Hotel, który nie ma okien, musi mieć coś innego, skoro dano mu aż cztery gwiazdki.

Na pierwszy rzut oka rzecz wydaje się ordynarnie podstępna – ot, ktoś wydumał sobie, że tanim kosztem zostanie rentierem i w gęstej miejskiej zabudowie upchnął tani hostel. Budżetowe rozwiązania polegające na prostym mechanizmie pomieszczenia jak największej liczby ciał w jak najmniejszej kubaturze, co przekłada się na korzystny współczynnik osobometra na głowodolara, od zawsze traktuję z obrzydzeniem i pogardą. Nie mogę inaczej, skoro opiewam istotę goszczenia, którą jest sprawianie goszczonemu takich warunków, w których goszczący sam chciałby przebywać. A skoro obiekt nie ma okien, do tego zajmuje przestrzeń piwniczną biurowca przy ruchliwej ulicy, to nie może być inaczej. Tymczasem w Sztokholmie inaczej być może i zdecydowanie jest!

Wiem, że Szwedzi bywają dziwni i lubią ten stan. Ja też. Wiem też, że Szwedzi cenią sobie autentyczność, rzetelność a do tego komfort. Też tak jak ja. Wszystko to zatem dobrze rezonuje z moimi oczekiwaniami a do tego dowodzi mojego domniemanego pochodzenia od Gotów – jeszcze nieudowodnionego, ale wszystko w swoim czasie!

Jako zatem prawdziwy acz domniemany wciąż Got dotarłem do Sztokholmu w spokoju i z powagą, czyli koleją, a dokładniej klasycznym czarnym składem kolei szwedzkich SJ. Miejsce w wagonie pierwszej klasy zapewniło mi podróż wygodną, a szybka lokomotywa – sprawną przeprawę. Choć peregrynacja jawiła się miłą, stopę na dworcu postawiłem chętnie, bo i sam obiekt zasługuje na uznanie – klasyczny acz starannie utrzymany, jest gdzie usiąść, co przekąsić i czym popić.

Dotarcie z dworca do hotelu zajęło mi nie więcej niż kwadrans, choć mogło i mniej, wszak po drodze wstąpiłem jeszcze do sklepu Systembolaget, bo do establishmentów tej sieci lepiej się nie spóźniać, w przeciwnym razie wieczór przychodzi spędzać przy kubku julmustu z moroszką. Moja przezorność okazała się jednak nadmierna, bo gdy zbliżyłem się do skrzyżowania, za którym zamajaczył napis „Hotel with Urban Deli”, okazało się, że przeszywam wzrokiem potężne witryny, za którymi pysznią się wszelkie dobra skandynawskiego świata. Ciekawe, czy mają też julmust z moroszką? Zaraz to sprawdzę, tylko się zamelduję!

Hotel with Urban Deli to bowiem nowatorski koncept gastronomiczno-hotelowy, a przy tym jeden z najgorętszych adresów w Sztokholmie. Składa się z niedużego supermarketu z bogatym zaopatrzeniem w produkty z rodziny organic, tętniącego do późnych godzin baru, i wziętej restauracji. Zakupione na miejscu wiktuały można sobie od razu zjeść przy wystawionym w hotelowej recepcji stoliku, uprzednio je podgrzawszy w publicznie udostępnionej mikrofalówce, o ile takowe uzna się za licujące. Na dachu budynku zaaranżowano zaś miejski ogród, pośród którego funkcjonuje bar.

Rozmiar i rozmach oferty gastronomicznej powoduje, że przestrzeń Urban Deli tętni życiem od rana do nocy, a stoliki zajmują wcale nie goście ulokowanego pod nogami biesiadników hotelu, który w rzeczy samej sprawia wrażenie dyskretnie skrytego, a sami sztokholmczycy, którzy wpadają tu na brunch, kolację albo drinka – latem chętnie na dachu, skąd rozpościera się widok na miasto. Wielkomiejski gwar barowo-restauracyjny budowany jest tu na bardzo dobrej ofercie kulinarnej, której część zasadniczą stanowi wypiekane na miejscu pieczywo oraz dojrzewająca na oczach gości wołowina, z której na bieżąco wykrawa się słuszne kawałki na steki.

Wszystko to uznano za potencjalnie niewystarczające dla wymagającego gościa hotelu, któremu brak okien w pokojach rekompensuje się poziomem komfortu. Oto na jednej ze ścian wisi ogromny telewizor wyposażony w potężny soundbar. Dzięki temu w czterech hotelowych ścianach można poczuć się jak w całkiem niezłym studio odsłuchowym, o ile podkręci się potencjometr. A ten podkręcać można bez obaw i to nawet w środku nocy, bo wszystkie pokoje są tu dźwiękoszczelne. Nie tylko nie wychodzi zeń żadna niepożądana fala dźwiękowa ale też nie dociera tu żaden nieproszony promień słońca. Tak oto cechę potencjalnie negatywną przekuto w kinetycznie pozytywną.

Śpi się w takich warunkach nadzwyczaj dobrze. Jest cicho i ciemno, choć goście pożądający ciemności całkowitej będą narzekać, bo zmyślny architekt poprowadził pod łóżkiem grubą kreskę nocnego światła, aby gość nie pobłądził w mroku do łazienki, a fluorescencyjne znaki ewakuacyjne na ścianach świecą jak emanujące wścieklizną lisie ślepia. Ja maniakiem totalnej ciemności nie jestem i lekkie nocne doświetlenie zupełnie mi nie przeszkadzało. Nic nie miałem też przeciwko osobliwie zaprojektowanemu połączeniu pokoju z łazienką, które stanowiła gruba szyba i nic ponadto. Jeśli komuś to przeszkadza, to sam sobie winien – po co sprowadza do pokoju osoby postronne lub niezaufane?

Jeśli miałbym się czegoś przyczepić, to stylistyki wykończenia, nieco inspirowanej sznytem industrialnym, z którym nigdy nie było mi po drodze. Ale to jest Szwecja i powyginane czarne rurki hydrauliczne mogą tu pełnić funkcję zarówno wieszaka jak i lampki i nikomu, kto nie jest Gotem, nic do tego. A że ja najprawdopodobniej jestem, toteż wtrącam się awansem.

Spać zatem, chrapać do woli i nie narzekać, zwłaszcza że po udanej nocy przychodzi czas na śniadanie. To po nim poznacie dobry hotel, a skoro w Urban Deli śniadanie było niezłe, toteż i hotel za taki należy uznać. Może i powinienem powiedzieć, że śniadanie było doskonałe, ale bezmleczne jogurty, bezglutenowe babeczki czy goji, chia i wszelkiej maści ich pokrewność, zupełnie mnie nie interesują. Zjadłem za to dobre kiełbaski, gravlaxa, słodkie wafle i jakieś ciastko, do tego napiłem się uczciwej szwedzkiej kawy. Narzekać nie mogę.

Posilony i wzmocniony, wydaliłem się z hotelu, prezentując gotowość do zakupów. Akurat przypadała niedziela, czyli dzień w Szwecji, królestwie wolności, wolny od zakazu. Doskonała to zatem okazja, aby zaopatrzyć się w zapas kawy, marcepanów i gravlaxa.

Och, ten ich gravlax…

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.