Jak restauratorzy miażdżą społecznościowych recenzentów

Denerwuje mnie życie, to sobie coś skrytykuję – myśli frustrat. Takich jak on są tysiące, a owoców ich pracy krocie więcej. Chamstwo, hejt i hienizm kwitną w najlepsze ale bezkarność powoli się kończy.

fot. Steve Baker

fot. Steve Baker

Gdzie te czasy, kiedy z pietyzmem otwierało się pachnącą farbą drukarską gazetę i z zapartym tchem śledziło rzadkie acz pociągnięte wprawnym piórem recenzje znanych krytyków? Dziś od recenzowania jest internet, który zrobił miejsce blogom, choć ostatnio te zaczynają tracić na znaczeniu na rzecz superegalitarnych platform społecznościowych, na których opinię nacechowaną poradą może zamieścić każdy, z czego w przytłaczającej większości korzystają różnej maści dyletanci, socjopaci i frustraci.

Internet jest dobry, a portal społecznościowy jeszcze lepszy, bo można w nim napaskudzić cokolwiek, na każdego i to zupełnie za darmo. Nie trzeba mieć serwera, nie trzeba wykupić domeny, nawet witryny nie trzeba umieć złożyć, bo wszystko jest gotowe tu i teraz, a do tego zachęca – podziel się opinią! Nic dziwnego, że wielu się dzieli, bo nie ma nic lepszego na ból życia niż oplucie kogoś lepszego od siebie. Co prawda kiedyś za zelżenie króla szło się na szafot, ale dziś nie ma już króla, jest społeczność, status w niej osiąga się za pozowanie na trybuna. Czy to nie cudowne?

fot. Sarah Deer

fot. Sarah Deer

Zastanawiałem się ostatnio, jak długo taki stan rzeczy będzie trwać i oto jest odpowiedź, a nawet kilka pod rząd. Stosunkowo niedawno światem wirtualnym wstrząsnęła sensacyjna nowina, że francuski sąd skazał na karę grzywny blogerkę, która obsmarowała pizzerię. Pizzera mała to i obsmarować nie sztuka, jednak sprawa została zbadana a konsekwencje wyciągnięte. Koszt: dwa tysiące euro.

Wirtualny świat zawrzał, na transparentach wypisując hasła o wolności słowa, która miała rzekomo zostać naruszona i to w kraju słynącym z tej wolności. Już wkrótce wrzawa miała okazję podnieść się ponownie, bo po raz kolejny przyłapano gagatka, tym razem użytkownika jednego z popularnych platform podróżniczych, który tak spieszył się z poinformowaniem świata, co i gdzie mu nie smakowało, że opinię popełnił zanim restauracja, którą opisywał, zdążyła się otworzyć. Łajdaka znaleziono bez trudu, sprawa trafiła do sądu i skończyła się kwotą 8 tysięcy euro grzywny i kosztów sądowych.

Od tego czasu częściej słychać o restauratorach, którzy podejmują walkę z hejtem w sieci, co mogłoby oznaczać, że kończy się tolerowanie recenzenckiego chamstwa. Świadczy o tym przykład Sugo Kitchen, małego brytyjskiego bistro, które zostało zrównane z ziemią w druzgocącej recenzji jednej z użytkowniczek konta na popularnym portalu podróżniczym. Nie podobało się jej, że pod koniec czasu, na który stolik został zarezerwowany, kelner dyskretnie zasygnalizował, iż przewidziane dla tego towarzystwa 90 minut niedługo się zakończy, oferując na koniec kawę. Piętnaście minut na wypicie kawy rozsierdziło uczestniczkę kolacji na tyle, że choć za obsługę i jedzenie przyznała lokalowi wysokie noty, w recenzji ogłosiła, że podane jej przekąski i dania tak naprawdę były bardzo przeciętne i sama zrobiłaby je lepiej w domu, dodając, iż limitowanie gościom czasu jest impertynencją wielkiego kalibru. Restaurator postanowił odpowiedzieć i wyjaśnić, że dysponując zaledwie czterema stolikami musi zarządzać nimi na tyle efektywnie, aby zarobić na czynsz, utrzymać swoich pracowników i siebie. Nie da się tego zrobić, jeśli gość, taki jak ta recenzentka, na całą kolację zamówi kawałek bruschetty na cztery osoby i to niezależnie od tego, że przy stoliku siedzi oburzona dama, głośno powołująca się na sali na bycie żoną radnego dzielnicy. Choć przeciętność dań, którym załoga poświęca całe swoje serce, energię i czas restaurator uznał za zarzut poniżej poziomu, dodał, że chętnie pojawi się w domu recenzentki, aby móc doświadczyć owoców jej kunsztu.

