Moja europejska odyseja kolejowa

Jaki jest sens podróży z Włoch do Polski koleją? Taki sam jak sens filozofii slow food, której Włochy są zarzewiem.

Przyznam, że skorzystałem z okazji, bo miałem i sposobność goszczenia w Piemoncie i dość dużo czasu, wybrać się koleją. Na podróż na znacznym dystansie można sobie pozwolić wyłącznie wówczas, jeśli ma się dość czasu. To właściwie jedyny warunek wstępny i choć rozumiem, że dla niektórych może to być decydujący minus, to poza nim w mojej kolejowej wyprawie przez Europę widzę wyłącznie plusy.

Dworzec, Bra

Dworzec, Bra

Moją podróż rozpoczynam w małym piemonckim miasteczku Bra, ojczyźnie światowego ruchu Slow Food. To tu właśnie mieszka jego założyciel, to stąd idea zaczęła rozprzestrzeniać się na cały świat, to wreszcie tu odbywają się wielkie święta sera.

Cappucino na dworcu, Bra

Cappucino na dworcu, Bra

Na małej stacji jest poczekalnia, kasa i podróżny bar. Wypiłem w nim doskonałe jak na dworcowe warunki cappuccino. Pora sprzyjała, bo zbliżała się 8:30, a rankiem Włosi pijają kawy mleczne. Zdążyłem odstawić filiżankę i przejść na peron, gdy na tor żwawym tempem wtoczył się mój skład. Dziś już i na polskich regionalnych szlakach kursują podobne – bezprzedziałowy szynobus włoskich kolei państwowych Trenitalia z całkiem wygodnymi fotelami.

 

Bilety kolejowe można we Włoszech kupić przez internet, ale na stacji w Bra funkcjonuje też staromodna kasa z wielkim, sięgającym sufitu i elegancko zdobionym oknem, za którym urzęduje tradycyjny kolejowy kasjer. Z klientami komunikuje się przez przytwierdzony po swojej stronie szyby mikrofon i mały głośniczek wiszący po stronie konsumenckiej. Takie samo rozwiązanie pamiętam i z naszych stacji. Dziś te głośniczki zdają się być u nas albo mocno zminiaturyzowane albo dobrze ukryte, w każdym razie na polskich dworcach nadszedł kres ostentacji w ich eksponowaniu.

Bilet z Bra

Bilet z Bra

Z Bra dojeżdżam do Torino Porta Suza, nowoczesnej turyńskiej stacji przesiadkowej, na której oczekuję na połączenie do Mediolanu, skąd do Zurychu zabierze mnie następca transalpejskiej kolei Cisaplino, abym stamtąd mógł udać się do Berlina i dalej do Polski. W przeszklonej dworcowej kawiarni wypijam kolejną kawę i zjadam słodki rogalik. Ruchomymi schodami zjeżdżam na podziemny peron i z wypiekami na policzkach oczekuję na pociąg.

Ma to być włoski superpociąg Italo, burgundowo-złoty wąż z wagonami kilku różnych klas podróży. Poza znaną nam aż nadto dobrze klasą drugą z czterema siedzeniami w rzędzie tapicerowanymi tkaniną i oddzielonymi przejściem pośrodku, Italo ma jeszcze klasę Prima, odpowiednik naszej klasy pierwszej pojedynczymi fotelami standardu pierwszej klasy po jednej stronie wagonu i podwójnymi po drugiej oraz dwa dodatkowe warianty klasy Club Executive. We wszystkich wariantach klasy pierwszej fotele są skórzane, przy czym te klasy Club Executive są obite grubiej i bardziej manierycznie. Kilka miejsc wyizolowano od reszty składu i zamknięto je w czteroosobowe przedziały Salotto ze znacznie powiększonymi fotelami, które można elektrycznie regulować, aby na przykład skorzystać z masażu.

 

Italo to przedsięwzięcie prywatne i jako takie konkuruje z państwowymi kolejami Trenitalia, które także oferują przejazdy superszybkimi pociągami. Ich najnowszy model nazwano Freccia Rossa 1000. Kursuje na wybranych trasach, rozwija prędkość do 300 km/h i także prowadzi wagon z podwyższona klasą pierwszą oraz salonikami, a do tego oferuje nawet salkę konferencyjną. Freccia Rossa 1000 wykorzystuje znane z polskich szlaków pociągi Pendolino, ale gwoli ścisłości należy dodać, że to już następca następcy polskiej wersji. W drodze do Bra miałem okazję przejechać się takim. Skórzany fotel miło otulał moje ciało, a podróż upłynęła mi komfortowo, cicho i szybko.

