Grzegorz Łapanowski: Przeżywamy rewolucję kulinarną!

O nowoczesnej polskiej kuchni, zmianach w podejściu do jedzenia oraz o programie Top Chef rozmawiam z prowadzącym ten program Grzegorzem Łapanowskim

Grzegorz Łapanowski i Artur Michna

Artur Michna i Grzegorz Łapanowski

Artur Michna: Mówimy o tym, co jemy, jak jemy, gdzie jemy. W jedzeniu szukamy inspiracji, ale i inspirujemy się jedzeniem. Chcemy porad, co warto jeść, czego nie należy, ale i sami chętnie radzimy innym. Słowem przestaliśmy się po prostu wyżywiać, a zaczynamy się świadomie odżywiać. Skąd taka zmiana?

Grzegorz Łapanowski: Żyjemy w ciekawych czasach. Polska się zmienia, Polacy się zmieniają. Zaczynamy szukać lepszej jakości życia i spokoju. Chcemy czerpać z życia przyjemność. Nawet jeśli pojawiają się jakieś kompleksy albo myślenie życzeniowe, nie zmienia to faktu, że przeżywamy rewolucję kulinarną, bo tempo tych zmian wokół nas jest niewiarygodne. Dostęp do internetu zmienił oblicze gastronomiczne świata, dzięki dostępowi do sieci możemy błyskawicznie uczyć się od ludzi z San Paulo, Tokio albo Kopenhagi a kulinarne mody przenoszą się z jednego miejsca na świecie na drugie z szybkością światłowodowego sygnału. Równolegle rozwija się branża spożywcza, bo bez dobrych jakościowo produktów gastronomia nie jest w stanie istnieć. Na rynku jest już dobra wołowina, są świeże zioła. Z jednej strony jest konsument gotowy na taką ofertę a z drugiej zaplecze specjalistów, kucharzy, kelnerów. To zupełnie nowy rynek i wcale niełatwy, często napędzany nie tyle pieniędzmi ile pasją. Jest to o tyle intrygujące, że on właściwie powstaje na naszych oczach.

AM: Czyli gonimy, doganiamy a może sami w jakimś zakresie prześcigamy i sami tworzymy już trendy?

GŁ: Możemy dużo wnieść, mamy świetnej jakości produkty, fenomenalną jagnięcinę, bardzo dobrą wołowinę, bardzo żyzne gleby, a z nich świetne warzywa i owoce, owoce lasu, ryby, dziczyznę. Ale nie chodzi o to, żeby sprzedawać surowiec, tylko wiedzę, know-how związany z przetwarzaniem produktów. Tu wciąż mamy lekcję do odrobienia, bo tu właśnie leżą możliwości. Wysyłamy za granicę nasze gęsi tysiącami, a chodzi przecież o to, żebyśmy wysyłali w świat przetwory z tych gęsi i to wysokiej jakości. To właściwy moment, żeby zastanowić się nad tym, czy będziemy słynęli w świecie z wysokiej jakości kabanosów czy raczej z tanich parówek. Czy tworzymy trendy? Jeszcze nie. Na razie uczymy się, ale to dobrze. Wierzę, że warto inwestować w dobre jedzenie i wiedzę z nim związaną. Dobre jedzenie może być mostem między ludźmi, może ludzi integrować, zbliżać ich do siebie. Dobre jedzenie to symbol pokoju, tak jak na widać na tym symbolicznym zdjęciu.

AM: Wybierasz się do Kopenhagi „na zwiady”. Czy Skandynawia to rzeczywiście właściwe miejsce na zdobywanie kulinarnego doświadczenia?

