Pięć kaw w Berlinie

Mój hotel był uroczy i utrzymany w starym stylu. Znajdował się na czwartym piętrze starej berlińskiej kamienicy, na które wjeżdżało się zabytkową windą z 1909 roku, która jakimś cudem przetrwała wojenną zawieruchę. Bez wątpienia w przeszłości były tu mieszkania – bardzo duże jak na dzisiejsze standardy. Po lewej stronie korytarza urządzono pokoje gościnne, zaś po prawej przestronne biuro z poczekalnią i salą jadalną, które oddzielały wielkie przeszklone drzwi – pewnie kiedyś był to salon, w którym śniadała zamieszkująca tu berlińska rodzina.

Dziś śniadałem tam i ja wraz z innymi gośćmi kilku z raptem dziesięciu pokoi, które mieści hotel. W tak kameralnym miejscu nie mogłem oczekiwać wyrafinowanego śniadania. Jakież więc było moje zaskoczenie, gdy na wiekowym kredensie ustawionym pod ścianą sali jadalnej odkryłem całą paletę niemieckich wurstów, serów i przekąsek. Było tego sporo, że aż trudno spamiętać: Krakauer, Lyoner, Salami, salceson, kabanosy i gotowana szynka. Do tego kilka rodzajów serów, gotowane jajka, maleńkie kanapki i warzywne przekąski. Poza tym obowiązkowe masło, konfitury, musli, soki, herbata i kawa oraz najważniejszy element każdego śniadania – świeżuteńkie chrupiące bułki. Zjadłem zatem naprawdę bardzo przyzwoite śniadanie i gdyby kawa była nieco lepsza, uznałbym, że śniadałem w raju Marleny Dietrich.

Kawa była jednak nienajlepsza, bo uzyskiwana poprzez naciśniecie przycisku maszyny preparującej napary z rozpuszczalnego proszku. Nic to, bowiem i tak chciałem wypić małą czarną po drodze na Wittenbergplatz, dokąd wybierałem się na targ spożywczy. Dzieliło mnie od niego kilkanaście minut spacerem Kurfürstendamm, prestiżową aleją handlową Berlina, która okazji do wypicia kawy oferuje sporo. Mijając kolejne knajpy i restauracje podświadomie oczekiwałem czegoś wyjątkowego. Byłem już bardzo blisko celu, gdy czerwone światło na przejściu dla pieszych zmusiło mnie do zatrzymania. W oczy wpadł mi wielki szyld Starbucks Coffee po drugiej stronie ulicy. Niechybnie był to znak od losu, rozejrzałem się zatem wokół i stwierdziłem, że oto stoję przy jednym z najznamienitszych hoteli Berlina, Kempinski, a konkretniej przy wejściu do hotelowej restauracji Reihnard’s.

Tak, to był znak. Natychmiast wszedłem więc do środka i od razu otoczył mnie ujmujący klimat prawdziwej restauracji – dyskretny szmer rozmawiających przy stolikach gości, elegancki brzęk sztućców, szarm kelnerów, kłaniający się maitre d’hotel, a w tym całym anturażu stolik przy oknie tylko dla mnie. Zasiadłem. Kawę podano mi po chwili. Pachniała pięknie i mrugała do mnie swoją cętkowaną cremą. Była tak dobra, jakby wypalono ją przed chwilą, a zaparzono z wody wprost z alpejskiego źródła.

Po kawie u Kempinskiego pomknąłem żwawo na Wittenbergplatz, którego charakterystyczną cechą jest świetnie zachowana stara stacja metra o tej samej nazwie, dziwaczny pomnik golasów i wielki dom towarowy KaDeWe. Tuż obok funkcjonuje mały ryneczek, na którym berlińczycy zaopatrują się w najwyższej jakości warzywa, owoce, sery, mięsa, wędliny oraz ryby. I właśnie stoisko rybne zwróciło moją szczególną uwagę. Mimo że mieszkam nad morzem, nie widziałem nigdy tak olbrzymiego wyboru świeżych ryb: łupaczy, dorszy, śledzi, łososi, pstrągów i innych morskich stworów, których nazw nie jestem sobie w stanie przypomnieć. Można też tam było kupić kanapki ze śledziem, panierowanym dorszem oraz klopsikami rybnymi. Ponieważ zbliżała się pora lunchu, nie mogłem sobie odmówić okazji na rybnego klopsika w bułce i oryginalnego matjasa z cebulą i swojską remuladą. Kanapkę przygotowano dla mnie na miejscu. Była wyśmienita. Zjadłem ją przy stoliku ustawionym koło rybnego stoiska.

Posilony i szczęśliwy, podjąłem dalszą eksplorację targu i chwilę potem stałem już przy stoisku z etiopską kawą prowadzonym przez etiopsko-niemiecką parę. Zdumiewające – mieli wielki ekspres kolbowy! Zamówiłem więc kolejną tego dnia filiżankę i stwierdziłem, że jest genialna. Nic dziwnego, etiopskie ziarna zaliczają się do najbardziej ulubionych przez kawoszy. Właściciele stoiska z zaangażowaniem opowiadali mi o swojej kawie, jej pochodzeniu i właściwościach. Serce zabiło mi szybciej.

