tymczasem nowelizacja utknęła w czeluściach sejmowych komisji i zamrażarek. To zastanawiające, choć może nie aż tak bardzo, jeśli dodamy, iż niedawno na światło dzienne wypłynęły poufne, jak się zdaje, informacje z Biura Analiz Sejmowych – ciała doradczego, które opracowuje dane i formułuje zalecenia. Tym razem ostrzega nie tylko przed planowaną nowelizacją ustawy, ale też przed już obowiązującym ograniczeniom, zalecając powrót do obowiązującego w ubiegłym roku schematu dwóch handlowych niedziel w miesiącu.

Polski zakaz handlu w niedzielę jest paradoksalny i to nie tylko na tle nieudanego wprowadzenia go na Węgrzech, ale też w kontekście podejmowanych w Republice Czeskiej prób całkowitego uwolnienia handlu, także w święta. W Czechach handel w niedziele jest dozwolony, a batalia – zupełnie przeciwnie jak w Polsce – toczy się o umożliwienie ich otwarcia także w inne święta. Współczesny trend jest wszak taki, aby uwalniać handel a nie stawiać mu ograniczenia i to także w tych nielicznych krajach europejskich, gdzie niedzielny zakaz handlu jeszcze obowiązuje. Tam wiedzą, że z zakazem jest jak z chorobą – odczuwa się go dopiero, gdy się zmaterializuje. Z wolnością jest zaś jak ze zdrowiem – ten doceni, kto je stracił. Przypominam, bo tako prawił sam wieszcz. Nasz wieszcz.

Kolejne oblicza polskiego paradoksu to realny wpływ zakazu na drobny handel, który miał dzięki temu rozwinąć skrzydła. Napływające na bieżąco dane ekonomiczne wskazują, że tradycyjne polskie sklepy masowo upadają. Co więcej, upadać będą tysiące kolejnych, bo nie poradzą sobie z agresywną polityką cenową dyskontów, które dzięki megapromocjom w piątki i soboty skutecznie zasysają klientów. Pisałem o tym jeszcze przed wprowadzeniem zakazu handlu, przestrzegając, że czeka nas znana z Węgier rzeź małych sklepów. Nadeszła. Pisałem też i pod koniec minionego roku, kiedy było już jasne, że po niespełna roku obowiązywania zakazu już 15 tysięcy małych sklepikarzy rzeczywiście zamknęło swoje przybytki.

Poza ekonomicznymi skutkami kroczącego zakazu, które dotykają nie tylko małych sklepikarzy ale i gastronomów funkcjonujących w centrach handlowych, zaczyna się też wskazywać na realne skutki społeczne. Jak wskazują socjologowie, rodzinne wycieczki do galerii handlowych dla sporej części Polaków były okazją do zażycia jakiejś formy ruchu. Uniemożliwienie takich peregrynacji oznacza, że ci ludzie pozostaną w domach – przed telewizorami i przy komputerach. Ten trend już potwierdza szybki rozwój platform i aplikacji do zamawiania jedzenia z dowozem. Jak donosi Puls Biznesu, PizzaPortal.pl „tyje na niedzielach bez handlu”. A tyje przecież nie tylko on.

Najnowsze badania wskazują, że społeczne poparcie dla zakazu handlu w niedziele szybko spada. Według danych opublikowanych wczoraj, obecnie aż 71 procent Polaków jest przeciw zakazowi. Rządzący czytają statystyki i wyciągają z nich wnioski. W obliczu radykalizacji postaw wyborczych szeroko pojętej opozycji, które nie pozostaną bez wpływu na wskaźniki poparcia dla rządzących, sprawne zarządzanie zakazem handlu w niedziele, jakkolwiek dziś brzmiące kuriozalnie, może stać się jednym ze skutecznych narzędzi do takiej mobilizacji elektoratu, aby w wyborach zyskać odpowiednią przewagę.

Polityka to gra społeczna. Jeśli na konserwatywnych zapleczach dobrej zmiany słychać buczenie, należy zareagować i, podpierając się na przykład zaleceniami Biura Analiz Sejmowych, poluzować zakaz, dając ludowi chleba. Wówczas ten przyjdzie na igrzyska.

Człowiek ma to do siebie, że lubi, jak coś mu się da.

1 KOMENTARZ

  1. Polska to taki dziwny kraj, że tu ludzie SAMI NIE WIEDZĄ CZEGO CHCĄ, W WIĘKSZOŚCI PRZYPADKÓW RZĄDZI HIPOKRYZJA.
    Ja cały czas popieram ograniczenie handlu, nie zakaz, ale ograniczenie. Uważam, że handel powinien być ograniczony, nie tylko w niedziele, ale także i w sobotę. Co więcej powinno się w końcu skończyć z tym kultem materializmu i konsumpcjonizmu, ograniczyć zarówno czas pracy sklepów, ale firm w ogóle.
    Skoro ludzie nie mają czasu na zakupy, to niech zaczną krócej pracować. Polacy są najbardziej zapracowanym społeczeństwem w Europie, choć gospodarka należy do najgorszej rozwiniętych i najbardziej zacofanych.
    Jakoś nie widzę, by postępująca ateizacja i liberalizacja społeczeństwa przedkładała się na jego „nowoczesność”, polskie społeczeństwo uważam za jedno z najbardziej zacofanych i prymitywnych, jeśli chodzi o zachowania społeczne. W Polsce nie ma czegoś takiego jak Kapitał Społeczny, każdy działa na zasadzie „każdy sobie, rzepkę skrobie”. To oznacza, że wcale, dawanie Polakom więcej wolności, nie oznacza, że Polacy będą bardziej wolni. Będą bardziej głupi. Choć trudno to sobie wyobrazić, czy to durne społeczeństwo może być jeszcze bardziej zidiowaciałe.
    Jako ciekawostkę dodam, że statystyki nie kłamią, e-commerce korzysta na ograniczeniu handlu. A akurat e-commerce to dzisiaj ostatni bastion „polskości” w całkowicie zdominowanym przez obcy kapitał, sektorze retail.
    W kwestii wyborów to ja wyboru dokonam jak zawsze – najbardziej skrajna, antydemokratyczna i antyunijna opcja. Ani Lewica ani Prawica nie reprezentuje sobą dzisiaj, niczego, wartego uwagi.

    Oceń komentarz Dobre 0 Słabe 0

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.