fot. Natalia Szafrańska

fot. Natalia Szafrańska

GŁ: Żyjemy w Europie środkowo-wschodniej i jest nam blisko do Skandynawów, choćby dlatego, że mamy podobny klimat. Tak jak oni, my też mamy długą zimę. Co prawda zima może się wydawać nudna kulinarnie, bo nie ma wtedy świeżych ziół, owoców i warzyw, ale za to są bulwy i warzywa korzeniowe. Możemy kisić, marynować, dojrzewać. U nich jest podobnie, dlatego warto się od nich uczyć. Mają olbrzymie doświadczenie w zbieraniu dziko rosnących ziół, mchów i porostów, które mogą urozmaicić także naszą kuchnię. Jest też aspekt z pogranicza filozofii – spokój i prostota związana ze skandynawską estetyką. Z jednej strony jest ona bliska japońskiej idei klarowności i czystości formy, a z drugiej strony skandynawskie celebrowanie posiłków ma coś z włoskiej epikurejskości. Dania czy Norwegia to kraje, które mają od wielu lat bardzo silną reprezentację w Bocusse d’Or, prestiżowym konkursie restauracyjnym. Mają też ogromne doświadczenie w wykorzystywaniu ryb i owoców morza, a do tego wspierają ich gigantyczne pieniądze z hodowli i przetwórstwa norweskiego łososia, obok ropy i gazu potężnego elementu norweskiej gospodarki. Skandynawska gastronomia przypomina trochę hiszpańską, która, aby odróżnić się do dominującej tam kiedyś stylistyki francuskiej, w swoim czasie zaczęła ewoluować w kierunku nowoczesnej kuchni regionalnej. Ojcem tych zmian był Ferran Adria, którego nikomu nie trzeba dziś przedstawiać. Tak powstała nowa kuchnia hiszpańska, w której znaczenie mają produkty sezonowe interpretowane na nowe, ciekawe sposoby.

AM: Na międzynarodowych salonach restauracyjnych słyszy się czasami, że po fali zachwytów kuchnią Skandynawii nadejdzie moda na nieodkrytą Polskę. Teraz czas na nas?

GŁ: Tak, teraz czas na nas. Mamy mnóstwo do pokazania, wystarczy spojrzeć na to, co robi Wojtek Amaro. Inspirujące, że został zauważony na światowej scenie. Z drugiej strony przed nami jeszcze lata nauki.

AM: A jak na tle światowej sceny wypada to, co obserwujesz w Top Chef?

GŁ: Uczymy się, wszyscy się uczymy, ale potencjał da się zauważyć. Nie zawsze chodzi o umiejętności, raczej o wolę doskonalenia się oraz pokorę. Jeśli ktoś chce, to się nauczy, a w Top Chef ma na to szansę. Na przykład Adam Kowalewski po raz pierwszy na planie naszego programu wziął do ręki syfon i tak dobrze opanował pracę z nim, że po jakimś czasie zdawało mi się, że on z tym syfonem śpi. Takich przypadków jest więcej, czy to ze sprzętem do gotowania sous vide czy pakowarkami próżniowymi. Jednak ważniejszy niż sprzęt jest produkt. Dobre gotowanie zaczyna się od dobrego produktu, ważny jest sourcing i networking. Dziewczyny, które zajmują się na planie zaopatrzeniem spiżarni, robią wszystko, żeby składniki były jak najświeższe i jak najwyższej jakości. Poszukują najlepszego mięsa i owoców morza, a warzywa i owoce kupują bezpośrednio u rolników. Dzięki nim mamy na planie i topinambur, i skorzonerę, i brukiew. Ważne, żeby produkty sezonowe, które dziś prawie zniknęły z naszych talerzy, wróciły do łask, bo to element naszej tradycji kulinarnej. Kreatywna praca szefa i umiejętności manualne to dalsze składowe sukcesu.

Grzegorz Łapanowski ogląda karpia zatorskiego

Grzegorz Łapanowski – ważny jest produkt; Karp zatorski

AM: W Top Chef nie gotujesz na ekranie. Odpowiada ci rola komentatora zdarzeń?

GŁ: Dziękuję Bogu, że nie jestem po tamtej stronie. Modlę się za nich, żeby nie dostali zawału serca. Wyobraź sobie 11 kamer, 10 kroków do stacji ciepłej, 4 kroki do lodówki, 25 metrów do spiżarni, a do tego ograniczony czas. Jest naprawdę ogromne ciśnienie, a adrenalina po prostu unosi się w powietrzu.

AM: Oni rzeczywiście mają tyle czasu, ile widzimy na ekranie? Naprawdę im tak odliczasz: dziewięć, osiem, siedem… ?

GŁ: To nie są żarty, to nie jest telewizyjna fikcja. Ja naprawdę liczę im czas, mówię; czas start, czas stop, ognia! W takich warunkach naprawdę nietrudno się potknąć.

AM: Śledzisz, jak rozwijają się kariery uczestników programu?