Kilka dni temu na krytyczną recenzję w sieci zareagowali właściciele innej małej brytyjskiej restauracji Bennett’s, którą niezadowolona Brytyjka oskarżyła o nieuprzejmość i zdzierstwo. Jako donosiła w rozemocjonowanej recenzji, właściciel był nieuprzejmy, a kelner policzył jej 2 £ za szklankę wrzątku. Zbulwersowana, dociekała, jak to możliwe, że gorąca woda jest w tym lokalu droższa niż ciastko, za które – co widziała na własne oczy – ktoś zapłacił tylko 1,9 £? Restaurator postanowił cierpliwie wyjaśnić miłośniczce wrzątku, jakie kroki po kolei musi wykonać kelner, aby dostarczyć jej ten wrzątek do stolika i jakie są koszty takiej operacji. Dodał, że jego szorstka postawa podczas bezpośredniej wymiany zdań z autorką recenzji przy stoliku motywowana była przeświadczeniem, iżby mogła ona wykazać się aż takim brakiem doń szacunku, że zakładała możliwość obsłużenia jej za darmo.

Prztyczkiem w nos zakończyła się też lakoniczna, acz wyraźnie negatywna recenzja nowojorskiej speluny, dokładnie tak określonej w portalu gastronomicznym, na którym recenzję zamieszczono. Jej autorką okazała się smakoszka, której nie odpowiadał ani charakter miejsca, ani podawane tam jedzenie. W opublikowanym pod recenzją wyjaśnieniu właściciel lokalu zaznaczył swoje zdziwienie, że krytyczną recenzję otrzymał za coś, czego nawet nie obiecywał. Powołał się na widniejący tuż obok recenzji opis lokalu, który głosi wprost, że typ lokalu to głośna speluna. Nikt w tym opisie nie obiecywał zatem ani intymnej atmosfery, ani nietuzinkowego menu. Co więcej, właściciel baru zaznaczył, że podając piwo, drinki i proste przekąski w niezobowiązującej atmosferze, zadowala się najniższą ceną w okolicy. Recenzentce, która jego barowi przyznała jedną gwiazdkę na pięć, także i on nadał jedną gwiazdkę za to, że cechuje ją brak umiejętności dobierania sobie lokali do własnych upodobań. W swojej reakcji nie był jednak aż tak zgryźliwy, bo jednak zaproponował, że do jednej gwiazdki doda kolejne, jeśli niezadowolona z wizyty recenzentka zdecyduje się wpaść do jego baru ponownie i porozmawiać przy piwie.

fot. Windell Oskay

Tesla. Samochód nie dla każdego / fot. Windell Oskay

Kilka powyższych przykładów może bawić, choć finansiście, który z udręki złej obsługi, jakiej doświadcza na co dzień podczas różnorakich zakupów, postanowi sklecić blog, z pewnością nie było do śmiechu, gdy w reakcji na negatywną opinię na temat jedzenia podczas oficjalnej prezentacji nowego modelu samochodu Tesla, zarząd firmy anulował zamówienie. Zaskoczony rozwojem wypadków bloger naraził się samemu prezesowi Tesli, który na swoim koncie społecznościowym określił gościa oficjalnej prezentacji mianem superordynarnego klienta i osobiście anulował jego zamówienie na nowy model samochodu, na który ten oczekiwał. Co ciekawe, pod informacją na ten temat można znaleźć sporo komentarzy popierających decyzję prezesa. Wielu komentatorów stanęło po stronie firmy, która w obronie dobrego imienia postanowiła, że mniejszą szkodę marce wyrządzi jej klient potencjalny niż rzeczywisty.

Tyle ze świata, w Polsce póki co spokój. Ale czy jeszcze długo?

Więcej na temat coraz częstszych reakcji restauratorów na nieprzychylne recenzje w internecie w mojej najbliższej audycji Krytyk Kulinarny w JemRadio. Ci, którym znudziły się restauracje, albo uskarżają się na brak restauracyjnych ofert w ich okolicy, polecam rozmowę z Magdą Kasprzyk-Charviaux i Magdą Bradshaw o nowym serwisie Eataway, dzięki któremu każdy może zostać restauratorem w swoim własnym domu. Pan Makary przyniesie wieści o odgryzionym palcu, opowie o obiedzie w Smoleńsku oraz przekaże porady dietetyczek, które z cytrusów polecają ziemniaki, buraki i cebulę, koniecznie wymyte w ługu albo w soli. Na premierę zapraszam jak zwykle w środę od 20.00 do 22.00, a na powtórki w kolejne dni tygodnia według ramówki JemRadia dostępnej na radiowym Fanpage. Jak odbierać JemRadio, dowiesz się na www.jemradio.pl

