Znudzeni kebabem w Szklarskiej Porębie? No to hop do pociągu i na czeskie knedliki!

Linia kolejowa numer 311 to jeden z najpiękniejszych górskich szlaków kolejowych na naszych ziemiach, z najwyżej w Polsce położoną stacją. To też pamiątka z zaborowej historii naszego kraju.

Łączącą Wałbrzych z Libercem Kolej Izerską budowano od 1888 r. do 1902 r., początkowo z myślą o przewozie węgla, drewna i szkła. Przewozy pasażerskie podjęto w roku 1920, kiedy to linia została zelektryfikowana i wyposażona w nowoczesne jak na owe czasy elektryczne składy. Podczas budowy Kolei Izerskiej ziemie polskie znajdowały się pod zaborami, a wytyczony dla niej szlak przebiegał przez obszar zaborów aż dwóch – pruskiego i austro-węgierskiego. Niezbędne było zatem stosowne porozumienie ponad zaborami, a jego zawarcie najlepiej świadczy o doniosłości i wadze tego połączenia dla regionu.

Plany rozwoju Kolei Izerskiej pokrzyżowała II Wojna Światowa, a ściślej nowy powojenny podział Europy, w wyniku którego na szlaku kolejowym narysowano granicę między Polską a Czechosłowacją. Skutkiem tego szlak został skrócony, tory w części przygranicznej częściowo rozebrano, a ostatnią stację po polskiej stronie ustalono w Szklarskiej Porębie. Ten stan trwał do roku 2010, kiedy to po mozolnych staraniach miłośników kolei i niezbędnych ustaleniach na szczeblach urzędowych, zaczęto przywracać szlak numer 311 pasażerom.

Dziś przejezdny jest już w całości. Odcinek polski od Jeleniej Góry do Szklarskiej Poręby obsługują elektryczne szynobusy Kolei Dolnośląskich z niewielkim wsparciem PolRegio i PKP Intercity, a odcinek czeski od Szklarskiej Poręby do Liberca – spalinowe szynobusy Kolei Czeskich.

Ja polski odcinek pokonałem pachnącym nowością rączym składem wagonowym PolRegio, obsługującym zaplanowane do Szlarskiej Poręby Górnej aż z Poznania, a więc z rozmachem dla operatora PolRegio, połączenie „Kamieńczyk”. Szybko, sprawnie i na czas, w wagonach bezprzedziałowych z lokomotywą na czele, z wydzielonymi sekcjami pierwszej klasy. Cztery minuty na przesiadkę okazały się dla mnie wystarczające, zwłaszcza że kierownik czeskiego składu cierpliwie oczekiwał na ostatniego marudera, czyli akurat na mnie, który zamiast przejść z jednej strony peronu na drugi, wszedł do budynku dworca i dopiero tam, od zażywnej jejmościni sprzątającej, dowiedział się, że musi wrócić, skąd się wziął i to szybko, bo skład czeka!

Podróż między Szklarską Porębą a Harrachovem to atrakcja sama w sobie. Linia pnie się malowniczo między smrekami, spomiędzy których migają malownicze górskie widoczki, a całości uroku dodają rozpraszane przez pędzący pociąg śnieżne tumany. Po dwudziestu minutach postawiłem nogę w Harrachovie, a właściwie na stacji kolejowej Harrachov, która oddalona jest od samego miasteczka o dobre trzy kilometry, niejako „wisząc” dobre kilkaset metrów nad nim. Między skądinąd urokliwą stacją, wyposażoną w wygodną poczekalnię i przytulną dworcową knajpkę, kursuje bus miejskiej komunikacji, którego rozkład jazdy skorelowano z kolejowym, dzięki czemu w ciągu pięciu minut jesteśmy w samym sercu czeskiego kurortu.

Harrachov to mekka dla narciarzy, jest gdzie poszusować ale i na co popatrzeć. Nad miasteczkiem góruje ogromna skocznia, a więc przy odrobinie szczęścia można posłyszeć świst przelatującego nisko nad głową rozpędzonego na skoczni narciarza. Nie wiem, czy skoczkowie przecinali nieboskłon też podczas mojego pobytu, bo całą energię postrzegania skierowałem ku rodzinnej gospodzie U Dvou kocourů, którą prowadzą Eliška i Martin Tvarůžkovi, gdzie zamierzałem zatrzymać się na kolację.