Jurorzy Top Chef

fot. youtube.com

GŁ: Cały czas mamy z nimi kontakt. Dziś świat jest taki mały, że obserwowanie, co się dzieje z uczestnikami po programie to żaden problem. Dzięki Facebookowi jesteśmy cały czas w kontakcie. Dla mnie przykładem ogromnego sukcesu jest Martin Gimenez Castro, który dziś ma swoją restaurację w hotelu Rialto, jednym z najbardziej luksusowych w stolicy. Jego droga pokazuje, że ten program faktycznie może coś zmienić. Spora grupa uczestników miała okazję odbyć staże w najlepszych gwiazdkowych restauracjach w Polsce i za granicą, na przykład u Wojtka Amaro. To dla nich życiowa szansa na zdobycie bezcennego doświadczenia. Niezwykłe jest też to, jak uczestnicy rozwijają się w trakcie programu. Zamknięci w studiu przez kilka tygodni, uczą się wymieniać wiedzą i doświadczeniami. Bardzo szybko uczą się od siebie nawzajem. Są przy tym wystawieni na olbrzymi stres, co jest też próbą charakteru. To jest program dla milionowej publiczności, a okazja udziału w takim programie nie trafia się codziennie. To bez wątpienia okazja do zaistnienia, pokazania siebie i swoich umiejętności i to zarówno dla kucharzy, jak i restauratorów. Jeśli umie się taką okazję wykorzystać, może to być świetny element strategii marketingowej osoby albo przedsięwzięcia, które za nią stoi.

AM: W Twoim życiu Top Chef pewnie też trochę pozmieniał?

GŁ: Nie mogę się przecisnąć na dyskotece, bo dziewczyny nie dają mi przejść! … to żart. Z zawodowego punktu widzenia nie ma co ukrywać, że ten program to dla mnie szansa na rozwój. Prowadzenie programu dla wysokozasięgowej stacji, a Polsat to taka stacja, wiąże się z prestiżem, docenieniem tego, co się dotychczas zrobiło. To też okazja spojrzenia na współczesną gastronomię w soczewce i poznanie ludzi, którzy tu i teraz są żywą tkanką polskiej kuchni. Ale prowadzenie takiego programu to też lekcja pokory. Z jednej strony można by popaść w pychę. Jestem młody, prowadzę program, świetnie. Ale też nigdy nie zapomnę stresu, jaki mnie dopadł, gdy po raz pierwszy wszedłem do studia. Wydawało mi się, że skoro prowadzę pokazy, występuję przed publicznością, to nie będę miał żadnej tremy. Ale presja była olbrzymia. To mi uświadomiło, jak ważne jest przygotowanie do takiego występu.

AM: Miałeś tremę? Gdy prowadziłeś galę finałową Top Chef na żywo, nie dało się nic zauważyć.

Grzegorz Łapanowski

Grzegorz Łapanowski / fot. Natalia Szafrańska

GŁ: Bo to był występ na żywo. Ja się w takich sytuacjach czuję o wiele lepiej niż w studiu. A to, że taki występ na żywo dobrze wypada to właśnie kwestia przygotowania. Cokolwiek się w życiu robi, czy w kuchni, czy w pracy nad książką, czy prowadząc program albo wydarzenie, przede wszystkim trzeba to dobrze przygotować i zaplanować. Spontaniczność może wynikać wyłącznie z bardzo dobrego przygotowania. Wówczas ma się poczucie pewności i spokoju wewnętrznego.

AM: Poza prowadzeniem Top Chef piszesz też nową książkę, przygotowujesz własne studio kulinarne na Mokotowie…

GŁ: …i prowadzę fundację Szkoła na Widelcu. Być może dlatego zgłosił się do mnie wydawca z zapytaniem, czy nie napisałbym książki o żywieniu dzieci. No i taka książka właśnie powstaje. Piszę ją razem z dietetyczką Kasią Grzelecką, blogerką kulinarną Mają Sobczak, Mirą Klepacką i Filipem Kalinowskim. Będą w niej przepisy i porady, gdzie robić zakupy, jakie produkty wybierać i jaki rodzaj żywienia jest najbardziej wskazany dla dzieci. Będzie tam niemal 100 przepisów z pięknymi fotografiami Natalii Szafrańskiej, Kamila Zielińskiego i Krzysztofa Kozanowskiego. Natomiast studio kulinarne na Mokotowie to miejsce spotkań dla wszystkich, którzy kochają gotować, zarówno profesjonalistów jak i amatorów. Przestrzeń dopiero powstaje i nie ma jeszcze nazwy… Czas pokaże.

