Blue Cactus i niewidomy czyli syndrom mamy Madzi

Kilka dni temu przez media przetoczyła się fala oburzenia: obsługa Blue Cactus nie wpuściła niewidomego z psem przewodnikiem! W kilka godzin wzięta warszawska restauracja stała się najbardziej znienawidzonym miejscem w Polsce. Niewiele trzeba, żeby medialny lincz stał się faktem. Dlaczego?

Niewidomy i pies przewodnik

fot. Antonio Cruz

Gdy kilka miesięcy temu potężne siły Policji szukały Madzi z Sosnowca, a z jej nieudolnie łkającą matką płakała niemal cała Polska, ja zachowywałem do sprawy daleko posunięty dystans. Znajomi uznali mnie wówczas za indywiduum pozbawione empatii, gdy więc karty się odwróciły, triumfowałem, ochoczo ogłaszając ich osobnikami pozbawionymi rozsądku.

gniew

fot. Daniel Carlbom

Po co przypominam tę mdłą historyjkę? Bo doskonale ilustruje nasze słowiańskie postrzeganie rzeczywistości. Jesteśmy impulsywni i działamy z nagłej potrzeby serca, emocjonalne uniesienia przedkładając nad rozum i rozsądek. Dowody na to są też w świecie gastronomii, obszarze, który ma mizerny potencjał do generowania emocji. Tym, którym niedawny przykład wciąż pozostaje obcy, streszczę, iż 2 października na portalu gazeta.pl pojawił się obrazoburczy materiał reporterski, z którego wynikało niezbicie, że w jednej z warszawskich restauracji odmówiono wstępu niewidomemu z psem przewodnikiem. Maciej NowakZłamano zatem prawo, które stanowi, że niewidomi z towarzyszącymi im psami przewodnikami mogą wchodzić do wszystkich obiektów użyteczności publicznej. W internecie zawrzało, lawina antyfanów restauracji rosła z minuty na minutę, a osoby, które pewnie nawet dokładnie nie przeczytały nazwy lokalu, deklarowały, że ich noga nigdy tam nie postanie. Na Blue Cactusie odbył się błyskawiczny lincz. Podpisał się pod nim także Maciej Nowak, który tego samego dnia na swojej stronie na Facebooku napisał: Blue Cactusowi serdecznie już dziękujemy. Adieu!

Co na to restauracja? Na początku nabrała wody w usta i kazała czekać opinii publicznej na oficjalne oświadczenie cały jeden dzień. Opublikowano jedynie lakoniczny apel o… powstrzymanie się od umieszczania negatywnych komentarzy. To tylko rozogniło dyskusję, a fala wzburzenia lała się wokół sprawy niczym gorąca lawa. Następnego dnia opublikowano w końcu oficjalny komunikat, w którym wyjaśniono, że cała sprawa to nieporozumienie. Dodano, że historia wydarzyła się trzy miesiące wcześniej i wyrażono zdziwienie, że akurat teraz została upubliczniona. Sprecyzowano nadto, że wspomnianego dnia restauracja oferowała brunch, ruch był spory, a większość stolików objętych była rezerwacją. Wyraźnie podkreślono, że mimo tego obsługa zaproponowała niewidomemu wolny stolik w zadaszonym patio. Ujawniono też, że poszkodowanemu towarzyszyła koleżanka, także z psem przewodnikiem, która zachowywała się agresywnie i wyraźnie odmówiła przyjęcia wskazanego przez obsługę stolika. Jak to w takich razach bywa, karty w końcu się odwróciły, pojawiły się nowe fakty. Podano je językiem oschłym, sztucznym i zupełnie bezemocjonalnym, bo prawniczym.

Gdzie tu sedno? Czy w zwłoce z odpowiedzią na zarzuty po stronie restauracji? A może w obronnej pozycji, jaką przyjęli właściciele, angażując do prawy prawników? A może wina jest po stronie dziennikarza, który nie poczekał na owo oficjalne oświadczenie?