 

Teraz, na podziemnym peronie w Turynie oczekiwałem na prywatnego konkurenta Freccia Rossa. Ten nadjechał o czasie i wyruszył bez opóźnień i z prędkością sięgającą 300 km/h dowiózł mnie sprawnie do Mediolanu. Konkurujące ze sobą składy są w oczywisty sposób różne, ale nie jestem w stanie jednoznacznie określić, który jest lepszy. Jednak gdybym miał wybierać ponownie i tylko raz, pewnie zdecydowałbym się na Freccia Rossa, bo prowadzi on wagon restauracyjny, którego w Italo brak. Są tu tylko szafki z przekąskami dostępnymi za monety, ale co to za wada, skoro dystans 200 kilometrów pokonuje się w niespełna godzinę. Za krótko, by zgłodnieć.

Zresztą kto by chciał czekać na klopsiki w pędzącym trzysta na godzinę wagonie restauracyjnym, skoro już za chwilę Mediolan i jego zapierający dech w piersiach przepiękny, klasyczny dworzec kolejowy. Mnóstwo tu okazji na przekąskę, a kilka kawiarenek i kafeterii ma nawet stoliki wychodzące na przeddworcowy plac. Można się zatem napić lemoniady i zjeść przekąskę, odprężając się na świeżym powietrzu.

Panzerra cannolo

Panzerra cannolo

Miałem trzy kwadranse, postanowiłem więc zasiąść w dwóch najstarszych dworcowych kawiarniach – Cafe Panzera i Cafe Motta. W jednej zamówiłem kawę i sycylijskie cannolo, a w drugiej trójwarstwowe tramezzino z warzywami, tuńczykiem i serem robiola. W witrynie wyglądało niewinnie, dopiero na talerzu okazało się tak duże, że połowę musiałem zabrać ze sobą do pociągu. I to wszystko za jakieś dwa euro! Pokażcie mi lotnisko, na który da się zjeść cokolwiek za takie pieniądze. O stoliki na świeżym powietrzu nawet nie pytam, bo nie chcę wyjść na ignoranta-nielota.

Z wielkim pakunkiem w dłoni podążyłem zatem do części odjazdów, do której w Mediolanie wstęp mają wyłącznie pasażerowie z ważnymi biletami. Może i dobrze, bo dzięki temu najbardziej zatłoczona część hallu pozostaje za przeszklonymi drzwiami, a pasażerowie udający się na pociąg nie muszą przepychać się w tłumie. Podróż do Zurychu miałem odbyć składem włoskich kolei państwowych, które zastąpiły na tym szlaku skompromitowaną spółkę Cisalpino znaną z tego, że jej pociągi albo potwornie się spóźniały, albo odmawiały posłuszeństwa po drodze, albo w ogóle nie wyjeżdżały. Składy, które okryły tę kolejową spółkę tak złą sławą i ostatecznie doprowadziły do likwidacji przewozów to pierwowzory kursujących też u nas ETR610 zwanych potocznie Pendolino (wahadełko) drugiej generacji. Nazwano je tak ze względu na nowoczesną na owe czasy technologię wychylnego pudła, które miało pozwalać na szybkie pokonywanie licznych alpejskich zakrętów. Początkowo nawet się wychylało, ale część podróżnych takie wychylanie przyprawiało o migreny, a część o furię – wtedy, gdy z niewiadomych przyczyn zamiast jechać, stało. Zauważyłem, że co drugi skład funkcjonującego dziś na tym odcinku połączenia wciąż stanowią zmanierowane składy ETR470, więc tak zarezerwowałem bilet, aby na nie przypadkiem nie natrafić. Zbyt dużo miałem do stracenia w Zurychu – nocne połączenie do Berlina w wagonie sypialnym!

Eskpres Mediolan-Zurych

Ekspres Mediolan-Zurych

Przez Alpy przejechałem zatem bliźniaczym do polskiego, choć pomalowanym w biało-czerwone barwy włoskich kolei państwowych, Pendolino drugiej generacji i choć spóźniło się ono  na starcie aż o dwadzieścia minut, do Zurychu dojechało o czasie. Ale cóż to była za podróż! Alpejskie doliny, ośnieżone szczyty, polodowcowe jeziora i słynne górskie kurorty i miasteczka – Lugano, Bellinzona, Zug – a wszystko w zasięgu wzroku, tuż za oknem pociągu. Trochę jak w bajce, czyż nie? No i jeszcze Orient Express, który udało mi się spotkać po drugiej stronie peronu na stacji w Chiasso! Niebywałe! Pokażcie mi zdjęcia z podróży lotniczej, która daje choć namiastkę tych wrażeń!

Zurych też niczego sobie, naturalnie! Podobnie jak w Mediolanie, także dworzec w Zurychu imponuje rozmachem i ponadczasową funkcjonalnością. Oba dworce zbudowano według schematu czołowego, dzięki czemu wszystkie tory kończą się i zaczynają na jednym poziomie, nie trzeba więc biegać po schodach ani przechodzić przez tunele. Z pociągu wychodzi się jak z tramwaju i to od razu na ulice starego miasta. Cudowne!