AM: Zatem życzę, aby zaczęła działać jak najszybciej i dziękuję za rozmowę.

Grzegorz Łapanowski – osobowość telewizyjna, promotor produktów wysokiej jakości, autor książek i publikacji kulinarnych, prowadzi polską wersję Top Chef w Polsacie – trzecia edycja na ekranach jesienią.

, , , , ,

12 komentarzy do wpisu Grzegorz Łapanowski: Przeżywamy rewolucję kulinarną!

  1. Jakub.J 4 sierpnia 2014 at 23:30 #

    Fajny wywiad, ale z wypowiedziami obydwu panów się nie zgodze. Po pierwsze, rewolucje to zło, które nic do porządku świata nie wnosiły i nie wnoszą, lepsza jest ewolucja.
    Po drugie, Polska nigdy nie będzie tworzyć żadnych światowych trendów, dopóki bedzie dominowało takie zaściankowe myślenie i taka ignorancja, jaka tutaj, pewnie przez pomyłkę została podana. Polska i Skandynawia są podobne? W czym, bo na pewno nie w klimacie, nie w mentalności nie tradycji, nie kulturze, w niczym właściwie.
    Pisałem ostatnio, aby patrzeć na kraje Europy Środkowej, czyli Czechy, Słowację, Węgry, także i Litwę lub Łotwę, kraje byłej Jugosławii. No, ale to przecie nie „trendy” bo co tam Polak będzie gonił jakiegoś pepika-tchórza, Litwina-faszystę, co Polaków bije, a Piłsudskiego uwaza za dyktatora i oprawcę równego Hitlerowi czy Stalinowi. Co się będzie uczył od jakichś tam „pastuchów z Jugosławii” czy już nie daj Boże, „żebrzących Rumunów”. Zaścianek panie Grzegorzu i panie Arturze, to wy macie, ale waszych głowach. Zaścianek PRLowski, komuszy bym powiedział. „Gonienie” to jest właśnie myślenie, które powoduje, że od 25 lat w tym kraju jest burdel taki, że nawet Rosja, w niewielu, ale jednak paru, aspektach nas bije. Polska to nie żaden Zachód tylko dziki Wschód, mentalny i to widać na każdym kroku, od polityki po „kulturę jazdy” na drogach. Ale są też i wyjątki, trzeba się cieszyć, ze coś się zmienia, tyle, że te zmiany idą Z WEWNĄTRZ, A NIE ZEWNĄTRZ. Bo żeby tworzyć trendy i innowacje, to trzeba wpierw mieć pokusę do tego WEWNĄTRZ, a nie z zewnątrz, bo ktoś, gdzieś cóś tam robi, bo Szwed czy inny Duńczyk coś robi. G…. o nas powinno interesować co ktoś tam, gdzieś robi, nas powinno interesować co u nas jest dobrego, w czym jesteśmy dobrzy, w czym słabi, co należy zrobić i jak, aby było lepiej. A od głupiego kopiowania i oglądania się na innych, to nic dobrego nie wyjdzie. Jeśli już patrzeć na innych, to najlepiej na takich samych lub podobnych, czyli tych, co też mieli komunę i też muszą startować od zera.
    Jednym słowem, Skandynawia czy Zachód dla nas nie istnieje, trzeba uczyć się i uczyć sąsiadów, więcej współpracy regionalnej i transgranicznej. Mamy już przykłady współpracy z naszymi litewskimi, czeskimi, słowackimi, niemieckimi, węgierskimi, ba, nawet białoruskimi i ukraińskimi sąsiadami. I tym tropem należałoby iść, bo Polska jak żaden inny kraj w Europie, jest niesamowicie powiązany kulturowo i historycznie z państwami i narodami ościennymi.