Może trudno o wyważoną postawę i powściągnięcie się od emocji w sytuacji tak stresującej, jaka przytrafiła się Blue Cactusowi, ale trzeba zauważyć, że tę restaurację obsługuje agencja PR, która powinna być przygotowana na tego typu zdarzenia. Czy zatem, zamiast blokować kanał komunikacyjny i wymachiwać prawniczą szabelką, nie należało po prostu dotrzeć do ludzkich serc z zapewnieniem, że sprawa zostanie bezzwłocznie wyjaśniona, winni wskazani, a wszyscy zainteresowani informowani na bieżąco?

Noma

fot. Sarah Ackerman

Tak właśnie postąpili właściciele prestiżowej restauracji Noma w Kopenhadze, której kilka miesięcy temu przytrafił się skandal na skalę międzynarodową. Zbieg okoliczności sprawił, że dla kilkudziesięciu gości kolacja w Nomie skończyła się poważnym rozstrojem żołądka. Media nagłośniły sprawę błyskawicznie, ale równie błyskawiczna była reakcja Nomy. Nie nastroszono piórek, nie postawiono bagnetów, ba, nawet nie obrażono się na dotkniętych rozstrojem! Opublikowano za to krótkie i zwięzłe oświadczenie, z którego wynikało, że sprawa zostanie wyjaśniona a wnioski wyciągnięte. Wkrótce okazało się, że jeden z kucharzy, zupełnie nieświadomie, był nosicielem wirusa pokarmowego i choć sam nie przeszedł nawet lekkiej biegunki, to jednak zaraził innych. Czy zrobił to celowo? Oczywiście że nie. Czy można było tego uniknąć? Pewnie nie. Czy może się to powtórzyć? Właściciele Nomy oświadczyli, że dołożą wszelkich starań, żeby się nie powtórzyło.

Właściciele Blue Cactusa wnioski pewnie już wyciągnęli, bo po burzy na facebookowym profilu restauracji nie pozostał najmniejszy ślad.

, , , , ,

4 komentarze do wpisu Blue Cactus i niewidomy czyli syndrom mamy Madzi

  1. Blanka Mrowicka 7 października 2013 at 08:15 #

    … i syndrom bylejakości i nierzetelności dziennikarskiej!

    Oceń komentarz Dobre 0 Słabe 0

  2. Froblog 7 października 2013 at 08:19 #

    Dokładnie Blanka. Są jakieś wymagania wobec pracy dziennikarzy, jednym z nich jest proszenie o wypowiedź obydwu stron, czy poszukiwanie niezależnych źródeł potwierdzających news. I tego przede wszystkim w tej historii zabrakło. Dodam, że sprawa miała miejsce 3 miesiące temu 🙂

    Oceń komentarz Dobre 0 Słabe 0

  3. Krytyk Kulinarny 7 października 2013 at 09:00 #

    Właśnie, trzy miesiące… Nic mnie w tej sprawie bardziej nie dziwi niż czas dzielący wydarzenie od publikacji – całkowita zgoda – napisanej na kolanie, wręcz jakby w maniakalnym pośpiechu

    Oceń komentarz Dobre 0 Słabe 0

  4. Jakub.J 7 października 2013 at 09:01 #

    Zgadzam się z Arturem. Nadmierna impulsywność i zbytnie „rzucanie” się ze skrajności w skrajność to typowo polska cecha, ale spotykana jeszcze z większym natężeniem na Wschodzie. Brakuje tego w Czechach, Słowacji, w Słowenii, ale to raczej wynik dużej współżycia tych „słowiańskich” narodów z germańskimi sasiadami (nie chce pisać, że to chodziło o życie pod szwabskim butem i przymusową wielowiekową germanizację, bo to niepoprawne dzisiaj i niemile widziane). Myślę, że do tego trzeba się już przystosować, nie ma co wymagać, że Polacy nagle zamienią się w „chłodnych” Duńczyków, Czechów czy Słoweńcow.
    To już zresztą n-ty artykuł o tym samym problemie, to samo byłą z hotelem w którym Gesslerowej się nie podobało, to samo z restauracją, gdzie nie smakowało Nowakowi. Myślę, że są ciekawsze tematy niż wiecznie pisać o tym samym, śmiechu wartym zjawisku.

    Oceń komentarz Dobre 0 Słabe 0

Dodaj komentarz

Przeczytaj poprzedni wpis:
Lekcje Smaku 5: Kreowanie smaków
Lekcje Smaku: 5. Kreowanie smaków

Czyli o łączeniu składników

Zamknij