I bardzo dobrze, bo już za chwilę zatrzymałem się przy stoisku mięsnym, gdzie zażywna jejmościni kazała sobie pokazywać dobrze tłuste porcje gęsi. Sprzedawczyni z dumą prezentowała jej i udka, i piersi. Zupełnie tak jak w Polsce. My też możemy sobie wybrać – szyjkę albo korpus. Ech… Dopadła mnie jakaś gęsia nostalgia, zwłaszcza że w drodze na targ kilka razy minąłem restauracje polecające świętomarcińskie potrawy z gęsi.

Musiałem natychmiast napić się piwa. Wszedłem więc do lokalnej knajpy. Przy wejściu wywieszono znak, że miejsce przeznaczone jest dla palących. Niechybnie to jakiś wytrych na rygorystyczne zakazy palenia w przybytkach publicznych, który pomysłowym Niemcom udało się obejść. Skutek był taki, że w środku czułem się jak w wędzarni. Palili wszyscy, a w szczególności barman, który kolejnego papierosa odpalał od poprzedniego. Z bogatej piwnej oferty wybrałem Berliner Kindl, piwo całkiem przyzwoite. Mimo że nie pochodziło z niszowego browaru, smakowało naprawdę nieźle. Przy okazji zauważyłem też, że lwia część gości swoje pierwsze kroki kieruje do witryny z tortami. Ha, zamawiali je masowo! Nigdy nie widziałem tylu mężczyzn jedzących torty, a już tym bardziej w piwiarni. Nie miałem ochoty na tort, więc żeby nie wyglądać nadto podejrzanie, zamówiłem prostu kolejną małą czarną, nieco zagadkowo zwaną tu schümli.

To czwarta kawa tego dnia, ale nie ostatnia. Piątą wypiłem w jednej z najstarszych berlińskich hal targowych przy Arminiusstrasse, której historia sięga roku 1891. Odrestaurowano ją z pietyzmem, po czym oddano do dyspozycji lokalnym rzeźnikom, cukiernikom i gastronomom. Dzięki temu mieszkańcy dzielnicy Tiergarten, gdzie mieści się hala, mają okazję zaopatrzyć się w świeże produkty, albo po prostu wpaść na piwo, Currywurst czy kromkę chleba z metką i cebulą.

Mnie skusiło stoisko berlińskiej cukierni Thoben’s, gdzie kupiłem bożonarodzeniowe ciasto bakaliowe Christstollen i migdałowy rogalik Mandelhörnchen. Rogalik okazał się fenomenalny. Ukształtowane w formie podkówki miękkie migdałowe wnętrze okrywała chrupiąca skórka posypana siekanymi migdałami. Do tego oba końce rogalika umoczono w wysokiej jakości czekoladowej kuwerturze, a to wszystko za jedyne 80 centów! Natychmiast domówiłem kolejny migdałowy rogalik, a do niego też i kawę, tym razem podwójne espresso.

Pięć kaw jednego dnia – sporo, ale i wrażeń było niemało. Żeby uspokoić skołatany organizm, dzień zakończyłem butelką Roter Rauscher, młodego wina z Hesji Nadreńskiej. Typ z niego zdradliwy, bo choć smakuje jak owocowy kompot, to zawiera jednak sporo alkoholu.

Ale może i dobrze, bo czas spać. Jutro czeka mnie wizyta w starej berlińskiej restauracji Zillemarkt.

, , , , , ,

2 komentarze do wpisu Pięć kaw w Berlinie

  1. Kytutr 5 grudnia 2011 at 09:40 #

    Opisem rybnych delikatesów tylko zachęciłeś mnie do ponownego odwiedzenia Berlina, tym razem pod kątem kulinarnym ze wskazaniem na śledzia.

    A co do niesmacznej kawy w hotelu, to Umberto Eco, bezsprzecznie cięty na udającą kawę lurę, pisał kiedyś w „Zapiskach na pudełku od zapałek”:

    „Osobną kategorię stanowi kawa-pomyje. Uzyskuje się ją zazwyczaj ze zbutwiałego jęczmienia, kości trupa i paru ziarenek prawdziwej kawy wymiecionych wraz ze śmieciami w przychodni dla weneryków. Rozpoznaje się ją nieomylnie po woni stóp wymoczonych w wodzie, która pozostała po zmywaniu. Podają ją w więzieniach, zakładach poprawczych, wagonach sypialnych i luksusowych hotelach.”

    Oceń komentarz Dobre 0 Słabe 0

  2. Michał 15 grudnia 2011 at 22:41 #

    A można prosić o nazwę tego hotelu, gdzie się Pan zatrzymał? Z opisu wynika, że to świetny punkt wypadowy. Pozdrawiam ps. kanapka z metką albo śledzikiem – uwielbiam

    Oceń komentarz Dobre 0 Słabe 0

Dodaj komentarz

Przeczytaj poprzedni wpis:
W drodze do Berlina

Och, ta nieznośna kulinarna nowoczesność. Wyziera zewsząd, a w szczególności z telewizyjnego ekranu. Nacierającego kostkami rosołowymi pierś z kurczaka Marco...

Zamknij