    Oceń komentarz Dobre 0 Słabe 0

    • Krytyk Kulinarny 5 sierpnia 2014 at 23:47 #

      Jakubie, rozumiem ten komentarz jako apel o skoncentrowanie się na Europie Centralnej raczej niż na zachodniej czy północnej. To bez wątpienia słuszny postulat i absolutnie uzasadniony z punktu widzenia mentalności galicyjskiej, a więc historycznie związanej z Austro-Węgrami. Jednak spiuścizna Franza Josefa na północy (ja) i zachodzie (Grzegorz) Polski nie zadziała. Tutaj wciąż panują pruskie porządki, to inna mentalność. Wiem, że to nieładnie brzmi, ale na północy (pewnie na zachodzie też), najlepsze jest to, co z Niemiec, począwszy od przekąsek z (a jakże) Aldiego po marki samochodów. Ja kupuję w innych sklepach, jeżdżę innym samochodem, ale związek z tamtą częścią świata bardzo mocno odczuwam. Na zachodzie Polski te związki są jeszcze silniej wyczuwalne mieszkałem kilka lat w Poznaniu, to wiem (nawet dla mnie ta mentalność była trudna do zrozumienia). Wracając jednak do sedna, jeśli chodzi o Skandynawię, ja też na początku trochę się zdziwiłem – czego tam można szukać, jakich inspiracji? Ale jeśli bliżej się przyjrzeć, to okazuje się, że Noma (Kopenhafga) wygrywa ogólnoświatowy konkurs restauracyjny, okazuje się, że świat rzeczywiście interesuje się nowym skandynawskim trendem poszukiwania miejscowych produktów, pokazywania siebie poprzez to, co wyrosło i zostało wyhodowane ot, tu, pod ręką. Ci młodzi kucharze, k o których piszę, robią podobnie, też biorą parę składników z okolicy i tworzą z nich indywidualistyczne danie, takie, które – jestem przekonany – będzie na tyle silne, że ściągnie do ich (potencjalnie, w przyszłości) restauracji świadomych konsumentów spoza Polski. Powtarzam, tacy ludzie już tworzą (i będą tworzyć) nowe karty historii polskie kuchni – to żadna kurtuazja. I to bardzo dobrze.

      Oceń komentarz Dobre 0 Słabe 0

      • Jakub.J 6 sierpnia 2014 at 08:20 #

        Źle chyba doczytałeś to co napisałem, ja być może źle się wyraziłem. Mi nie chodziło o Austro-Węgry, bo pisałem też o samych Niemczech, Litwie, Białorusi, Ukrainie, Rumunii, byłej Jugosławii. Chodziło mi o to, że w warunkach postkomunistycznych, takie różnice, niewątpliwie duże i moim zdaniem kolosalne wręcz, jak rozbiory, mają znaczenie zasadnicze. Co do Niemiec, to rozśmieszę Cię, ale w Polsce wschodniej, szczególnie powiatowej, ta podnieta „Niemcem” jest chyba silniejsza, to typowe typowe dla krajów zacofanych mentalnie, takich jak Polska, ale też i Ukraina czy Rosja (jeszcze bardziej germanofilskie niż Polska zachodnia).
        Co do Nowej Kuchnii Skandynawskiej to bez dwóch zdań się zgadzam, osiągnięcia na tej płaszczyźnie są niewątpliwe, biorąc pod uwagę to co mieli wcześniej. Wycisnęli z siebie, tyle co możliwe. Tyle, że u nas jest na odwrót, bo klimatycznie, to nam daleko do Skandynawii, na wschodzie kraju jest non stop słonecznie i prawie zero deszczu, czuje tu sie bardziej jak we Włoszech czy Francji niż Szwecji. Polska jest krajem „południa”, pod względem kulinarnym, jego potencjału. U nas jest sytuacja dokładnie odwrotna niż u Duńczyków czy Szwedów, u nas są gigantyczne możliwości, ale nijak nikt nie potrafi wykorzystać i wątpię aby wykorzystał. Co do kucharzy, to pełna zgoda, oni nadają trendy, moim zdaniem, ta „rewolucja” kulinarna tak naprawdę zależy od 2 grup – kucharzy, takich jak Grzegorz no i przede wszystkim producentów żywności, całej chmary, którzy będą dostarczać zarówno tym kucharzom, jak i zwykłym konsumentom, wysokiej jakości produktu. Kucharzy możemy mieć doskonałych, ale jak nie będzie surowca, to niestety, nawet 100, 3-gwiazdkowych restauracji Michelin nic nie zdziała. Trzeba dbać i o jedno i o drugie, z większym jednak naciskiem na to drugie. A pod tym względem to akurat Skandynawowie, podobnie jak Niemcy z północy (w odróżnieniu od tych z południa czy Austrii/Szwajcarii)się chowają, kwestia historii, mentalności i tradycji.