, , , , ,

2 komentarze do wpisu Jak restauratorzy miażdżą społecznościowych recenzentów

  1. Jakub.J 8 lutego 2016 at 13:29 #

    A moim zdaniem to zwyczajne przepychanki, na które nie warto nawet spoglądać czy komentować. Gdyby świat wyglądał normalnie, tak jak 1000, 2000 czy 5000 tysięcy lat temu i nie było tego całego globalnego, komercjalnego syfu, nie byłoby takich problemów. Hejt powstał właśnie jako efekt uboczny tego patologicznego systemu, gdzie najważniejszy jest nie człowiek i to co reprezentuje, to kultura, nie lud, ale „ludzie sukcesu” i gdzie produkt, marka, cena, prestiż stoją ponad wszystko inne. Nie wiem, jakim chorym na głowę i słabym, osobnikiem trzeba być, by się wieszać ze względu na jakąś durną gwiazdkę, jakiegoś durnego szmatławca, promowanego jako jakąś „kulinarną biblię”. Artur pisze, że ludzie atakują, rzekomo lepszych od siebie. To jest raczej na odwrót, bo to ci, co rzekomo są lepsi, chcą na siłe to pokazać i prezentować siebie jako panów, a resztę jako chamów. Gdyby system był faktycznie taki, że każdy z osoba, byłby w stanie osiągnąć zadowolenie i spełnienie, nie byłoby tego wszystkiego.
    Dlatego nie mam nic do tzw. „hejtu” bo on zawsze był, jest i będzie, zarówno ze strony tych, co są sfrustrowani, jak i i tych co są zadowoleni. Taka jest natura człowieka, jako prymitywnego zwierzęcie z większym mózgiem. Trzeba to zwyczajnie, olać i się tym nie przejmować. Nigdy nie wierzyłem w opinie innych, ani o sobie, ani tym bardziej o innych. To ja wiem, co jest dobre, a co złe, nikt inny, nie ma prawa mnie uczyć, no chyba, ze ja sam tego zapragnę, w sytuacji, gdy się na czymś nie znam.

    Oceń komentarz Dobre 0 Słabe 0

    • Jakub.J 8 lutego 2016 at 13:38 #

      Zauważmy, że takie problemy są tak, gdzie faktycznie od dawna nie istnieje już wolność słowa. Jestem za pełną wolnością słowa, także taką, która w Anglii czy USA określa się jako „mowę nienawiści”. Nie wiem co to ma oznaczać, skoro ludzie się nienawidzili, nienawidzą i zawsze będą wzajemnie nienawidzieć (bo taka już podła, ludzka natura). Zakazywanie więc czegoś, co jest w 100% zgodne z naturą jest chore. Skoro przedsiębiorca nie chce by go obsmarowywano, to niech udowodni, że tak nie jest, jak mówią. Jakoś w drugą stronę to w pełni legalne, także w krajach anglosaskich.Wystarczy podać, przykład, wspomnianego już przeze mnie, wyjątkowo podłego osobnika, nazwiskiem Oliver, które jak się okazało niedawno, traktował swoich podwładnych jak śmieci. Przyznam szczerze, że gdyby ten osobnik, wylądował na rzuszcie z wbitym w głowę widelcem do mięsa, nie byłoby mi szkoda. Poniżani podwładni mają wszak prawo do buntu przeciwko swojemu oprawcy, takie jest prawo natury.
      Tak samo jest z tymi przykładami, takie jest prawo klienta, żeby się wk….ć i napluć przedsiębiorcy w gębę, takie jest prawo tej drugiej osoby, żeby się odgryźć.
      Spodobało mi się ostatnie wydarzenie w Rybniku, gdzie kelnerzy sprowadzili jakiegoś oszusta do parteru. Myślę więc, że scena, gdy restaurator goni klienta z tasakiem w reku, powinna stać się nową, świecką tradycją, w naszym neo-kapitalistycznym, jeszcze socjalistycznej, rzeczywistości. Ważne tylko, aby osobom postronnym, nic złego się nie stało.

      Oceń komentarz Dobre 2 Słabe 0

Dodaj komentarz

Przeczytaj poprzedni wpis:
5 gwarantów sukcesu wędlin Besos Magdy Gessler

Oto cała piątka w skrócie: jeden milion na stałe, dwa co tydzień, wiele przez lata, kilkadziesiąt ton i to w...

Zamknij