Cztery godziny postoju w Zurychu spędziłem zatem na starówce. Skorzystałem z okazji, żeby spróbować sławnych deserów jednej z najstarszych zurychskich kawiarni Schober. Byłem ciekaw, jak smakuje oryginalna crema i prawdziwa szwajcarska czekolada. Teraz już wiem, a torcików z migdałami, czekoladą i płatkami złota nigdy nie zapomnę. No i jeszcze Sprungli – dworcowe delikatesy ze słodyczami. Coś niewiarygodnego! Po długim namyśle przed niezliczonymi wersjami pralin, trufli, marcepanów, kandyzowanych owoców i czekolad, a przede wszystkim makaroników, zrobiłem zapasy i pełen wrażeń podążyłem ku ogromnej dworcowej Brasserie Federal. Wysoki sufit i imponujące łuki skrywały pieczeń cielęcą, rosti i lokalne piwo. Tuż obok, na samym środku dworcowej hali, rozgrywał się nawet cały festiwal piwa. Na takim dworcu mógłbym siedzieć godzinami. Coś pięknego!

Zurych Skład CNL (nocny)

Zurych, Skład CNL (nocny)

Nieuchronnie nadszedł jednak wieczór, więc musiałem się w końcu przemieścić do odległego o jakieś sto metrów składu nocnego pociągu niemieckich kolei Deutsche Bahn, który otwierała wypielęgnowana szwajcarska lokomotywa. Po krótkiej, acz jakże miłej, konwersacji z zażywnym stewardem, zająłem miejsce w mojej sypialnej jedynce. Spałem, a jakże! Było całkiem wygodnie, bo niemieckie wagony mają znacznie bardziej miękkie materace niż nasze. Zresztą ogrom wrażeń błyskawicznie ściął mnie z nóg. Tylko raz na jakiś czas podnosiłem oko, choćby po to, żeby zerknąć na skąpany w złotym świetle peronowych lamp opustoszały dworzec w Bazylei.

Zurych-Berlin, DB Frühstück packett

Zurych-Berlin, DB Frühstückspackett

Rano obudził mnie brzęczyk śniadaniowy. Po chwili pojawił się steward, wręczył mi czarną kawę i śniadaniowe pudełko. Lubię Deutsche Bahn za te śniadania i choć to proste przekąski pakowane w małe, podróżne porcje, to jakże to różne od upiornego rogalika podawanego w polskich wagonach sypialnych. No i ta gorąca kawa! Wyśmienita!

Dzień w Berlinie rozpocząłem zatem w doskonałym humorze, a że rozkład jazdy kazał mi czekać na kolejną przesiadkę na dworcu wschodnim, toteż postanowiłem w wolnej chwili zbadać jego okolice. O ile na samym dworcu aż roi się od kuszących oko przekąsek przeróżnego autoramentu, to na zapleczu budynku, w zasadzie pod mostem, kryje się kameralne bistro, do którego podróżni już nie zaglądają. Zachodzą tam za to miejscowi – na kawę, bułkę z metką, sznytkę z makrelą albo kromkę z pastą jajeczną, a wszystko tu świetne i tanie – euro lub dwa. Doskonale!

IC Błyskawica, kanapka, cydr

IC Błyskawica, kanapka, cydr

Berlin Ost to już prawie jak dom. Stamtąd raz, dwa i już Poznań, krótka chwila na ponoć ekologiczną kanapkę z zaskakujących rozmiarów klocem poznańskiego pasztetu, potem kawa i bułeczka w Le Crobag no i IC Błyskawica Wrocław-Gdynia, a w nim żurek, kanapka z kurczakiem i cydr.

Odjazd!

O mojej transeuropejskiej podróży koleją w Włoch do Polski opowiem szerzej w najbliższej audycji Krytyk Kulinarny w JemRadio w środę od 20.00 do 22.00. Będę się łączył z wami z czterech różnych pociągów – regionalnego z Bra do Turynu, superszybkiego z Turynu do Mediolanu, ekspresu aplesjkiego z Mediolanu do Zurychu oraz City Night Line z Zurychu do Berlina. Po podróży spotkam się z Panem Makarym, z którym najpierw napiję się prosecco, a potem omówimy casus sześciu nadpsutych jajec. Na premierę zapraszam w środę od 20.00 do 22.00, a na powtórki w kolejne dni tygodnia według ramówki JemRadia dostępnej na radiowym Fanpage. Jak odbierać JemRadio, dowiesz się na www.jemradio.pl

, , , , , , ,

Jeden komentarz do wpisu Moja europejska odyseja kolejowa

  1. Patrycja Migowska 16 maja 2016 at 18:39 #

    Pięknie 🙂

    Oceń komentarz Dobre 1 Słabe 0

Dodaj komentarz

Przeczytaj poprzedni wpis:
Deko eko

Wczoraj w koszyku z wyprzedażami w Tesco zauważyłem mąkę żytnią „eko” przecenioną z 10 zł na 5. Nie dałem wiary,...

Zamknij