        Oceń komentarz Dobre 0 Słabe 0

    • Teyo 6 sierpnia 2014 at 13:51 #

      „Zaścianek panie Grzegorzu i panie Arturze, to wy macie, ale waszych głowach” – to ma być argument w dyskusji ? Feee…

      Oceń komentarz Dobre 0 Słabe 0

      • Jakub.J 6 sierpnia 2014 at 14:13 #

        Zdanie wyrwane z kontekstu, prosiłbym o zapoznanie się w pełni z moimi wpisami. Nie znam pełnej treści rozmowy więc nie sposób mi odnosić się do całości, a jedynie do tych fragmentów. Zresztą cały wywiad, poza tym elementem, który skrytykowałem, powiela to co uważam ja i cała reszta, rozsądnych ludzi, na czele z Arturem Michną i Grzegorzem Łapanowskim na czele. Ja nie uważam się za znawce gastronomii, powiem więcej, że jestem raczej laikiem w tych kwestiach, bardziej skupiam się na produkcji żywności jako takiej, przetwórstwie, gotowaniu domowym. Do haute cuisine i tego wszystkiego co prezentują obaj panowie, nawet się nie śmiem porównywać.
        W kwestiach gastronomii i tego jak „z niczego/biedy” wyłuskać to co się da i stworzyć światowej klasy gastronomię, w pełni zgadzam się z obydwoma panami. Jednak patrząc ogólnie, na żywnośc, mentalnośc, zachowania konsumenckie, w tym i spożywcze, absolutnie sie nie zgadzam. Dania/Szwecja, a Polska to 2 kompletnie różne światy. Już bardziej Wielka Brytania czy Irlandia, to o wiele lepszy sposób odniesienia, ja jednak obstaje przy konieczności współpracy z demoludami, które, w znacznej części, wyprzedzają nas w kwestiach kulinarnych. Zamiast ścigać najlepszych, wpierw dogońmy tych to co na końcu lub w środku stawki.

        Oceń komentarz Dobre 0 Słabe 0

  2. Jakub.J 4 sierpnia 2014 at 23:39 #

    Każdy kto nie wierzy, niech pojedzie lub zajrzy do Czech, Słowacji, Węgier lub nawet na Litwę. Litwini nawet chleb tradycyjny, wysyłają do Australii i Nowej Zelandii, bo tam mają na niego zbyt.
    Orban uruchamia narodowy program rozwoju sektora rolno-spożywczego na który ma być przeznaczone, jeśli dobrze pamiętać 15 mld. dolarów lub euro, w ciągu 10 lat. Czesi uruchomili właśnie pierwszy piwomat, własnego pomysłu.
    A Polaki, jak durnie, co planować nie potrafią, rozglądają się teraz, co robić z 700 tysiącami ton jabłek, których, szokująco przecie, Rosja nie chce. Jak się nasi politykierzy zajmują pierdołami aniżeli konkretami, a Polacy zamiast codziennie jeść jedno jabłko na śniadanie, zamiast wpieprzać jakieś banany, mango czy inne g….o z importu, to robią jakieś cyrki, jak zawsze na pokaz.
    To jest właśnie „rewolucja kulinarna po polsku”, tak jak jak hostoria polskich powstań narodowych, od rzezi ludności cywilnej po pijane szarże na kule armatnie. Nie chce nawet myśleć jak będzie wyglądać kuchnia polska za lat 15-20, pewnie gorzej niż 30 lat temu.

    Oceń komentarz Dobre 0 Słabe 0

    • Jakub.J 4 sierpnia 2014 at 23:43 #

      Poprawka, trochę się zagalopowałem, 1,5 mld dolarów w ciągu kilku lat, ma byc zainwestowane (przez państwo)w sektor rolno spożywczy Węgier. Ale jak na 10 milionowy kraj to i tak dużo, w porównaniu do Polski, to kwota gigantyczna. Węgrzy wolą myśleć przyszłościowo, z wyprzedzeniem, zamiast działać po polsku „od przypadku do przypadku”.