Dotarłem tam całkiem sprawnie i, wzrokiem omiótłszy z uznaniem solidnie wykonaną drewnianą konstrukcję, wszedłem do rozświetlonej ciepłym blaskiem kominka sali. Za barem uwijał się zwinny Czech, który sprawnie zapełniał pokale piwem ze Svijanskiego browaru. Po sali przemykały dwie równe zwinne Czeszki, które sprawnie przenosiły misternie ułożone na tacach wieże z talerzy.

Poszedłem za radą kelnerki i do przystawki – porcji długo pieczonego boczku na zimno z chrzanem, marynatami i chlebem – zamówiłem piwo mieszane, czyli jasne i ciemne w jednym kuflu.

Co prawda dzięki tej operacji nie byłem w stanie ustalić obiektywnej jakości ani jasnego, ani ciemnego, ale za to miałem wyraźny obraz mieszanki, na który grzech by było narzekać. Nie jestem może specjalnym fanem wieprzowych tłustości, ale umiem docenić wprawną rękę wędzarnika, a jeśli pamięta o dobrej jakości chrzanie, to doceniam w dwójnasób. Chrzan tu podany sprawiał wrażenie tartego w kuchni i wespół z boczkiem, choć zimnym, doskonale rozgrzał mnie po zimowych szarugach.

Jídelní lístek na pierwsze polecał między innymi Krkonošské kyselo – karkonoską kwaśnicę. Zaciekawiło mnie to kyselo, a gdy postawiono przede mną talerz, jego zawartość mi świadkiem, iż kyselo Czesi robią przednie. Ich kwaśnica nie jest tłusta i nie emanuje wędzonką, za to jest dobrze kwaśna, miło pierna i rozkosznie grzybowa. Na zimne dni trudno wyobrazić sobie coś równie dobrego.

Moim daniem głównym w Harrachovie miały być knedliki i były, choć w zestawie, który sobie wybrałem, figurowały miast nich bramborové špalíčky, a więc czeska odpowiedź na polskie kopytka. A wybrałem sobie zestaw z kasslerem znanym też i w Polsce, i w Niemczech, a w Czechach występującym jako uzená krkovice – regionalne danie kuchni karkonoskiej. Kassler jako taki to plastry wędzonej a następnie parzonej karkówki, podawanej w Polsce w zawiesistym sosie własnym z kartoflami z wody, w Niemczech na duszonym jarmużu z ziemniakami zasmażanymi, a w Czechach z sosem śliwkowym i kopytkami. Skoro jednak zażądałem knedlików, kopytka zostały na nie wymienione bez problemu i już po krótkiej chwili raczyłem się kolejną w moich kulinarnych doświadczeniach odsłoną kasslera. Powiadam wam, iż rzecz warta wycieczki.

Opróżniwszy talerze i kufle, pełen czeskiego dobra dotoczyłem się do sklepiku z winem, w którym zaopatrzyłem się w stosowne zapasy, w tym kilka butelek świeżego wina prosto z beczki nalewanego do lekkich, a więc poręcznych w podróży, plastikowych butelek. Zapakowałem wszystko do walizki i podjąłem spacer ku przystankowi miejskiej komunikacji, skąd bus wywiózł mnie hen, wysoko w górę, aż do stacji kolejowej.

Busem jechałem szczęśliwy, zupełnie nie przejmując się wypełnioną butelkami pękatą walizką, wszak ze Szklarskiej Poręby miałem się odprawić nocnym składem z wagonem sypialnym. Skoro tak, mogłem sobie nabrać morawskiego wina, ile tylko chciałem.

I taka podróż to mi się podoba!

1 KOMENTARZ

  1. Bardzo fajna relacja ale było by super jakbyś napisał ile mniej więcej kosztuje bilet tym busem z dworca do centrum miasteczka oraz jaka to jest linia i gdzie (na jakim przystanku) wysiadałeś. Sam chce się wybrać na taką wycieczkę ale ze względu na ograniczony czas zamiast piechotą chcę z dworca podjechać autobusem aby zaoszczędzić godzinkę pieszo…

    Oceń komentarz Dobre 0 Słabe 0

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.