      Oceń komentarz Dobre 0 Słabe 0

      • Jakub.J 5 sierpnia 2014 at 20:28 #

        Tu dodam taką konkluzję, żeby nie wynikało, że krytykuje całe wypowiedzi pana Grzegorze, wręcz na odwrót, większość wywiadu to świetę słowa. Krytycznie odnoszę się jedynie do tego „zachodo-filstwa”, natomiast w 100 popieram tekst o gęsiach. Patrząc na reakcje ludzi na embargo owocowe, widać, że ludzie w Polsce doskonale rozumieją, że tak dalej się nie da, że trzeba iść tą drogą, którą już za komuny podążali „Czechosłowacy” czy „Jugosłowianie”. A chodzi o spółdzielczość, u nas wyśmiewaną na każdym kroku, podobnie zresztą przeze zmnie, jakieś 10 lat temu, do momentu gdy nie zmądrzałem (każdy jest głupi do czasu aż nie zmądrzeje, w tym i ja). Ja od dawna wypisywałem teksty po internecie, że trzeba jabłka przetwarzać i sprzedawać wszędzie, byle nie do Rosji, która tylko czeka by nas udupić(dopóki rządzi tam antypolska banda). Reakcja ludzi była żałosna, ale teraz, niemal wszyscy odpowiadają to samo – głupi sadownicy są sami sobie winni, trzeba było przetwarzać i działać razem. Mądry Polak po szkodzie. Cóz, widać, że Władymir Władymirowicz stanie się, niczym Władymir Ilicz, zaczątkiem prawdziwej rewolucji (tym razem w pozytywnym znaczeniu)kulinarno-spożywczej. Dość tej gospodarki folwarczno-pańszczyźnianej, dośc gospodarki zbierackiej, czas na zmiany. Czas na wspólne działanie i przetwarzanie tego ziemia wydaje.

        Oceń komentarz Dobre 0 Słabe 0

        • Krytyk Kulinarny 5 sierpnia 2014 at 23:53 #

          Tak, tego u nas brakuje, spółdzielczości. Nie rozumiem, dlaczego sadownicy nie chcą się dogadać (m0że nie umieją po polsku) – dla ich własnego dobra – i stworzyć spółdzielni. Denerwuje mnie, gdy słyszę ich utyskiwania, że dostają 20 groszy za kilo w skupie, a na targu jabłka są po dwa pięćdziesiąt. No niech idą na targ i sprzedają po dwa pięćdziesiąt, ja naprawdę im nie zabraniam,. I Tusk też nie 🙂

          Ale przede wszystkim niech nauczą się w końcu myśleć ekonomicznie, to przecież przedsiębiorcy. Niech się łączą, tłoczą, smażą, destylują, co tam sobie wymyślą, ale niech już nie palą opon, to jest to już żałosne…

          Oceń komentarz Dobre 0 Słabe 0

          • Jakub.J 6 sierpnia 2014 at 08:31 #

            To jest kwestia zacofania historycznego, ale i niestety polskiej mentalności. Tak jak pisałem, w byłej Jugosławii czy Czechosłowacji, tego problemu nie ma, bo spółdzielczość jest czymś zupełnie naturalnym. W Polsce przedwojennej, potęgą spółdzielczą w skali kraju byli Ukraińcy, Polacy nie dorównywali im w ogóle. Widać, że zmiany, powoli, powoli są i to idzie od zachodu, w Wielkopolsce widziałem sporo dobrze funkcjonujących grup producenkich. Ale oni to już przerabiali pod rozbiorami, słusznie uważając, że aby walczyć z wielką potęga niemieckiego państwa i gospodarki, muszą się jednoczyć i kombinować. Mamy dokładnie taką samą sytuację w skali kraju.
            Nasze rolnictwo, szczególnie w Lubelskim, Świętokrzyskim czy Podkarparckim lub Małopolskim, jest wręcz zmuszone do czegoś takiego, chmara małych rolników i przetwórców powinna już dawno się połączyć i działać wspólnie. Ale polityka państwa, głównie wobec mikrobiznesu, paranoje związane z dotacjami z ARiMR, kwestie ochrony konsumentów (czyli 4 czy 5 różnych instytucji zajmujących się kontrolą produktów żywnościowych, dopiero teraz mają je połączyć), powoduje, że człowiek nie jest w stanie działać. Co z tego, że mogę wziąść 100 tysięcy złotych dotacji w ramach PROW (przerabiałem to 2 razy)skoro muszę i tak robić inwestycje na 200 tysięcy, brać kredyt (ciekawe kto da i jakim kosztem, skoro brak bankowości skierowanej do rozwoju takich przedsięwzięć, Credit Agricole to może pomaga, ale francuskim producentom, nie polskim), a ZUS, podatki, kontrole, pierdoły, jarzmo kompletnego uwalenia przez jakiś urząd są ogromne.
            Jestem krytyczny wobec tych rolników co protestują, blokuja i palą opony, ale Lepper miał rację we wszystkim, państwo polskie zniszczyło i niszczy to, co było dobre, a dopiero jak przyszły pieniądze unijne i możliwość, nahapania się ich przez chmary urzędnicze i sam państwo, spowodował, że zaczęto to promować.
            A wystarczyłoby takie podejście jakie mają Duńczycy czy Irlandczycy, o Brytyjczykach nie mówiąc – rób, działaj, my ci pomożemy, ale tylko jeśli zechcesz. U nas jest na odwrót, działasz? To my „pomożemy”, nie rozumiemy słowa „nie”.

            Oceń komentarz Dobre 0 Słabe 0

    • Jakub.J 17 sierpnia 2014 at 19:37 #

      Drobny przykład z węgierskiego Lidla:
      http://www.lidl.hu/cps/rde/SID-3148EA16-5F612854/www_lidl_hu/hs.xsl/ajanlatok.htm?id=257
      Co prawda to tylko kilka produktów, ale węgierskie wędliny regionalne, 1 węgierskie wino z oznaczeniem jakości, przy akompaniamencie produktów regionalnych z Czech, Niemiec czy Włoch, to własnie najlepszy sposób na promowanie kulinarnego dziedzictwa i generalnie „dobrych praktyk kulinarnych”. Nie spotkałem się z czymś takim w niemieckim oddziale tej sieci, nie mówiąc o polskiej.
      Niestety, ale Węgry, Czechy lub Słowacja, są przed nami o jakieś 10 lat. Zresztą to nie dziwne, bo zawsze byli wyżej cywilizowani.

      Oceń komentarz Dobre 0 Słabe 0

  3. Jakub.J 6 sierpnia 2014 at 08:39 #

    System „dotacyjny” i ogólnie „pomoc państwa” to jest dobra, ale dla kolegów i członków rodziny, co mają wtyk, tu i ówdzie. Z największej pomocy korzystają ci, co i tak sa w najlepszej sytuacji, pomijam dotacje dla wielkich przedsiębiorstw, których stać na drogie kredyty (ale po co, skoro można wycisnąć pieniądze unijne), ci najmniejsi, muszą działać sami, od zera, bazując jedynie na pomocy rodziny i szczęściu, że akurat nie trafią na mendy urzędnicze i w miarę normalnych kontrolerów.
    PS. Co do sprzedaży na targu, to się trochę nie zgodzę, bo dopiero teraz państwo, a właściwie Bruksela, wymyśliła projekt wsparcia targowisk, ucywilizowanych. Systemu, gdzie producent może bezpośrednio sprzedawać produkty w sporych ilościach nie ma, bo duże znaczenie ma szara strefa. Nasze organy podatkowe robią wszystko, aby uwalić i okraść, nie dziwię się więc tym, co nie chcą sprzedawać na targu po 2,50. Inna sprawa, że jak mówił Sawicki, do producentów owoców miękkich, jakby wcześniej pomyśleli i się zebrali, to by dzisiaj nie bankrutowali. Wiem z autopsji, bo sąsiad na ziemi rodzinnej, na wsi rzecz jasna, coraz to nowe plantacje wymyśla, bo co 2-3 lata, przychodzi kryzys i się nie opłaca. Takich przypadków w „lubelskim zagłębiu owocowym” są setki, jeśli nie tysiące.

    Oceń komentarz Dobre 0 Słabe 0

Dodaj komentarz

Przeczytaj poprzedni wpis:
fot. Serene Vannoy
3 rady jak oszczędzić na wakacjach (Poradnik Plażowicza – odc. 5)

Każdy chce oszczędzać na wakacjach. Kwatery, drogie, kebab drogi, fikołki drogie. A jednak wielu lekką ręką trwoni tysiące, bo trzeba...

Zamknij